— Kapitanie, wyłożę karty na stół — powiedziała. — Starsi się niepokoją. Scorpio tak się martwi, że sprowadził Clavaina z wyspy. Traktują serio Khouri. Polecieli sprawdzić, czy uda się od zyskać jej dziecko. Jeśli ma rację, mamy już w naszym oceanie statek Hybrydowców uszkodzony przez wilki. Są tutaj, kapitanie. To czas kryzysu. Albo będziemy biernie siedzieć i pozwolimy, by wydarzenia toczyły się wokół nas, albo pomyślimy o następnym posunięciu. Jestem pewna, że wiesz, co mam na myśli.
Ssanie ustało gwałtownie, jakby gdzieś zatrzasnęły się drzwi. Żadnego powiewu, żadnego hałasu. Antoinette stała teraz sama w korytarzu, rzucając małą wiązkę światła z latarki.
— Niech mnie diabli — powiedziała.
Wtem pojawiła się świetlna szczelina. Antoinette usłyszała pisk metalu i fragment ściany korytarza otworzył się jak na zawiasach. Jej twarz owiał podmuch nowych biomechanicznych zapachów.
Przez szczelinę zobaczyła inny korytarz, biegnący ostro w dół ku leżącym niżej pokładom. Z głębin sączyło się blade złotozielone światło.
— Chyba miałam rację co do karty wizytowej — powiedziała.
DZIEWIĘTNAŚCIE
Łodzie przeciskały się przez gęstniejącą wodę przy obrzeżach góry, rozpryskując lodowe odłamki. Przyśpieszały przez kilkanaście metrów, a potem zatrzymywały się, mieląc lód. Silniki elektryczne wyły.
Prostokątne kadłuby wycięły w lodowym obrzeżu równe kanały, ale oleista szara woda przestawała zaraz pluskać i robiła się podejrzanie nieruchoma. Scorpiowi kojarzyło się to z koagulującą krwią, coraz bardziej lepką i kleistą. Oceniał, że w ciągu kilku minut kanały znowu solidnie zamarzną.
Dwoje funkcjonariuszy Bezpieczeństwa wyszło z łodzi. Uznali, że lód jest dostatecznie mocny, by utrzymać ciężar całej grupy. Inni ruszyli za nimi. Zabrali broń i sprzęt, ale musieli pozostawić w łodziach część instrumentów, z inkubatorem włącznie. Twarde obrzeże tworzyło wokół głównego szczytu góry lodowej pas lądu szeroki na pięć do sześciu metrów. Ogromna krystaliczna struktura miała strome ściany. Z powodu sztywnej szyi Scorpio mógł patrzeć na szczyt najwyżej kilka chwil.
Poczekał, aż Clavain wysiądzie, a potem do niego podszedł. Stali, dygocąc, i tupali. Lód pod nimi miał teksturę grubych guzowatych włókien splecionych razem w rodzaj maty. Maty zdradzieckiej, śliskiej i nierównej. Należało stawiać ostrożnie kroki.
— Przypuszczałem, że do tej pory nas powitają — powiedział Scorpio. — Zaczynam się niepokoić.
— Ja też — odparł Clavain bardzo cicho. — Nie omawialiśmy takiego wariantu, że Skade może być martwa. Wydaje mi się… — Przerwał, zerkając na Khouri. Kucając, składała działo Breitenbacha. — Wydaje mi się, że ona nie jest gotowa, by sobie już z tym poradzić.
— Chyba wierzysz we wszystko, co mówiła?
— Jestem pewien, że znajdziemy tu statek. Nie mam jednak podstaw, by przypuszczać, że Skade przeżyła rozbicie statku.
— Skade jest twarda.
— Owszem, ale nie sądziłem, że będę kiedykolwiek pragnął, by przeżyła.
— Proszę panów!
Obejrzeli się za głosem. To był Vasko.
— Proszę panów. — Spojrzał po kolei na Scorpia i Clavaina. — Mamy tutaj otwór w lodzie. Chyba jest największy z dostępnych.
— Jak głęboko sięga? — spytał Scorpio.
— Nie wiem dokładnie. Więcej niż kilka metrów. Z łatwością się przecisnę.
— Poczekaj — powiedział Scorpio. — Róbmy jeden krok naraz, dobrze?
Poszli za Vaskiem w stronę dziury w lodzie. Musieli się schylać pod wystającymi poziomymi szpikulcami i osłaniać oczy i twarz. Scorpio instynktownie wzdragał się przed uszkodzeniem elementów lodowej struktury, choć było to prawie niemożliwe. Nawet jeśli ostrożnie omijał jeden szpikulec i zasłaniał się przed rapierowatym końcem drugiego, to rozbijał kilka mniejszych kolców. Łamały się z brzękiem na kawałki i powodowały wtórne złamania parę metrów dalej.
— Czy góra nadal do ciebie śpiewa? — zapytał Vaska.
— Nie, proszę pana — odpowiedział. — Nie tak jak przedtem. Słyszałem to tylko wtedy, kiedy wschodziło słońce.
— Ale nadal coś słyszysz?
— Jest cichsze, znacznie cichsze. Przychodzi falami. Może to tylko złudzenie.
Scorpio nic nie słyszał. Clavain też nie — był starcem o niedomagających zmysłach.
— Jestem gotów przecisnąć się do środka, proszę pana.
Otwór zaczynał się na wysokości piersi i rozszerzał, co sugerowało, że za nim znajduje się większa pusta przestrzeń. Trudno było teraz określić, jak daleko w głąb zdołają się posunąć.
— Niech zobaczę — powiedziała Khouri.
Niosła działo zawieszone na taśmie biegnącej przez ramię i wsparte na biodrze.
— Są inne drogi do środka — powiedział Vasko — ale ta chyba jest najłatwiejsza.
— Pójdziemy tędy — postanowiła Khouri. — Odsuń się. Idę pierwsza.
— Poczekaj — odezwał się Clavain. Zagryzła wargę.
— Tam wewnątrz jest moja córka. Niech ktoś pójdzie po inkubator.
— Wiem, jak się czujesz — powiedział Clavain.
— Naprawdę?
— Tak, wiem — ciągnął spokojnym głosem. — Skade kiedyś zabrała Felkę. Poszedłem po nią tak samo jak ty teraz. Uznałem, że to właściwe postępowanie. Teraz wiem, że było to głupie, gdyż omal jej nie utraciłem. Właśnie dlatego nie powinnaś jako pierwsza wchodzić do środka, jeśli chcesz znowu zobaczyć Aurę.
— Ma rację — potwierdził Scorpio. — Nie wiemy, co tam znajdziemy ani jak Skade zareaguje, kiedy dowie się, że tutaj jesteśmy. Możemy kogoś stracić. Nie powinniśmy stracić akurat ciebie.
— Możecie przynieść inkubator.
— Nie — powiedział Scorpio. — Niech zostanie tutaj, bezpieczny. Mógłby ulec zniszczeniu w wymianie ognia. A jeśli się okaże, że dojdzie do negocjacji, będzie czas na powrót i zabranie inkubatora.
Wydawało się, że Khouri przekonują te argumenty, chociaż nie wyglądała na uszczęśliwioną.
— Idę jako druga — oznajmiła.
— Ja poprowadzę. — Scorpio zwrócił się do obojga funkcjonariuszy Bezpieczeństwa. — Jaccottet, idziesz za Khouri. Urton, zostajesz tutaj z Vaskiem. Pilnujcie łodzi i uważajcie, czy coś się nie wynurzy z innej części lodu. Gdy zobaczycie coś niezwykłego… — Przerwał, zauważywszy, w jaki sposób jego towarzysze rozglądają się wokół. — Kiedy zobaczycie coś naprawdę niezwykłego, natychmiast nas zawiadomcie.
Tylko Clavainowi pozostawił samodzielną decyzję.
Scorpio wszedł w kłujący las lodowych igieł, rozbijając je przy każdym ruchu, każdym oddechu. Powietrze opalizowało mgiełką kryształów. Przeciskanie się przez szczelinę było utrudnione z powodu jego niskiego wzrostu i krótkich członków. Koniuszek lodowego ostrza musnął mu skórę, boleśnie ją zadrapując. Potem poczuł pchnięcie w udo.
Wreszcie wylądował wewnątrz jamy. Strząsnął z siebie pył i rozejrzał się. Dookoła lód lśnił z intensywnością niebieskich neonów. Wszędzie sterczały kolce i stożki, takie same jak na lodowym obrzeżu góry. Przeciskały się od dołu, grube jak rury przemysłowe. Scorpio przypomniał sobie, że nic tu nie jest statyczne: góra lodowa rosła, a ta jama mogła istnieć dopiero od kilku godzin.
Powietrze było zimne jak stal.
Khouri z chrzęstem opadła na lód za Scorpiem. Rozkołysana lufa działa Breitenbacha, rozpyliła wachlarz miniaturowych stalaktytów. Inna broń, zbyt liczna, by ją wymieniać, zwisała u jej pasa jak skurczone trofea.