Do wczoraj Vasko nie słyszał o maszynach krioarytmetycznych. Ale ten termin pojawił się w zeznaniu Khouri — to była jedna z technik, które Aura pomogła Remontoire’owi i jego sprzymierzeńcom udoskonalić, kiedy wylatywali ze zniszczonego układu Delty Pawia.
Przez następne godziny Vasko starał się zadawać jak najwięcej pytań, by załatać najbardziej żenujące dziury w swej wiedzy. Nie na wszystkie pytania otrzymał gotowe odpowiedzi, nawet od Khouri. Clavain poinformował go, że silniki krioarytmetyczne nie są nowością, że podstawowa technika została rozwinięta przez Hybrydowców pod koniec wojny z Demarchistami. W tamtym czasie silnik krioarytmetyczny był niezgrabnym tworem wielkości domu i mogły go przewozić tylko największe statki kosmiczne. Wszelkie próby zbudowania wersji zminiaturyzowanej kończyły się katastrofą. Jednak Aura pokazała im, jak robić silniki wielkości jabłek.
Nadal jednak były niebezpieczne.
Zasada działania krioarytmetyki opierała się na kontrolowanym łamaniu jednego z praw termodynamiki. Była to odnoga obliczeń kwantowych, wykorzystująca klasę algorytmów odkrytych przez hybrydowskiego teoretyka o nazwisku Qafzeh we wczesnych latach wojny z Demarchistami. Algorytmy Qafzeha — zaimplementowane właściwie na odpowiednim komputerze kwantowym — prowadziły do straty ciepła netto w lokalnym wszechświecie. Silnik krioarytmetyczny był w istocie komputerem, wykonującym obliczenia w pętli. Inaczej jednak niż zwykłe komputery, im szybciej działał, tym stawał się zimniejszy. Trudność polegała na tym, aby zapobiec zbyt szybkiemu działaniu komputera, by nie przeszedł w stan niekontrolowanej ucieczki. Im mniejszy silnik, tym bardziej był podatny na ten typ niestabilności.
Może to właśnie przydarzyło się statkowi Skade. W kosmosie zadanie silników polegało na wysysaniu ciepła z kadłuba korwety, dzięki czemu statek znikał na tle kosmicznego promieniowania o temperaturze bliskiej zera bezwzględnego. Ale może w tym wypadku statek doznał uszkodzeń, być może przerwała się delikatna sieć układów sterowania, monitorująca silniki krioarytmetyczne. Zanim statek uderzył w ocean na Araracie, stał się wyjącym ośrodkiem międzygwiezdnego zimna. Woda wokół zaczęła zamarzać, jej dziwne wzorce i struktury zdradzały, że zostały tu w nieprzyzwoity sposób pogwałcone prawa fizyki.
Czy w środku mógł ktoś przeżyć?
Nagle Vasko coś usłyszał. Niewykluczone, że jako pierwszy. Ostry dźwięk, wrażenie tak bliskie ultradźwięku, że ledwie je rejestrował. Przypominał dane nadchodzące kanałem zmysłowym.
Był jak śpiew, jak dźwięk wydawany przez milion palców sunących po mokrych krawędziach miliona kieliszków.
Ledwie go słyszał, ale miał wrażenie, że dźwięk rozłupie mu czaszkę.
— Proszę pana, słyszę coś. Góra lodowa hałasuje.
— To słońce ogrzewa lód — powiedział Clavain po chwili. — Powoduje, że pęka i drży.
— Czy pan to słyszy, proszę pana?
Clavain popatrzył na niego z dziwnym wyrazem twarzy.
— Nie, synu, nie słyszę. Obecnie nie słyszę wielu rzeczy. Ale wierzę ci na słowo.
— Bliżej — powiedział Scorpio.
Antoinette Bax szła sama przez ciemne, zimne i wilgotne korytarze wielkiego zatopionego statku. W jednej dłoni trzymała latarkę, w drugiej — stary srebrny hełm. Złoty krąg światła skakał przed nią z gorliwością myśliwskiego psa i uwypuklał rzeźbione formacje na ścianach: tu łuk, który wyglądał na wykonany z dysków kręgosłupa, tam masa zwiniętych i zawęźlonych kiszkowa — tych rur, którym pełznące cienie kazały skręcać się i wyginać niczym kopulujące węże.
Z dolnych pokładów dochodził stały wilgotny powiew, a w nieodgadnionej dali Antoinette słyszała dzwonienie jakiegoś wahającego się mechanizmu — może pompy zęzowej, a może to sam statek przerabiał część swej własnej tkanki. Dźwięki w statku rozchodziły się w nieprzewidywalny sposób i hałas mógł równie dobrze dochodzić z sąsiedniego korytarza, jak i z jakiegoś miejsca oddalonego o kilometr w górę lub w dół iglicy.
Antoinette podniosła kołnierz płaszcza. Wolałaby mieć towarzystwo — jakiekolwiek towarzystwo — ale wiedziała, że musi to zrobić sama. W przeszłości czasami udawało jej się skłonić kapitana do reakcji, co uznała za dowód, że kapitan jest gotów otworzyć się przed nią i ma do niej zaufanie. Dlatego doszła do wniosku — nie wiadomo, czy słusznie — że ma większą niż koledzy szansę nawiązania łączności z kapitanem. Poza tym miała doświadczenie. Kiedyś sama była właścicielką statku; wprawdzie znacznie mniejszego od „Nostalgii za Nieskończonością”, ale w jakimś sensie również nawiedzonego.
— Mów do mnie, Johnie — prosiła przy poprzednich okazjach. — Mów do mnie jak do kogoś, komu możesz ufać, jak do osoby, która docenia to, kim jesteś.
Nigdy nie otrzymała jednoznacznej odpowiedzi, ale zawsze miała wrażenie, że w jej obecności kapitan jakoś reagował.
Może ostatnia seria zjaw wskazuje, że kapitan budzi się ze stanu uśpienia?
— Kapitanie — powiedziała teraz, trzymając w górze hełm — chyba pozostawił pan swoją kartę wizytową. Chcę ją oddać. Teraz musi pan dotrzymać swojej części umowy.
Żadnej reakcji.
— Będę z panem szczera — powiedziała. — Nie podoba mi się tu na dole. Prawdę mówiąc, cholernie mnie to przeraża. Lubię małe i przytulne statki, z wystrojem wnętrza takim, jaki sama wybiorę. — Powiodła snopem światła latarki dookoła, oświetlając zwisającą kulistą masę wypełniającą pół korytarza. Zatrzymała się pod zamarłymi w ruchu czarnymi bąblami i potarła je palcem — były zdumiewająco ciepłe i miękkie. — Nie, to zupełnie nie mój styl. Ale to pańskie imperium, nie moje. Mam tylko nadzieję, że zdaje pan sobie sprawę, ile mnie kosztuje zejście tutaj, i że sprawi pan, żeby to zejście mi się opłacało.
Nic się nie wydarzyło. Ale nigdy nie oczekiwała natychmiastowego sukcesu.
— Johnie — zaryzykowała poufałość. — Coś się chyba dzieje w szerszym układzie. Przypuszczam, że ty też masz jakieś podejrzenia w tej sprawie. Powiem ci, co myślę, a potem sam zdecydujesz.
Powiew zmienił się, stał się teraz cieplejszy i nieregularny jak nierówny oddech.
— Khouri wróciła — oznajmiła Antoinette. — Spadła z nieba przed kilku dniami. Pamiętasz ją, prawda? Spędziła mnóstwo czasu tu na pokładzie. Khouri powiada, że wokół Araratu toczy się bitwa. W porównaniu z nią wojna między Hybrydowcami a Demarchistami wygląda jak walka na śnieżki. Jeśli ona nie kłamie, mamy tam na górze dwa skłócone ludzkie odłamy plus przerażającą liczbę wilczych maszyn. Pamiętasz wilki, kapitanie? Widziałeś, jak Ilia wykorzystała przeciw nim broń kazamatową i wiesz, na ile to się zdało.
Znowu ta sama reakcja: powiew stał się łagodnym ssaniem. Spełniało to już warunki zjawy pierwszej klasy.
— Jesteś tu ze mną, prawda?
Znowu zmiana — wiatr powrócił wzmocniony, rozwiązał włosy Antoinette, smagał nimi jej twarz.
Usłyszała w wichrze wyszeptane słowo „Ilia”.
— Tak, kapitanie, Ilia. Pamiętasz ją dobrze, prawda? Ja też ją pamiętam. Nie znałam jej długo, ale zdołałam zrozumieć, że jest to typ kobiety, której się długo nie zapomina.
Wiatr ucichł. Pozostało tylko dokuczliwe ssanie.
Cichy głos rozsądku ostrzegł Antoinette, by teraz przestała. Otrzymała jasny wynik: z pewnością klasę jeden i najprawdopodobniej klasę dwa. Chyba wystarczy na jeden dzień? Kapitan był przecież bardzo chimeryczny. Według zapisów Volyovej, wpędziła go w katatonię, próbując go skłonić do jednej dodatkowej reakcji. Często mijały tygodnie, nim kapitan wyszedł z takiego stanu.
Ale ona miała miesiące, nawet lata, by budować swój roboczy związek z kapitanem. Antoinette nie miała tyle czasu.