Выбрать главу

— Z radością uwolnimy was od nich — powiedział Grelier. — Opróżnimy miejsca w kasetach dla żywych.

Ultras odpędził ćmę od swych ust.

— Czy ma pan jakieś szczególne zastosowanie dla tych warzyw?

— Naczelny medyk interesuje się nimi — wtrącił się Quaiche, zanim Grelier miał szanse coś powiedzieć. — On lubi eksperymentować z procedurami przepisywania neuralnego, prawda, Grelier? — Odwrócił wzrok, nie czekając na odpowiedź. — A teraz, kapitanie, czy potrzebuje pan specjalnej pomocy w powrocie na swój statek?

— Żadnej, dzięki.

Grelier wyjrzał przez wschodnie okno mansardy. Na końcu spadzistego dachu głównego holu znajdowała się platforma, na której parkował mały prom w jaskrawozielonym kolorze patyczaka.

— Szczęśliwej podróży do roju parkingowego, kapitanie. Oczekujemy przesyłki tych nieszczęśliwych ofiar kasetowych. Z przyjemnością będę robił z panem interesy przy następnej okazji.

Kapitan odwrócił się, by wyjść, ale zatrzymał się na chwilę. Po raz pierwszy zauważył skafander ornamentowany. Zawsze tu był, stał w rogu pokoju jak milczący dodatkowy gość. Kapitan patrzył na niego, jego ćma trzepotała mu dokoła głowy, a potem poszedł dalej. Nie mógł wiedzieć, jakie straszliwe znaczenie ma dla Quaiche’a skafander: ostateczne miejsce spoczynku Morwenny i wciąż obecna pamiątka, ile kosztowało go pierwsze zniknięcie.

Grelier poczekał, aż był pewien, że Ultras się nie cofnie.

— O co chodziło? — spytał. — Te sprawy ekstra, na które „nie mógł się zgodzić”?

— Zwykłe negocjacje — powiedział Quaiche, jakby był ponad całą tą sprawą. — Uważaj się za szczęściarza, że dostaniesz te warzywa. Teraz Urząd Analizy Krwi. Jak poszło?

— Chwileczkę.

Grelier podszedł do ściany i przesunął dźwignię z brązową rączką. Żaluzje rozwinęły się, przepuszczając tylko wąskie kliny światła. Potem pochylił się nad Quaichem i zdjął mu okulary słoneczne. Quaiche zwykle miał je na twarzy podczas negocjacji: częściowo po to, by chronić swe oczy przed blaskiem, a częściowo dlatego, że bez nich nie był to miły widok. Oczywiście była to również przyczyna, dla której czasami je zdejmował.

Pod okularami, ściskając skórę jak następna para szkieł, znajdowała się szkieletowa rama. Wokół każdego oka były dwa koła, z których promieniście wychodziły haczyki ciągnące powieki, by zapobiec ich zamykaniu się. W ramki były wbudowane niewielkie pojemniki, co kilka minut rozpylające wilgoć na oczach Quiche’a. Grelier mówił, że znacznie prościej byłoby w ogóle usunąć powieki, ale Quaiche miał w sobie coś z cierpiętnika i niewygodna ramka mu odpowiadała. Było to stałe przypomnienie o potrzebie czujności, by nie przegapić momentu zniknięcia.

Grelier wyjął wacik z szafki medycznej i usunął wydzielinę wokół oczu Quaiche’a.

— Urząd Analizy Krwi, Grelier?

— Dojdę do tego. Tylko powiedz mi, czego dotyczył ten interes z Ultrasem. Dlaczego chciałeś, by przyprowadził swój statek bliżej Heli?

Źrenice Quaiche’a widocznie się rozszerzyły.

— Dlaczego uważasz, że właśnie tego od niego chciałem?

— A nie? Z jakiego innego powodu miałby mówić, że to zbyt niebezpieczne?

— Wiele się domyślasz, Grelier.

Naczelny medyk skończył czyszczenie i wsunął wierzchnie okulary z powrotem na miejsce.

— Czemu chcesz ni z tego, ni z owego mieć Ultrasów bliżej? Przez lata ciężko pracowałeś, by trzymać sukinsynów na wyciągnięcie ramienia. Teraz chcesz jeden z ich statków mieć na swym progu?

Postać na fotelu westchnęła. W ciemności wyglądała solidniej. Grelier znowu otworzył okiennice i patrzył, jak żółtozielony prom opuszcza platformę.

— To był tylko pomysł — stwierdził Quaiche.

— Jaki znowu pomysł?

— Widziałeś, jak nerwowi są ostatnio Ultrasi. Coraz mniej im ufam. Basquiat wyglądał na człowieka, z którym można ubić interes. Miałem nadzieję, że dojdziemy do porozumienia.

— Jakiego porozumienia?

Grelier włożył waciki z powrotem do szafki.

— O ochronie — wyjaśnił Quaiche. — Chciałem sprowadzić tutaj jedną grupę Ultrasów, by trzymała resztę z dala od nas.

— To szaleństwo — stwierdził Grelier.

— Ubezpieczenie — poprawił jego pan. — Cóż, co to ma za znaczenie? Nie byli zainteresowani. Są zbyt zaniepokojeni, by sprowadzić statek bliżej Heli. To miejsce w równym stopniu ich przeraża i przyciąga.

— Zawsze będą inni.

— Być może…

Quaiche mówił takim tonem, jakby cała ta sprawa już go znudziła, jakby to był poranny kaprys, którego teraz żałował.

— Zapytałeś o Urząd Analizy Krwi — powiedział Grelier. Uklęknął i podniósł walizkę. — Nie poszło jak z płatka, ale pobrałem krew od Vaustada.

— Szefa chóru? Czy nie miałeś mu zaaplikować?

— Malutka zmiana planów.

Urząd Analizy Krwi było to biuro Wieży Zegarowej zajmujące się chronieniem, wzbogacaniem i rozdzielaniem niezliczonych szczepów wirusów, pochodzących od oryginalnej infekcji Quaiche’a. Prawie każdy, kto pracował w katedrze, miał w swej krwi coś z Quaiche’a. Wirus przez pokolenia mutował i mieszał się z innymi typami wirusów zawleczonych na Helę. Wiele innych kościołów bazowało na subtelnych doktrynalnych wariantach oryginalnego szczepu, a czasami nawet ich powstanie było wynikiem pojawienia się tych wariantów. Urząd Analizy Krwi był po to, by poskromić ten chaos — wyizolować skuteczne i doktrynalnie czyste szczepy i zlikwidować inne. Indywidua takie jak Vaustad były często wykorzystywane do testowania nowo wyizolowanych wirusów. Jeśli wykazywały psychotyczne lub inne niepożądane efekty uboczne, szczepy eliminowano. Vaustad zasłużył na rolę doświadczalnego stworzenia swoją godną pożałowania niedyskrecją, ale coraz bardziej obawiał się rezultatów każdego nowego testowego zastrzyku.

— Mam nadzieję, że wiesz, co robisz — powiedział Quaiche. — Potrzebuję Urzędu Analizy Krwi bardziej niż kiedykolwiek. Tracę swoją religię.

Własna wiara Quaiche’a przeżywała chwile strasznej słabości. Wyrobił w sobie odporność na czysty szczep wirusa, tego, którym się zaraził przed wejściem na pokład „Gnostycznego Wniebowstąpienia”. Jednym z zasadniczych zadań Urzędu Analizy Krwi było wyizolowywanie nowych zmutowanych szczepów, które nadal działałyby na Quaiche’a. Grelier nie rozpowiadał o tym, ale znalezienie takich szczepów stawało się coraz trudniejsze.

Quaiche’a nadchodziły czasami chwile zwątpienia i wtedy mówił o traceniu swej religii. Wtedy myślał o swej wierze jako o produkcie inżynierii chemicznej. Te chwile załamania zawsze niepokoiły Greliera: kiedy Quaiche miał najwięcej wewnętrznych konfliktów, był najmniej przewidywalny. Grelier znowu pomyślał o zagadkowym oknie witrażowym, które widział na dole; zastanawiał się, czy ma ono jakiś związek z obecnym nastrojem Quaiche’a.

— Zaraz będziesz tak prosty jak trzcina — stwierdził.

— Dobrze. Muszę taki być. Czekają nas kłopoty, Grelier. Z Łańcucha Gullveig doniesiono o poważnych opadach lodu blokujących Drogę. To nam przypadnie zadanie jej oczyszczenia, tak jak zawsze. Ale mimo Bożego Ognia nadal się niepokoję, że Haldora nas wyprzedzi.

— Nadrobimy zwłokę. Zawsze nadrabiamy.

— Jeśli opóźnienie stanie się niedopuszczalnie duże, trzeba będzie podjąć drastyczne kroki. Chcę, by Moc Napędowa była przygotowana na wszystko, o co ją poproszę, nawet rzeczy nie do pomyślenia. — Fotel znowu się przechylił, odbicie starca załamało się i na nowo sformowało w wolno poruszających się lustrach. Były ustawione tak, by kierować światło Haldory w pole widzenia Quaiche’a: gdziekolwiek siedział, widział planetę. — To nie do pomyślenia, Grelier — dodał. — Wiesz, co przez to rozumiem, prawda?