— Sądzę, że tak — odparł Grelier.
A potem pomyślał o krwi, o mostach, a także o dziewczynie, którą sprowadza do katedry, i zastanowił się, czy nie wprawił przypadkiem w ruch czegoś, czego nie będzie w stanie zatrzymać. Możliwość ta wydała mu się jednak bardzo mało prawdopodobna.
Quaiche tego nie zrobi, pomyślał. Jest szalony, nie ma wątpliwości, ale nie aż tak szalony. Nie tak szalony, by przeprowadzić Lady Morwennę przez most nad Otchłanią Rozgrzeszenia.
OSIEMNAŚCIE
Mapę wnętrza „Nostalgii za Nieskończonością” — był to długi zwój porysowanego, pożółkłego papieru — przytrzymywał na jednym końcu nóż Blooda, na drugim ciężki srebrny hełm znaleziony w złomie przez Palfreya. Plan gęsto pokrywały bazgroły ołówkiem i atramentem. W niektórych miejscach plan był ścierany i kreślony od nowa tak wiele razy, że papier zrobił się cienki i niemal przezroczysty.
— Nie mamy lepszego? — spytał Blood.
— Lepszy taki niż żaden — odparła Antoinette. — Staramy się jak możemy przy tak ograniczonych zasobach.
— W porządku. — W ubiegłym tygodniu świnia słyszał takie słowa ze sto razy. — Więc co ten plan nam mówi?
— Że mamy problem. Czy rozmawiałeś z Palfreyem?
— Nie. Scorp się tym zajął.
Antoinette musnęła biżuterię umocowaną w płatkach uszu.
— Ja też ucięłam sobie z nim pogawędkę. Chciałam się zorientować w sytuacji. Okazuje się, że niemal wszyscy w zarządzie zęzy są przekonani, że kapitan zmienia swoje wzorce nawiedzania.
— I co?
— Oznaczyłam kilkanaście ostatnich zjaw i dochodzę do wniosku, że oni mają rację.
Świnia popatrzył na mapę zmrużonymi oczyma, źle przystosowanymi do rozróżniania szarych ołówkowych znaków w przyćmionym świetle sali konferencyjnej. Mapy nigdy nie były jego specjalnością, nawet w czasach, gdy służył pod Scorpiem w Chasm City. Tam nie miało to wielkiego znaczenia. Blood zawsze głosił zasadę: jeśli potrzebujesz mapy, by znaleźć drogę w okolicy, to już jesteś w kłopotach.
Ale tej mapy potrzebowali. Przedstawiała „Nostalgię za Nieskończonością”, morską iglicę, w której właśnie siedzieli. Statek był zwężającym się stożkiem zawikłanych poziomych i pionowych linii, obeliskiem z wygrawerowanymi posplatanymi hieroglifami. Linie pokazywały poziom podłóg, połączone szyby i główne przedziały wewnętrzne. Wielkie hangary — ładownie statku — były na diagramie dziurami bez oznaczeń.
Statek miał cztery kilometry wysokości, na planie nie było więc miejsca na szczegóły. Pojedynczych pokojów zazwyczaj nie zaznaczano, chyba że miały strategiczne znaczenie. Wykreślanie planów było w zasadzie bezcelowe, gdyż powolny proces wewnętrznej statkowej reorganizacji — całkowicie poza ludzką kontrolą — po kilku latach niweczył wszelkie takie wysiłki.
Były też inne komplikacje. Wysokie poziomy statku zmapowano nieźle. W tych rejonach wciąż kręciła się załoga i ciągła ludzka działalność zdawała się zniechęcać statek do drastycznych zmian. Ale poziomy leżące poniżej poziomu morza były znacznie rzadziej odwiedzane. Brygady schodziły tam tylko w razie konieczności. Przekonywały się wtedy, że wnętrze jest zupełnie inne, niż oczekiwały. Zniekształcone części statku — powyginane na wzór okropnych biologicznych archetypów — były trudne do dokładnego zmapowania. Blood zwiedził niektóre z najbardziej zdeformowanych stref statku i to doświadczenie przypominało eksplorację koszmarnego systemu jaskiń.
Nie tylko wnętrze statku pozostawało zagadkowe. Przed zejściem z orbity światłowiec spłaszczył swoją rufę. W chaosie lądowania nie dokonano szczegółowych obserwacji. Dolny kilometr statku — z bliźniaczymi gondolami napędów hybrydowskich włącznie — był obecnie niemal stale zanurzony i nurkowie zbadali jedynie górne sto metrów podwodnej części, ale nawet ich meldunki nie przynosiły wielu nowości. Czujniki sięgały głębiej, ale odbierane za ich pośrednictwem zamglone kształty wskazywały jedynie, że ogólna sylwetka statku pozostała mniej więcej nienaruszona. Podstawowe pytanie, czy silniki będą jeszcze mogły działać, pozostawało bez odpowiedzi. Kapitan miał własny system nerwowy połączeń transportujących dane i dowiadywał się o stopniu przygotowania statku do lotu w kosmosie. Ale kapitan milczał.
Może teraz postanowił się odezwać?
Antoinette zaznaczyła czerwonymi gwiazdkami wszystkie miejsca wiarygodnego pojawienia się Johna Brannigana i opatrzyła je opisami. Blood zerknął na daty i odręczne uwagi o typie zjawy i świadkach.
— Przenosi się w górę — zauważył.
Antoinette potaknęła. Niesforny pukiel zwisał jej na twarz.
— Właśnie. Jeśli tak jest, zeznania Palfreya i jego kolegów mają sens.
— A daty? Czy są jakieś wzorce?
— Tylko to, że jeszcze miesiąc temu sprawy wyglądały normalnie.
— A teraz?
— Wyciągnij własne wnioski — powiedziała. — Mapa mówi sama za siebie. Kapitan nagle stał się niespokojny. Zaczął pokazywać się w częściach statku, w których wcześniej nigdy go nie widziano. Jeśli włączyć w to meldunki, które uważałam za nieco wątpliwe, zobaczysz czerwone znaczki w górnych rejonach aż do poziomów administracyjnych.
— Ale nie wierzysz tym meldunkom, prawda? Antoinette odgarnęła pasmo włosów.
— Nie, w tej chwili nie. Ale tydzień temu nie wierzyłam również w połowę innych. Teraz brakuje mi tylko jednego wiary godnego świadka powyżej poziomu sześćset.
— I wtedy co?
— Trzeba uznać, że kapitan się obudził. Według Blooda to już był fakt.
— Ale nie z powodu Khouri. To zaczęło się przed tygodniami. Wtedy nie było jej tutaj.
— Ale wtedy bitwa już się tu toczyła. Kapitan to wyczuwał. On jest statkiem. Jego zmysły sięgają na godziny świetlne we wszystkich kierunkach. Zakotwiczenie na planecie tego nie zmienia.
— Nie wiemy, czy Khouri mówi prawdę — zauważył Blood. Antoinette dodała czerwonym markerem jeszcze jedną gwiazdkę odpowiadającą meldunkowi Palfreya.
— Uważam, że teraz wiemy — odparła.
— W porządku. Jeszcze jedna sprawa. Jeśli kapitan się obudził…
Spojrzała na niego, czekając, aż skończy zdanie. — Tak?
— Czy myślisz, że czegoś chce?
Antoinette podniosła hełm i mapa zwinęła się z trzaskiem.
— Chyba jedno z nas będzie musiało go zapytać — odparła.
Dwie godziny przed świtem coś zamrugało na horyzoncie.
— Widzę to — powiedział Vasko. — To góra lodowa, taka, jaką widzieliśmy na mapie.
— Ja nic nie widzę — oznajmiła Urton po półminutowym wpatrywaniu się w dal.
— A ja tak — stwierdził Jaccottet z drugiej łodzi. — Sądzę, że Malinin ma rację.
Uniósł lornetkę do oczu. Szeroka obejma soczewek śledziła cel, nawet kiedy reszta lornetki poruszała się wraz z dłonią Jaccotteta.
— Co widzisz? — spytał Clavain.
— Lodowe wzgórze. Z tej odległości nic więcej nie rozróżniam. Ale nadal nie ma ani śladu statku.
— Dobra robota — powiedział Clavain do Vaska. — Nazwiemy cię Sokole Oko, dobrze?
Na polecenie Scorpia łodzie zmniejszyły prędkość o połowę, a potem stopniowo skręciły w lewo. Rozpoczęły długie okrążanie po spirali, oglądając obiekt w zmieniającym się świetle świtu ze wszystkich stron.