Выбрать главу

— Muzyka jest głośniejsza. Nadchodzi falami, przyśpiesza. Tak jakbym ją niemal rozpoznawała.

— Ja ją rozpoznaję — oznajmił Clavain. — To Bach, Passacaglia i Fuga c-mol, jeśli się nie mylę.

Scorpio zwrócił się do swojego człowieka z Bezpieczeństwa:

— Pozostań tu. Wyjście musi być chronione. Jaccottet wiedział, że nie należy z tym dyskutować. Scorpio i Clavain wgramolili się do środka za Khouri. Clavain wodził latarką po zniekształconym wnętrzu korwety, zatrzymując od czasu do czasu światło w miejscach, gdzie dostrzegł jakąś rozpoznawalną, acz uszkodzoną część. Czarna inwazja niemal pożarła materię pojazdu kosmicznego.

Scorpio uświadomił sobie, że kadłub to rozbita ruina, ledwie trzymająca się razem. Stąpał ostrożnie.

— To się rozrasta — powiedział Clavain cicho, jakby się bał — mimo nieregularnych impulsów muzyki — że zaalarmuje maszynerię. — Wystarczy jeden element, by zaatakować cały statek.

— Z czego są zrobione te czarne sześcianiki? — spytał Scorpio.

— Niemal z niczego — wyjaśnił Clavain. — To po prostu czysta siła utrzymywana przez drobny mechanizm głęboko w środku, taki jak jądro atomu. Tylko że nigdy nie obejrzeliśmy tego mechanizmu.

— Ale próbowaliście?

— Wyjęliśmy trochę sześcianów z ciał załogantów Galiany, łamiąc więzi między nimi. Po prostu skurczyły się, pozostawiając szczyptę szarego proszku. Założyliśmy, że to maszyneria, ale tak naprawdę nie uzyskaliśmy żadnych informacji. Inżynieria wsteczna nie wchodziła w rachubę.

— No to mamy kłopot — stwierdził Scorpio.

— Tak — potaknęła Khouri. — Nawet chyba nie wiemy, jaki wielki. Ale zrozum jedno: ciągle żyjemy i nie umrzemy, póki mamy Aurę.

— Uważasz, że jest aż taka ważna? — spytał Clavain.

— Człowieku, nie dotarlibyśmy do tego układu, gdyby nie ona.

— Myślisz, że jest tutaj? — zapytał Scorpio.

— Jest, nie wiem tylko, gdzie.

— Ja też odbieram sygnały — stwierdził Clavain — ale są nie spójne i poplątane. Przez echa z całego rozbitego statku nie mogę stwierdzić, czy to jedno źródło, czy kilka.

— Więc co robimy?

Clavain skierował promień latarki w mrok. Smagał światłem bajkowe wieże i blanki zamrożonych czarnych sześcianów.

— Tam z tyłu powinien być przedział układów napędowych — powiedział. — Niezbyt prawdopodobne, żeby ocalali tu się schronili. — Obrócił się, mrużąc oczy, bo wszystko było tu nieznajome. — Myślę, że tędy. Zdaje się, że to również źródło muzyki. Ostrożnie, może być ciasno.

— Dokąd tędy dojdziemy? — spytał Scorpio.

— Do części mieszkalnej i pokładu załogowego. O ile rozpoznamy te miejsca.

— Tam jest zimniej — zauważyła Khouri.

Udali się ku wskazanej przez Clavaina części statku. Z przodu ziała ogromna dziura, miejsce po ściance działowej. Mieli wrażenie, że powietrze zaraz się zestali. Scorpio zerknął w tył. Jego mózg wyprawiał sztuczki, wyczarowując leniwe zmarszczki i fale ruchu w czarnej wilczej maszynerii.

Nagle coś rzeczywiście ruszyło się z przodu, coś czarnego na tle czerni.

Działo Khouri wycelowało w to miejsce.

— Nie! — krzyknął Clavain.

Scorpio usłyszał szczęknięcie spustu działa Breitenbacha. Drgnął, czekając na wyładowanie. Naprawdę, nie była to broń do walki w zwarciu.

Ale nic się nie stało. Khouri pociągnęła za spust, ale nie na tyle, by wypalić.

Nóż drżał Clavainowi w dłoni jak młody węgorz.

Czarna obecność stała się czarnym pancerzem próżniowym. Pancerz poruszał się sztywno, jakby rdza mu przeszkadzała. W dłoni zaciskał ciemny przedmiot. Postać zrobiła o następny krok w ich kierunku, a potem wywróciła się z dźwiękiem metalu uderzającego o lód. Czarne sześciany oszronione lodem odłupały się i rozsypały na wszystkie strony. Broń — czy cokolwiek to było — ślizgała się po lodzie, aż uderzyła w ścianę.

Scorpio ukląkł i podniósł ją.

— Ostrożnie — ostrzegł Clavain.

Raciczki Scorpia zamknęły się na zaokrąglonej hybrydowskiej broni ręcznej. Chciał objąć dłonią uchwyt w ten sposób, by równocześnie móc naciskać spust, ale okazało się to niemożliwe. Uchwytu nie zaprojektowano dla świń.

Z wściekłością rzucił broń Clavainowi.

— Może ty potrafisz to uruchomić.

— Spokojnie, Scorp. — Clavain schował broń do kieszeni. — Ja też jej nie uruchomię, chyba że Skade zaniedbała środki bezpieczeństwa. Ale przynajmniej potrzymamy to w bezpiecznym miejscu.

Khouri zarzuciła działo na ramię i kucnęła przy rozbitym pancerzu.

— To nie Skade — stwierdziła. — Zbyt duży pancerz i czub na hełmie nie ma właściwego kształtu. Odbierasz coś, Clavainie?

— Nic zrozumiałego — odparł. Uspokoił drżące ostrze swego noża i wsunął go z powrotem do kieszeni. — Zdejmijmy ten hełm i ustalmy, na czym stoimy.

— Nie mamy czasu do stracenia — powiedział Scorpio. Clavain zaczął manipulować przy zatrzaskach hełmu.

— To potrwa tylko chwilę.

Dłonie Scorpia były zdrętwiałe, tracił koordynację ruchów. Nie miał wątpliwości, że Clavain cierpi na to samo: odemknięcie złożonego zapięcia hełmu wymagało prawdziwej siły i precyzji.

Szczęknęły rygle, rozległ się odgłos tarcia metalu o metal i westchnienie wyrównywanego ciśnienia atmosferycznego. Hełm odskoczył, pociągnięty drżącymi palcami Clavaina. Starzec położył go delikatnie na podłodze, kołnierzem do dołu.

Patrzyła na nich młoda hybrydowska kobieta. Jej oblicze miało takie same eleganckie rysy jak mentorka, ale najwyraźniej nie była to Skade. Szeroką i płaską twarz oblekała bezkrwista skóra. Grzebień neuralny — rozpraszająca ciepło krawędź z kości i chrząstek, biegnąca od czoła do karku — wyglądał mniej ekstrawagancko niż ten, który Scorpio zapamiętał u Skade, i z pewnością mniej wyraźnie wskazywał na stan jej umysłu. Prawdopodobnie zawierał bardziej zaawansowane mechanizmy neuralne o mniejszej potrzebie rozpraszania ciepła.

Kobieta miała szare wargi i chromowobiałe brwi. Otworzyła oczy. W świetle latarki jej źrenice migotały metaliczną niebieskawą szarością.

— Odezwij się — powiedział Clavain.

Kobieta kaszlnęła i zaśmiała się jednocześnie. Pojawienie się ludzkiego wyrazu twarzy na tej sztywnej masce wszystkich zaszokowało.

Khouri przysunęła się bliżej.

— Odbieram tylko papkę — stwierdziła.

— Z nią jest coś nie w porządku — odparł cicho Clavain. Potem podniósł głowę kobiety, by nie leżała na lodzie.

— Słuchaj uważnie. Nie chcemy cię skrzywdzić. Zostałaś ranna, ale jeśli nam pomożesz, zaopiekujemy się tobą. Rozumiesz mnie?

Kobieta zaśmiała się znowu, przez jej twarz przebiegł skurcz radości.

— Ty… — zaczęła. Clavain pochylił się niżej. — Tak?

— Clavain. Starzec potaknął.

— Tak, to ja.

Powiódł wzrokiem po pozostałych.

— Uszkodzenia nie mogą być zbyt wielkie, jeśli mnie pamięta. Jestem pewien, że zdołamy…

Znowu się odezwała:

— Clavain. Rzeźnik z Tharsis.

— To było dawno.

— Clavain. Zbieg. Zdrajca. — Uśmiechnęła się znowu, a potem splunęła mu w twarz. — Zdradził Matczyne Gniazdo.

Clavain wytarł ślinę wierzchem rękawicy.

— Nie zdradziłem Matczynego Gniazda — powiedział z niepokojącym opanowaniem. — Tak naprawdę to Skade je zdradziła — poprawił ją z dobroduszną cierpliwością, jakby korygując drobną nieścisłość z zakresu geografii.

Zaśmiała się i znowu na niego splunęła. Ślina uderzyła Clavaina w oko. Syknął z bólu.