— Tak samo jak Vasko… — zaczęła. — Ja również słyszę niski dźwięk podobny do warkotu.
— Ja nie słyszę, ale to nie znaczy, że nie ma żadnego dźwięku — przyznał Scorpio.
— Skade jest tutaj — powiedziała. — Wiem, co myślisz: że może być martwa. Ale ona żyje. Żyje i wie, że wylądowaliśmy.
— A Aura?
— Jeszcze jej nie czuję.
W komorze pojawił się Clavain; pokonał drogę przez otwór z metodyczną powolnością tarantuli. Jego cienkie, czarno odziane kończyny wydawały się skonstruowane dokładnie do tego celu. Scorpio zauważył, że starzec zdołał wejść, nie łamiąc ani kawałka lodowej ornamentacji. Spostrzegł także, że jedyna widoczna broń Clavaina to nóż o krótkim ostrzu, który starzec zabrał ze swego namiotu.
Za Clavainem przybył Jaccottet, znacznie mniej delikatnie. Zatrzymał się, by strząsnąć z munduru kawałki lodu.
Scorpio podniósł rękaw, odkrywając komunikator.
— Blood, znaleźliśmy drogę do wnętrza góry. Wchodzimy głębiej. Nie jestem pewien, co się stanie z komunikatorami, ale bądź czujny. Malinin i Urton pozostają na zewnątrz. Jeśli wszystko inne zawiedzie, może zdołamy nawiązać łączność za ich pośrednictwem. Szacuję, że zostaniemy wewnątrz kilka godzin, może dłużej.
— Bądź ostrożny — odpowiedział Blood.
Co to takiego? — pomyślał Scorpio. Blood się o niego troszczy? Sprawy wyglądały naprawdę gorzej, niż się obawiał.
— Będę — obiecał. — Czy chcesz mi coś więcej przekazać?
— Nic bezpośrednio związanego z naszą misją. Meldunki o wzmożonej aktywności Żonglerów z wielu stacji monitorujących, ale to może być tylko zbieg okoliczności.
— W tej chwili nie jestem pewien, czy cokolwiek jest zbiegiem okoliczności.
— I… ach… tylko, by ci dodać otuchy… kilka meldunków o światłach na niebie. Niepotwierdzonych.
— Światła na niebie? Coraz lepiej.
— Prawdopodobnie to nic nie znaczy. Gdybym był tobą, wy rzuciłbym to wszystko z głowy. Skoncentruj się na bieżącym zadaniu.
— Dziękuję. Znakomita rada. W porządku, kolego, odezwę się później.
Clavain słyszał tę rozmowę.
— Światła na niebie? Może następnym razem uwierzysz starcowi.
— Stale ci wierzę. — Scorpio wyciągnął pistolet zza pasa. — Weź to. Nie mogę znieść, jak sobie chodzisz z tym śmiesznym nożykiem.
— To bardzo dobry nóż. Czy wspominałem, że kiedyś uratował mi życie?
— Tak.
— To zadziwiające, że cały ten czas byłem mu wierny. Czy nie sądzisz, że noże kojarzą się z rycerstwem?
— Osobiście uważam — odparł Scorpio — że nadszedł czas, by przestać myśleć w kategoriach kawalerii, a zacząć myśleć w kategoriach artylerii.
Clavain wziął pistolet, ale zrobił minę jak osoba, która z grzeczności przyjmuje nie aprobowany przez nią całkowicie podarek.
Ruszyli w głąb góry. Tekstura lodu przywodziła Scorpiowi na myśl niektóre budynki w Mierzwie Chasm City. Kiedy zaatakowała je zaraza, ich systemy naprawcze i przeprojektowujące wytworzyły coś z podobną organiczną płodnością. Wydawało się, że tutaj przyrastanie lodu było wywołane dziwacznymi wariacjami temperatury i przepływów powietrza. Powietrze zmieniało się od zimnego, tak że niemal pękały płuca, do ledwie chłodnego, i wszelkie próby orientacji na podstawie przeciągów były skazane na niepowodzenie. Clavain miał niekiedy wrażenie, że znajduje się wewnątrz ogromnego oddychającego płuca.
Ich droga była zawsze oświetlona: najpierw dziennym światłem, potem pastelowym, niebieskim rdzeniem.
— To muzyka — stwierdził Jaccottet.
— Co takiego? — spytał Scorpio.
— Muzyka, proszę pana. Ten niski dźwięk. Wcześniej było wielokrotne echo i nie mogłem się zorientować. Ale teraz jestem pewien, że to muzyka.
— Muzyka? Dlaczego, do cholery, gra tu muzyka?
— Nie wiem, proszę pana. Jest niewyraźna, ale niewątpliwie ją słychać. Doradzam ostrożność.
— Ja też to słyszę — stwierdziła Khouri. — I doradzam pośpiech, do cholery.
Wyjęła zza pasa broń i wystrzeliła w najgrubsze lodowe drzewce. Rozprysło się marmurowym białym pyłem. Przekroczyła rumowisko i skierowała broń na następną przeszkodę.
Clavain ustawił swój nóż, który zaczął brzęczeć, a potem ostrze rozmyło się w plamę. Clavain machnął nim, ścinając równo i czysto jeden z mniejszych pali.
Posuwali się naprzód, coraz dalej od światła. Falami napłynęło chłodniejsze powietrze. Otulili się ciaśniej ubraniami i odzywali się tylko wtedy, gdy było to absolutnie konieczne. Scorpio początkowo cieszył się, że wziął rękawice, ale teraz czuł, jakby ich wcale nie nosił. Od czasu do czasu spuszczał wzrok, by sprawdzić, czy rękawice są nadal na miejscu. Powiadano, że hiperświnie odczuwają chłód dotkliwiej niż ludzie linii głównej: była to jakaś wada biochemii świń, której projektanci nie uznali za wartą korekty.
Jego rozmyślania przerwała podekscytowana Khouri. Wyprzedziła ich, choć próbowali ją powstrzymać.
— Z przodu coś jest i chyba teraz czuję Aurę. Musimy już być blisko — powiedziała.
Clavain natychmiast stanął tuż za nią.
— Co widzisz?
— Coś ciemnego. Nie przypomina lodu.
— To na pewno korweta.
Posunęli się jeszcze o paręnaście metrów; zajęło im to ze dwie minuty. Lód był tu tak gruby, że Clavaina mógł odcinać swoim nożykiem tylko drobne kawałki, a Khouri miała dość rozsądku, żeby nie używać broni w pobliżu serca góry lodowej. Formacje lodu były tu niepokojące. Promień światła latarki Jaccotteta odsłaniał struktury przypominające kości udowe, dziwaczne żyły czy stawy z chrząstek.
Potem ilość przeszkód zmalała i nagle znaleźli się w rdzeniu góry. Rozwinął się nad nimi rodzaj dachu podpartego wyrastającymi z podłogi olbrzymimi pniami łuskowatego lodu. Pośrodku komory znajdował się wrak statku.
Scorpio nie uważał się za znawcę pojazdów kosmicznych Hybrydowców, ale wiedział, że korweta klasy mureny powinna być opływowym ultraczarnym statkiem przypominającym poczwarkę. Powinna mieć kołnierze i kolce. Pochłaniająca światło powierzchnia kadłuba powinna być bez szwów. I z całą pewnością statek nie powinien leżeć na boku, przełamany i otwarty jak zwierz poddany sekcji, z wnętrznościami na wierzchu. Resztki kadłuba, ostre i nieregularne jak kawałki zbitego szkła, również nie powinny leżeć wokół wraku niczym powywracane nagrobki.
Nie tylko to było z okrętem nie w porządku. Pojazd pulsował, wydając mruczące dźwięki staccato. Scorpio bardziej czuł je w brzuchu, niż słyszał. To była muzyka.
— Niedobrze — mruknął Clavain.
— Nadal czuję Aurę — oznajmiła Khouri. — Ona jest tam wewnątrz, Clavainie.
— Tu prawie nie ma wnętrza, w którym mogłoby coś być — odparł.
Scorpio zobaczył, że lufa działa Breitenbacha nachyla się ku Clavainowi i Khouri celuje w niego. Trwało to tylko moment i nic w twarzy Khouri nie wskazywało na to, że za chwilę straci panowanie nad sobą. Dało to jednak Scorpiowi do myślenia.
— Tam jest statek — powiedział. — Może to wrak, Nervil, ale ktoś mógł pozostać na pokładzie. I coś wytwarza tę muzykę. Nie możemy jeszcze zrezygnować.
— Nikt nie mówi o rezygnowaniu — oznajmił Clavain.
— Zimno wychodzi ze statku — zauważyła Khouri. — Wylewa się z niego, jakby krwawił zimnem.
Clavain uśmiechnął się.
— Krwawił zimnem? Możesz to powtórzyć.
— Słucham?
— To stary dowcip. Taki, który w Norte nie wychodzi zbyt dobrze.
Khouri wzruszyła ramionami. Ruszyli ku wrakowi.