Выбрать главу
* * *

Schodzący w dół oświetlony na zielono korytarz, do którego ją zaproszono, zaprowadził Antoinette do obszernej komory, której rozmiarów nie potrafiła określić. Oceniała, że zeszła pięć czy sześć poziomów w dół, ale próba ustalenia własnego położenia na kieszonkowym powiększeniu głównej mapy statku nie miała sensu. Mapa okazała się beznadziejnie nieaktualna, zanim jeszcze zjawa wezwała ją tu na dół.

Zatrzymała się, nie wyłączając latarki. Zielone światło wypływało ze skrzelowatych otworów w suficie. W zasięgu światła latarki wszędzie widziała rdzewiejące stosy maszyn. Metalowy złom o różnych rozmiarach: od pokrzywionych, wyższych od Antoinette strupów wykładzin kadłuba po artefakty wielkości kciuka pokryte zielonym futrem korozji. Pośrednie miejsce zajmowały brązowe części pomp czy uszkodzone kończyny i organy czuciowe statkowych serwitorów. Wszystko rzucono na luźne sterty. Wyglądało to tak, jakby natknęła się na pomieszczenie z odpadami mechanicznej rzeźni.

— Cóż, kapitanie. — Antoinette delikatnie postawiła hełm przed sobą na podłodze. — Oto jestem. Przypuszczam, że doprowadziłeś mnie tutaj z jakiegoś powodu.

Maszyneria drgnęła. Jedna z gór przesunęła się, jakby pchnięta niewidzialną dłonią. Stos metalowych części płynął i obracał się,

ożywiony przez zagrzebane w złomowisku nadal działające części serwitorów. Przegubowe kończyny drgały i zginały się z hipnotyzującą harmonią. Antoinette wstrzymała oddech. Chyba podświadomie spodziewała się czegoś takiego — zjawy klasy trzy, dokładnie takiej, jak opisywał Palfrey — ale jednak ją to denerwowało. Z tak bliska maszyneria była niebezpieczna. Ostre krawędzie mogły ciąć i krajać, części na zawiasach — miażdżyć i kaleczyć.

Ale maszyneria nie napierała na nią — nadal się przetasowywała i układała. Kawałki spadały na podłogę, drgając dziwacznie, oddzielone kończyny zginały się, jakby coś chwytały. Części oczu mrugały. Czerwone promienie laserów optycznych biły ze stosu i nieszkodliwie prześlizgiwały się po piersi Antoinette.

Namierzano ją.

Wreszcie stos się zawalił. Warstwa bezużytecznego złomu spłynęła lawiną i odkryła coś, co tkwiło w jej rdzeniu. To była maszyna, nagromadzenie odpadów w kształcie człowieka. Szkielet — zasadnicza rama tego obiektu — składał się z kilkunastu kończyn serwitorów sczepionych manipulatorami. Stał, umiejętnie balansując, na podrapanych metalowych bańkach połączeń kulowo panewkowych. Liny i kable zasilające owijały go niczym ozdóbki choinkowe. Głowa była bezładnym konglomeratem czujników, złożonym na kształt ludzkiej czaszki i twarzy. Miejscami przewody nadal iskrzyły od przypadkowych zwarć. Zapach rozgrzanego lutowanego metalu uderzył Antoinette w nozdrza, przypominając jej czasy, gdy pracowała w trzewiach „Burzyka” pod czujnym nadzorem ojca.

— Chyba powinnam powiedzieć „Cześć” — stwierdziła Antoinette.

W jednej dłoni kapitan coś trzymał. Nie zauważyła tego wcześniej. Kończyna machnęła ku niej i przedmiot zatoczył w powietrzu zgrabną parabolę. Antoinette odruchowo wyciągnęła rękę i chwyciła go.

Gogle.

— Mam je włożyć — powiedziała.

* * *

Rozbity czarny kadłub górował nad nimi. W jego boku ziała długa szczelina obramowana strupem czegoś czarnego i krystalicznego. Scorpio patrzył w milczeniu, jak Jaccottet klęka i bada to miejsce. Jego oddech pojawiał się jako biała para na tle pancerza. Dotknął czarnego strupa, przesuwając palcami po dziwnej narośli czarnych sześcianów wielkości kostek do gry, ułożonych w równe tarasowate struktury.

— Bądź ostrożny — powiedziała Khouri. — Rozpoznaję, co to takiego.

— To maszyneria Inhibitorów — wyjaśnił Clavain ledwie słyszalnym szeptem.

— Tutaj? — zapytał Scorpio. Clavain z powagą skinął głową.

— Wilki. One są tu i teraz, na Araracie. Przykro mi, Scorp.

— Jesteś absolutnie pewien? Może to coś dziwacznego, czego używała Skade?

— Jesteśmy pewni — potwierdziła Khouri. — Cierń i ja dostaliśmy trochę tego wokół Roka, w ostatnim układzie. Od tamtego czasu nie widziałam tego z bliska, ale czegoś takiego się nie zapomina. Ten widok mnie przeraża.

— Nie sądzę, żeby te sześciany coś robiły — zauważył Jaccottet.

— Są bezwładne — wyjaśnił Clavain. — Muszą takie być. Galiana też je spotkała w głębokim kosmosie. Rozerwały jej statek, złożywszy się w maszynerię atakującą. Zabiły całą załogę, sekcja po sekcji, aż została tylko Galiana. Potem z kolei dobrały się również do niej. Wierz mi: gdyby funkcjonowały, już bylibyśmy martwi.

— Albo właśnie wysysałyby dane z naszych czaszek — dodała Khouri. — I zapewniam cię, nie byłaby to opcja, którą byś wybrał.

— Wszyscy się co do tego zgadzamy — przyznał Clavain.

Scorpio zbliżył się do rozcięcia, upewniwszy się, że mają zabezpieczone tyły. Czarna skorupa maszynerii Inhibitorów najwyraźniej została wypchnięta z kadłuba pod ciśnieniem. Może wydarzyło się to, zanim statek Skade uderzył w powierzchnię planety, po tym, jak zaatakowano korwetę w kosmosie.

Khouri zaczęła przeciskać się ku głębszej czerni kadłuba. Clavain dotknął jej rękawa.

— Nie śpieszyłbym się — powiedział. — O ile wiemy, we wnętrzu jest aktywna maszyneria wilków.

— Człowieku, jakie mamy inne wyjście?

— Cała nasza broń jest figę warta wobec aktywnej maszynerii Inhibitorów. Jeśli ta rzecz się przebudzi, będzie to jak gaszenie pożaru lasu pistoletem na wodę.

— Przynajmniej sprawa będzie szybka — zauważył Jaccottet.

— Co jak co, ale akurat ta sprawa szybka nie będzie — powie działa Khouri jakby ze złośliwą przyjemnością. — Ponieważ prawdopodobnie nie pozwolą ci umrzeć. Maszyny będą utrzymywać cię przy życiu dopóty, dopóki nie wypiją do dna z twojej czaszki. Więc jeśli masz wątpliwości, czy chcesz się na to narażać, radzę ci trzymać dla siebie jeden nabój w rezerwie. Przy odrobinie szczęścia uprzedzisz czarną masę, zanim zaatakuje twój mózg i przejmie kontrolę motoryczną, bo wtedy masz przechlapane.

— Jeśli to takie straszne, to jak się z tego wywinęłaś? — spytał Jaccottet.

— Boska interwencja — odparła Khouri. — Ale na twoim miejscu nie pokładałabym w tym nadziei.

— Dzięki za wskazówkę.

Dłoń Jaccotteta mimowolnie powędrowała do małej broni przy pasie.

Scorpio wiedział, co tamten myśli: czy będę dosyć szybki? Czy może przeciągnę sprawy o ten fatalny ułamek sekundy?

Clavain ruszył naprzód z brzęczącym nożem w dłoni.

— Musimy ufać, że masa pozostanie uśpiona — rzekł.

— Jeśli tak długo spała, dlaczego miałaby się teraz obudzić? — spytał Jaccottet.

— Jesteśmy źródłem ciepła. A to drobna różnica.

Khouri przepchnęła się do trzewi zniszczonego statku. Światło jej latarki skakało, oświetlając schodkowate brzegi strupa. Pod cienką warstwą lodu maszyneria lśniła jak świeżo porąbany węgiel. Jednak tam, gdzie Jaccottet przetarł ją palcami, masa była czarna, bez wyrazistego połysku.

— Tutaj jest więcej tego gówna — powiedziała. — Pokrywa wszystko jak czarne rzygowiny. — Znowu poruszyła światłem,

cienie tańczyły po ścianach jak skradające się potwory. — Ale nie wygląda na bardziej aktywne niż masa na zewnątrz.

— Wszystko jedno, nie ruszaj tego, dmuchaj na zimne — polecił Clavain.

— Ruszanie tego nie figurowało na mojej liście zadań — odparła Khouri.

— Dobrze. Coś jeszcze?