— Zginęła, próbując nas wszystkich ocalić — powiedziała. — Udostępniłam jej swój statek, „Burzyka”, gdy ratowaliśmy ostatnich kolonistów z Resurgamu.
— Ale pamiętam, że się źle czuła.
— Nie aż tak źle, by nie móc kierować statkiem. Uważała, że musi coś odpokutować. Pamiętasz, Johnie, co się stało, kiedy twoi załoganci próbowali znaleźć Sylveste’a? Jak sprawiła, że myśleli, że unicestwiła całe osiedle w przypływie złości? Dlatego właśnie poszukiwali ją za przestępstwa wojenne. Zastanawiam się, czy pod koniec sama w to nie uwierzyła. Jeśli dużo ludzi cię nienawidzi, łatwo dojść do wniosku, że mogą mieć słuszność.
— Nie była szczególnie dobrą kobietą, ale nie była też zbrodniarzem — stwierdził kapitan. — Zawsze robiła tylko to, co uważała za słuszne dla statku.
— I dlatego należałoby ją uznać za dobrą kobietę. W tej chwili statek jest niemal wszystkim, co mamy.
— Czy myślisz, że w jej przypadku to zadziałało? — zapytał.
— Co takiego?
— Pokuta. Czy sądzisz, Antoinette, że miała jakiekolwiek znaczenie?
— Nie mogę zgadywać, co jej przyszło do głowy.
— Czy to miało jakieś znaczenie dla was?
— Jesteśmy tutaj, wydostaliśmy się żywi z układu. Gdyby Ilia nie stoczyła boju, prawdopodobnie w ciągu kilku godzin świetlnych zostalibyśmy rozsmarowani wokół Resurgamu.
— Mam nadzieję, że masz słuszność. Ja jej przebaczyłem. Antoinette wiedziała, że to właśnie Ilia pozwoliła, by Parchowa zaraza kapitana pochłonęła w końcu statek. Wtedy wydawało się to jedynym sposobem uwolnienia statku od pasożyta innego typu. Antoinette słabo ją znała, ale przypuszczała, że podejmując decyzję, Volyova nie liczyła się zbytnio z uczuciami kapitana.
— To wielkoduszne z twojej strony — powiedziała.
— Zdaję sobie sprawę, że zrobiła to dla statku. Zdaję sobie również sprawę, że zamiast tego mogła mnie zabić. Myślę, że chciała to uczynić, kiedy się dowiedziała, co zrobiłem Sajakiemu.
— Wybacz, ale nie znam tamtych dziejów.
— Zamordowałem dobrego człowieka — powiedział kapitan. — Ilia wiedziała o tym. Kiedy uczyniła mnie tym, czym jestem, wiedziała, co zrobiłem. Sądziłem raczej, że mnie zabije.
— Więc zapłaciłeś za swoje czyny. Liczy się to, że ocaliłeś sto sześćdziesiąt tysięcy ludzi od pewnej śmierci. Tamtą jedną zbrodnię odkupiłeś sto sześćdziesiąt tysięcy razy.
— Wyobrażasz sobie, że właśnie w ten sposób działa świat, Antoinette?
— Dla mnie to wystarczy, ale co ja tam wiem? Jestem tylko córką pilota kosmicznego z Pasa Złomu.
Zapadła chwila ciszy. Nadal trzymając hełm, kapitan ujął koniec żebrowanego czerwonego węża i połączył go z gniazdem z boku hełmu.
— Pozostaje jednak pytanie, Antoinette, po co było ratować tych ludzi, jeśli tu, na Araracie, czeka ich tylko śmierć?
— Nie wiemy, czy ktoś umrze. Do tej pory Inhibitorzy nas tu na dole nie tknęli.
— Jednak chciałabyś mieć jakieś ubezpieczenie.
— Powinniśmy rozważyć wszystkie warianty. Jeśli spełnią się najgorsze prognozy, będziemy musieli opuścić Ararat. I to ty, Johnie, musisz mieć wtedy plan.
Wsunął hełm na głowę i pokręcił w obie strony, uruchamiając mechanizmy zaczepowe pierścienia szyjnego. Szyba twarzowa nadal była uniesiona. Białka oczu tworzyły dwa jasne półksiężyce na zacienionej mapie jego oblicza. Zielone i czerwone cyfry odbijały się na skórze.
— Wymagało to od ciebie odwagi, Antoinette, by samej tu zejść.
— To nie czasy dla tchórzy — odparła.
— Nigdy nie są — powiedział, opuszczając w dół szybę hełmu. — A jeśli chodzi o to, czego ode mnie chcesz…
— Tak?
— Zastanowię się trochę nad tą sprawą.
Potem odwrócił się i powoli odszedł w ciemność. Napłynęła chmura czerwonobrązowego pyłu i zasłoniła go, jak burza pyłowa na Marsie.
Ultraski kapitan nazywał się Heckel i był ze statku „Trzeci Gazometryk”. Wylądował w czerwonym promie o bardzo
staroświeckim wyglądzie — trójca połączonych kul z wielkimi stylizowanymi wizerunkami tarantuli.
Quaiche odebrał Heckela jako bardzo dziwnego osobnika, nawet jeśli wziąć pod uwagę współczesne normy. Skafander ruchowy, w którym wkroczył do Lady Morwenny, był monstrualnym urządzeniem ze skóry i mosiądzu z gumowymi harmonijkowymi stawami i błyszczącymi metalowymi płytami pełnymi nitów. Za małymi zakratowanymi otworami na oczy wycieraczki machały tam i z powrotem, by czyścić gromadzącą się skroploną parę. Parę, która wydobywała się ze źle konserwowanych stawów i uszczelnień. Towarzyszyli mu dwaj asystenci: cały czas otwierali i zamykali luki w skafandrze, manewrując mosiężnymi gałkami i kranami. Gdy Heckel mówił, jego głos dochodził z miniaturowych organów wystających ze szczytu hełmu. Musiał stale poprawiać guziki na piersiach, by głos nie był zbyt piskliwy lub zbyt głęboki.
Quaiche zupełnie nie rozumiał wypowiedzi Heckela, ale Ultras przyprowadził ze sobą tłumacza z linii głównej. Była to kobieta o oczach łani, ubrana w bardziej nowoczesny skafander. Jej hełm składał się do tyłu, niczym czub kakadu, tak że wszyscy widzieli jej twarz.
— Nie jest pani Ultraską — powiedział Quaiche.
— Czy to ważne?
— Uważam to za zabawne, to wszystko. Ja tak samo zaczyna łem, wykonując podobną pracę jak pani.
— To musiało być dawno temu.
— Ale oni nadal uważają, że negocjacje z nam podobnymi nie stały się łatwiejsze, prawda?
— Nam podobnymi, dziekanie?
— Ludźmi linii głównej, jak pani czy ja.
Ukryła to dobrze, ale odczytał jej rozbawienie. Zobaczył siebie jej oczami: starzec spoczywający na kanapie, śmiertelnie kruchy, otoczony ruchomymi lustrami, z oczami jak obrane owoce. Akurat nie miał okularów słonecznych.
Quaiche machnął ręką.
— Nie zawsze byłem taki. Kiedyś mogłem uchodzić za człowieka z linii głównej, poruszać się w normalnym społeczeństwie i nikt nawet nie mrugnął na mój widok. Zostałem zatrudniony przez Ultrasów, dokładnie tak jak pani. Przez królową Jasminę z „Gnostycznego Wniebowstąpienia”…
Heckel ustawił guziki na piersiach, a potem zagrał coś niezrozumiałego.
— Mówi, że Jasmina nie miała najlepszej reputacji, nawet wśród innych Ultrasów — wyjaśniła tłumaczka. — Nawet teraz w pewnych ultraskich kręgach wspominanie jej imienia uważane jest za szczyt złego smaku.
— Nie wiedziałem, że Ultrasi rozpoznają zły smak jako pojęcie — odparł wyniośle Quaiche.
Heckel zagrał w odpowiedzi coś piskliwego.
— Mówi, że jest mnóstwo rzeczy, o których musi pan pamiętać — powiedziała tłumaczka. — Ale dzisiaj ma inną sprawę, którą musi się zająć.
Quaiche pomacał palcami skraj fioletowego koca.
— Więc bardzo dobrze. Tak dla jasności… czy będzie pan chciał rozważyć moją ofertę?
Tłumaczka słuchała Heckela przez chwilę, a potem zwróciła się do Quaiche’a.
— Mówi, że rozumie logikę pańskiego planu bezpieczeństwa.
Quaiche entuzjastycznie skinął głową, zmuszając lustra do synchronicznego kiwnięcia.
— Oczywiście przyniesie to korzyść obu stronom. Ja zyskam ochronę takiego statku jak „Trzeci Gazometryk” przed pozbawionymi skrupułów ultraskimi elementami, które, jak wszyscy wiemy, są tam w kosmosie, a pan za zgodę na takie zabezpieczenie — oczywiście w ciągu określonego skończonego czasu — będzie czerpał korzyści z handlu, wewnętrznej informacji i tego typu rzeczy. Może to być opłacalne dla nas obu, kapitanie Heckel. Musi pan tylko zgodzić się na przesunięcie „Trzeciego Gazometryka” bliżej Heli i zaakceptowanie ustaleń dla okazania wzajemnej przy jaźni: mała katedralna delegacja na pańskim statku i — oczywiście — odpowiednia grupa na Lady Morwennie. I wtedy będzie pan miał dostęp do najlepszych reliktów czmychaczy, wcześniej od wszystkich pańskich rywali. — Quaiche spojrzał krzywo, jakby widział wrogów w cieniach mansardy. — I nie będziemy musieli cały czas zaglądać sobie przez ramię. Kapitan zagrał coś w odpowiedzi.