— Mówi, że rozumie korzyści z handlu — powiedziała tłumaczka — ale pragnie także podkreślić ryzyko, jakie podejmie, przesuwając swój statek bliżej Heli. Wspomina o losie „Gnostycznego Wniebowstąpienia”…
— A ja myślałem, że wspominanie tego to dowód złego smaku. Tłumaczka zignorowała jego słowa.
— I pragnie, by ten korzystny układ handlowy był wyrażony jasno i nie podlegał dalszej dyskusji. Życzy sobie także, by ustalić maksymalny okres ochrony i… — przerwała, a Heckel wygrywał serię dodatkowych dudniących dźwięków — przedyskutować wy kluczenie z handlu niektórych innych grup będących obecnie w układzie bądź się do niego zbliżających. Dotyczy to, ale nie tylko, następujących statków handlowych: „Odmieniona Noc”, „Madonna Os”, „Cisza pod Śniegiem”…
Ciągnęła dalej, dopóki nie zauważyła uniesionej ręki Quaiche’a.
— Możemy przedyskutować te sprawy we właściwym czasie — powiedział, tracąc nadzieję na porozumienie. — Tymczasem katedra poprosi oczywiście o pełen przegląd techniczny „Trzeciego Gazometryka”, by upewnić się, że statek nie stanowi niebezpieczeństwa dla Heli ani dla jej mieszkańców…
— Kapitan zastanawia się, czy pan wątpi w wartość jego statku — przerwała mu tłumaczka.
— Absolutnie nie. Dlaczegóż miałbym wątpić? Przecież tu do leciał, prawda? Z drugiej strony jeśli nie ma nic do ukrycia…
— Kapitan życzy sobie wycofać się na prom, by rozważyć te sprawy.
— Oczywiście — powiedział Quaiche z nagłym zapałem, jak gdyby żadna prośba nie była dla niego zbyt uciążliwa. — To po ważna propozycja i niczego nie powinno się ustalać w pośpiechu. Prześpijcie się z tym. Porozmawiajcie z kimś. Zasięgnijcie opinii trzeciej strony. Czy mam zawołać eskortę?
— Kapitan sam znajdzie drogę na prom — odpowiedziała.
Quaiche rozpostarł palce w geście pożegnania.
— Wobec tego bardzo dobrze. Proszę, przekażcie moje najlepsze życzenia załodze… i rozpatrzcie moją ofertę bardzo poważnie.
Kapitan odwrócił się, a asystenci nadal dostrajali zawory sterujące i dźwignie w niedorzecznym imbrykowym skafandrze. Potem z szalonym rytmicznym pobrzękiwaniem zaczął przesuwać się ku drzwiom. Odejście kapitana było równie boleśnie powolne jak przyjście, skafander chyba nie mógł się poruszać szybciej niż cal po calu.
Kapitan przerwał nagle marsz, a potem z trudem się obrócił. Wycieraczki migały tam i z powrotem. Organy zagrały następną sekwencję nut.
— Proszę o wybaczenie — powiedziała tłumaczka — ale kapitan ma jeszcze jedno pytanie. Podchodząc do Lady Morwenny, zboczył ze zwykłej trasy lotów z powodu technicznych problemów z promem.
— Problem techniczny? Jestem zaskoczony.
— W tym czasie był świadkiem poważnych prac wykopaliskowych nieco na północ od Drogi Ustawicznej, niedaleko Równin Jaraxa. Widział coś, co wyglądało na częściowo zakamuflowane stanowisko archeologiczne. Badając to radarem promu, wykrył nachyloną kawernę długą na kilka kilometrów i głęboką przynajmniej na kilometr. Przypuszcza, że są tam wydobywane relikty czmychaczy.
— Niewykluczone — powiedział Quaiche obojętnym tonem.
— Kapitan jest zaintrygowany. Przyznaje, że nie jest ekspertem od spraw Heli, ale dano mu do zrozumienia, że najbardziej znaczące relikty czmychaczy zostały wydobyte w rejonach okołobiegunowych.
— Relikty czmychaczy są znajdywane na całej Heli. To tylko dzięki geografii łatwiej jest do nich się dostać na obszarach polarnych. Nie wiem, jakie wykopalisko pan zobaczył ani dlaczego jest zakamuflowane. Niestety większość prac wykopaliskowych odbywa się poza bezpośrednim zarządzaniem kościołów. Nie możemy wszystkich monitorować.
— Kapitan dziękuje za tę wyczerpującą odpowiedź.
Quaiche skrzywił się, a potem zmienił ten grymas w uśmiech. Czuł niezadowolenie. Tłumaczka była człowiekiem linii głównej, takim samym jak on, i kiedyś mógł czytać takie osoby jak diagram. Teraz ona i jej podobni — nie tylko kobiety — znajdowali się poza zasięgiem jego intuicyjnego rozumienia. Obserwował, jak wychodzą, czując snującą się za kapitanem woń czegoś gorącego i metalicznego, i czekał z niecierpliwością, aż pomieszczenie oczyści się z obrzydliwej pary.
Wkrótce stukanie trzcinki zawiadomiło go o przybyciu Greliera. Nie był daleko — słuchał negocjacji za pośrednictwem ukrytych kamer i mikrofonów.
— Wydaje się dość obiecujący — zaryzykował opinię naczelny medyk. — Nie odrzucili od razu twojej propozycji i mają statek. Stawiam hipotezę, że nie mogą się doczekać ubicia interesu.
— Też tak pomyślałem — powiedział Quaiche. Wytarł plamę kondensacji z jednego z luster, przywracając Haldorze jej zwykłą ostrość. — Rzeczywiście ma się wrażenie, że bardzo potrzebują umowy z nami. — Podniósł kartkę papieru, którą tulił do piersi w czasie całych negocjacji. — Techniczna ocena ich statku od naszego szpiega w roju parkującym. Niezachęcająca lektura. Cholerny grat rozpada się na kawałki. Ledwie doleciał do 107 P.
— Niech zobaczę. — Grelier rzucił okiem na kartkę. — Nie możesz być pewien, że to dokładne dane.
— Nie mogę?
— Nie. Ultrasi na ogół obniżają wartość swych statków, często dezinformują, by dać konkurentom poczucie przewagi i zniechęcić piratów zainteresowanych kradzieżą ich okrętów.
— Ale zawsze przesadzają, kiedy mówią o swych możliwościach defensywnych — zauważył Quaiche, kiwając palcem na naczelnego medyka. — Obecnie nie ma w roju statku bez jakiejś broni, nawet jeśli ma tylko tak niewinną postać jak system unikania zderzeń. Są przerażeni, Grelier, co do jednego, i wszyscy chcą, by ich rywale wiedzieli, że mają środki obrony. — Znowu wziął papier. — Ale ten? To żart. Potrzebują naszego mecenatu, by móc naprawić statek. Powinno być odwrotnie, jeśli ich ochrona ma mieć dla nas jakiekolwiek znaczenie.
— Tak jak mówiłem: jeśli sprawa dotyczy Ultrasów, nic nie jest takie, jak się wydaje.
Quaiche zgniótł papier i rzucił go przez pokój.
— Problem polega na tym, że nie mogę odczytać ich cholernych intencji.
— Nikt nie jest w stanie odczytać taką potworność w rodzaju Heckela — stwierdził Grelier.
— Nie mam na myśli akurat jego. Mówię o innych Ultrasach lub o normalnych ludziach, którzy lądują tu z nimi, tak jak ta kobieta przed chwilą. Nie wiedziałem, czy jest szczera, czy protekcjonalna, nie mówiąc już o tym, czy naprawdę wierzyła w to, co Heckel kazał jej mówić.
Grelier pocałował głowicę trzcinki.
— Chcesz mojej opinii? Twoja ocena sytuacji była dokładna: ona była jedynie megafonem Heckela. On bardzo chciał ubić ten interes.
— Za bardzo.
Grelier postukał trzcinką o drzwi.
— Zapomnij na razie o „Trzecim Gazometryku”. Co ze „Schodzącym Skowronkiem”? Raporty trzeciej strony wskazują na bardzo użyteczne rozłożenie broni, a kapitan jest chętny do zrobienia interesu.
— Raporty również wspominały o niestabilności w prawym napędzie. Przepuściłeś ten kawałek?
Grelier wzruszył ramionami.