Pochylił się niżej nad kobietą, trzymając tym razem dłoń na jej ustach.
— Chyba mamy trochę pracy do wykonania. Drobna korekta poglądów. Ale w porządku, mam mnóstwo czasu.
Kobieta znowu kaszlnęła. Jej szare oczy były jasne i radosne, nawet kiedy walczyła o oddech.
Ciało w pancerzu zaczęło nagle konwulsyjnie się skręcać.
— Daj jej oddychać — powiedziała Khouri.
Na chwilę lekko odsłonił jej usta. Kobieta ciągle się uśmiechała, szeroko rozwartymi, nieruchomymi oczyma. Coś czarnego przepychało się między palcami Clavaina jak manifestacja demonicznego zła. Clavain cofnął się gwałtownie, puszczając głowę kobiety. Czarna masa wypływała pulsacyjnie z jej ust, nozdrzy, łącząc się w okropną czarną brodę, która zaczęła okalać jej twarz.
— Żywa maszyneria. — Clavain odskoczył. Jego lewą dłoń pokrywała czarna masa. Strzepnął ręką, ale czarne sznury zlały się już w płytkę składającą się z setek mniejszych wersji tych samych sześcianów, które widzieli przedtem. Sześciany puchły, powiększały się; czarna narośl sunęła w kierunku nadgarstka serią konwulsyjnych fal, sześciany ślizgały się nawzajem po sobie.
Coś rozświetliło z tyłu wnętrze rozbitego statku. Scorpio obejrzał się i zobaczył, jak lufa działa Khouri żarzy się na wiśniowo od strzału minimalnym ładunkiem. Jaccottet skierował własną broń na trupa Hybrydowca, ale teraz z organicznej części ofiary Inhibitorów nie zostało nic. Maszyny, które się wynurzyły, wyglądały na zupełnie nieuszkodzone: podmuch oddzielił niektóre z nich od głównej masy, ale nie było oznak, żeby energia w jakikolwiek sposób im zaszkodziła.
Scorpio odwrócił wzrok jedynie na sekundę, ale kiedy znowu skierował uwagę na Clavaina, ogarnęła go zgroza: zobaczył, że starzec opadł na ziemię przy ścianie i krzywi się z bólu.
— Dopadły mnie, Scorp. To boli.
Clavain zamknął oczy. Czarna płytka sięgała teraz do nadgarstka.
— Spróbuję to podważyć i usunąć — powiedział Scorpio. Grze bał przy swym pasie, szukając czegoś cienkiego i mocnego, ale nie tak ostrego, by uszkodzić dłoń Clavaina.
Starzec otworzył oczy.
— To nie zadziała.
Sięgnął zdrową ręką do kieszeni z nożem. Chwilę wcześniej jego twarz była świadectwem bólu, ale teraz wyrażała ulgę, jakby męka ustąpiła.
Scorpio wiedział, że nie ustąpiła, a Clavain przytłumił jedynie sygnały płynące z części mózgu rejestrującej ból.
Clavain wyjął nóż. Trzymał go za trzonek, próbując ożywić ostrze. Bezskutecznie. Albo nie można było włączyć sterowania jedną ręką, albo zdrowa ręka Clavaina była zbyt zdrętwiała z zimna, by wykonać zadanie. Nagle upuścił nóż. Przez chwilę szukał go po omacku, potem dał spokój.
— Scorp, podnieś go.
Scorpio czuł się dziwnie, trzymając nóż w raciczkach, jakby to był cenny obiekt, który ukradł i którym nigdy nie powinien był się posługiwać. Podał nóż Clavainowi.
— Nie. Ty musisz to zrobić. Włącz ostrze tym ćwiekiem. Ostrożnie: nóż kopie, kiedy piezoostrze zaczyna działać. Nie upuść go. Przecina hiperdiament jak laser dym.
— Nie mogę tego zrobić, Nevil.
— Musisz. To mnie zabija.
Czarna błona maszynerii Inhibitorów wgryzła się w dłoń starca. Już pożarła końce palców.
Scorpio wcisnął ćwiek włączający. Nóż zaczął się wiercić w jego dłoni. Świnia czuł przez rękojeść brzęczenie wysokiej częstotliwości. Ostrze stało się srebrną plamą, przypominało migotanie skrzydeł kolibra.
— Odetnij to, Scorp. Szybko i czysto. Dobry cal nad maszynerią.
— Zabiję cię.
— Nie, nie zabijesz. Wyjdę z tego. Wyłączyłem odbieranie bólu implanty w krwiobiegu załatwią koagulację. Nie martw się. Pc prostu to zrób. Teraz. Zanim zmienię zdanie albo ta masa znajdzie skrót do mojej głowy.
Scorpio potaknął, przerażony tym, co za chwilę zrobi. Wiedział jednak, że nie ma wyboru.
Ostrożnie, by maszyneria nie dotknęła jego ciała, podparł uszkodzone ramię Clavaina. Nóż brzęczał i wibrował. Scorpio przesunął plamę ostrza do materii rękawa.
Spojrzał Clavainowi w twarz.
— Jesteś pewien?
— Scorp. Teraz. Jak przyjaciel. Zrób to.
Scorpio pchnął nóż w dół. Nie odczuwał oporu, gdy nóż jak duch przenikał przez materię, ciało i kość.
Pół sekundy później było po wszystkim. Odcięta dłoń — Scorpio ciachnął ją tuż nad nadgarstkiem — upadła z solidnym hukiem na lód. Clavain jęknął, jakby stracił resztki sił, które trzymały go do tej pory trzymały. Powiedział przedtem Scorpiowi, że wyłączył wszystkie sygnały bólu, ale jakiś resztkowy przekaz musiał dotrzeć do mózgu. Albo może jęk, który Scorpio usłyszał, był westchnieniem rozpaczliwej ulgi.
Jaccottet ukląkł przy Clavainie i odpiął z paska sprzęt medyczny. Starzec mówił prawdę: rana niemal nie krwawiła. Trzymał okaleczone przedramię przy brzuchu, mocno ściskając, a Jaccottet przygotowywał opatrunek.
Od strony dłoni doszedł szmer. Czarne maszyny zaczęły odpadać od tkanek dłoni z wahaniem, jakby wyciśnięte z energii, którą pobierały z ciepła żywego ciała. Potem spowolniona masa sześcianów zatrzymała się, stając się po prostu jeszcze jedną częścią uśpionego porostu, który wypełniał statek. Skóra dłoni była pełna siniaków i starczych plam, a jednak sama dłoń zachowała zasadniczy kształt z wyjątkiem palców — zostały zjedzone do pierwszego stawu.
Scorpio wyłączył wibrację noża i odłożył go na ziemię.
— Przepraszam, Nevil.
— Już kiedyś ją straciłem — odparł Clavain. — To naprawdę nie ma dla mnie wielkiego znaczenia. Jestem wdzięczny, że zrobiłeś to, co musiałeś zrobić.
Oparł się o ścianę i zamknął oczy na kilka sekund. Oddech miał ostry, głośny i nieregularny.
— Wyzdrowiejesz? — zapytał Scorpio, zerkając na odciętą dłoń.
Clavain nie odpowiedział.
— Nie wiem zbyt dużo o Hybrydowcach, by stwierdzić, z jakim szokiem potrafią sobie poradzić — powiedział Jaccottet cicho — ale wiem, że ten człowiek potrzebuje solidnego wypoczynku. Jest stary i nikt nie dostroił tych wszystkich maszyn w jego krwi. Może to uderzyło go znacznie mocniej, niż sądzimy.
— Musimy iść dalej — oznajmiła Khouri.
— Ma rację. — Clavain znów się poruszył. — Niech ktoś pomoże mi wstać. Strata dłoni nie powstrzymała mnie ostatnim razem; teraz też mnie nie powstrzyma.
— Niech pan chwilę poczeka. — Jaccottet kończył prowizoryczny opatrunek.
— Musisz zostać tutaj, Neville — oznajmił Scorpio.
— Jeśli zostanę, Scorp, to rzeczywiście umrę. — Clavain jęknął, usiłując wstać samodzielnie. — Pomóż mi, do cholery. Pomóż!
Scorpio podniósł go na nogi. Clavain stał niepewnie, ciągle przyciskając obandażowany kikut do brzucha.
— Nadal sądzę, że będzie dla ciebie lepiej, jeśli tu poczekasz.
— Scorp, wszystkim grozi hipotermia. Jeśli ja to czuję, ty też czujesz. Obecnie odpędza ją tylko adrenalina i ruch. Więc sugeruję, byśmy ruszali dalej. — Clavain podniósł nóż upuszczony przez Scorpia. Wsunął go z powrotem do kieszeni.
— Teraz się cieszę, że wziąłem go ze sobą — oznajmił. Scorpio spojrzał na ziemię.
— A co z dłonią?
— Zostawmy ją. Wyhodują mi nową.
Kierując się zimnym powiewem, poszli ku przedniej części rozbitego statku Skade.
— Czy mi się tylko wydaje, czy też zmieniła się muzyka? — odezwała się Khouri.
— Zmieniła się — odparł Clavain. — Ale to ciągle Bach.