— Nie chodzi o to, by nas gdzieś zabierali, tylko siedzieli na orbicie wokół Heli i straszyli resztę. Jeśli tylko ich broń wystarczy do zrealizowania tego zadania, co nas obchodzi, że statek nie będzie zdolny do odlotu, kiedy umowa wygaśnie?
— Prawdę mówiąc, nie spodobał mi się ten facet, którego wy słali na dół. Przeciekał tak, że kiedy wyjechał, tygodniami trzeba było pozbywać się plam na podłodze. A niestabilność napędu nie jest drobną niedogodnością, jak zakładasz. Statek, z którym dojdziemy do porozumienia, będzie latał w granicach dziesiątych części sekundy świetlnej od naszej powierzchni. Nie możemy ryzykować, że wybuchnie nam w twarz.
— Wobec tego wracamy do początku — powiedział Grelier bez widocznego współczucia. — Są jeszcze inni Ultrasi do rozmów, prawda?
— Wystarczająco wielu, bym się nie rozleniwił, ale zawsze wracam do tego samego fundamentalnego problemu: po pro stu nie mogę odczytać tych ludzi, Grelier. Mój umysł jest tak otwarty na Haldorę, że nie ma w nim miejsca na inne formy obserwacji. Nie mogę przejrzeć ich strategii i uników, tak jak mogłem kiedyś.
— Rozmawialiśmy już o tym. Wiesz, że zawsze możesz zapytać mnie o opinię.
— I tak robię. Ale — nie mam zamiaru cię obrażać, Grelier — wiesz znacznie więcej o krwi i klonowaniu niż na temat ludzkiej natury.
— Więc spytaj innych. Zbierz zespół doradczy.
— Nie. — Grelier miał rację i Quaiche wiedział o tym. Omawiali tę sprawę już wiele razy. I zawsze dochodzili do tych samych wniosków. — Te negocjacje o ochronie są z samej swej natury bardzo delikatne. Nie mogę ryzykować przecieków do innych katedr. — Skinął na Greliera, by oczyścił mu oczy. — Spójrz na mnie — kontynuował, kiedy naczelny medyk otwierał szafkę medyczną i przygotowywał aseptyczne waciki. — Pod wieloma względami jestem stworzeniem z filmów grozy, przywiązanym do tego fotela, ledwie zdolnym do przeżycia bez niego. A nawet gdyby zdrowie pozwalało mi go opuścić, nadal pozostałbym więźniem Lady Morwenny, zaplątanym w optyczne wizje moich ukochanych luster.
— Z własnej woli — powiedział Grelier.
— Wiesz, co mam na myśli. Nie mogę obracać się wśród Ultrasów, tak jak oni obracają się wśród nas. Nie mogę wejść na ich statki, tak jak to czynią inni ekumeniczni emisariusze.
— Dlatego mamy szpiegów.
— Wszystko jedno, to mnie ogranicza. Potrzebuję kogoś, komu mógłbym zaufać, Grelier, kogoś zdolnego do poruszania się między nimi tak, jak ja to robiłem. Kogoś, kogo nie mogliby podejrzewać.
— Podejrzewać? — Grelier muskał oczy Quaiche’a wacikami.
— Mam na myśli kogoś, komu by automatycznie zaufali. Kogoś zupełnie różnego od ciebie.
— Nie ruszaj się. — Quaiche drgnął, kiedy piekący wacik krążył wokół jego gałki ocznej. Zdziwiło go, że ma tam w ogóle jakieś zakończenia nerwowe, ale Grelier miał nieomylną zdolność znajdowania tych, które jeszcze pozostały. — Właściwie — powiedział Grelier z zadumą — ostatnio coś mi wpadło na myśl. Może warto o tym wspomnieć.
— Mów.
— Zdajesz sobie sprawę, że lubię wiedzieć, co się dzieje na Heli. Nie tylko w zwykłych sprawach katedr i Drogi, ale w szerszym świecie, łącznie z wioskami.
— O tak. Zawsze polujesz na nieskatalogowane szczepy bakterii, na raporty o interesujących nowych herezjach w osiedlach Hauków i tego typu sprawy. Potem wyjeżdżasz ze swymi błyszczącymi strzykawkami jak wampir.
— Nie zaprzeczę, że Urząd Analizy Krwi odgrywa pewną rolę w moich zainteresowaniach, ale po drodze zbieram rozmaite interesujące kawałki. Nie ruszaj się.
— A ty trzymaj się z dala od mojej linii wzroku! Jakiego typu kawałki?
— Przedostatni raz, gdy czuwałem, był to dwuletni okres, roz poczynający się dziesięć lat temu. Pamiętam bardzo dobrze tamto ożywienie: to wtedy pierwszy raz potrzebowałem tej trzcinki. Pod koniec mego okresu czuwania odbyłem długą podróż na północ, poszukując tych nieskatalogowanych szczepów, o których właśnie wspomniałeś. W drodze powrotnej jechałem z jedną z karawan, mając oczy szeroko otwarte — przepraszam — na wszystko inne, co mogłoby mnie zainteresować.
— Pamiętam tę podróż — rzekł Quaiche — ale nie przypominam sobie, żeby wtedy zdarzyło się coś ważnego.
— Nic się nie wydarzyło. Albo przynajmniej tak to wtedy wy glądało. Ale kilka dni temu słuchałem biuletynu informacyjnego i to mi o czymś przypomniało.
— Czy zamierzasz to przeciągać dłużej?
Grelier westchnął i zaczął wkładać z powrotem sprzęt do właściwej szafki.
— Była sobie pewna rodzina — powiedział — z jałowych wyżyn Vigrid. Przybyli na spotkanie z karawaną. Mieli dwoje dzieci: syna i młodszą córkę.
— To fascynujące, jestem tego pewien.
— Syn szukał pracy na Drodze. Brałem udział w wywiadzie rekrutacyjnym, tak jak mi pozwolono. Zwykła ciekawość, na prawdę: nie interesował mnie ten właśnie przypadek, ale nigdy nie można przewidzieć, kiedy pojawi się ktoś interesujący. — Grelier zatrzasnął szafkę. — Ambicją syna była praca w którejś z technicznych brygad konserwacji Drogi — w planowaniu strategicznym czy czymś w tym rodzaju. Jednak w tamtym czasie Droga miała taką liczbę pchaczy pióra, jakiej potrzebowała. Jedyne wakaty były — jak to ująć — na ostrym końcu?
— Żebracy nie mogą kaprysić — powiedział Quaiche.
— Właśnie. Ale w tym przypadku agent rekrutujący zdecydował się kłamać. Powiedział, że nie będzie trudności ze znalezieniem bezpiecznej i dobrze płatnej pracy w biurze technicznym. A ponieważ praca będzie ściśle analityczna, wymagająca jasnego i chłodnego umysłu, w ogóle nie będzie kwestii wirusowej inicjacji.
— Gdyby powiedział prawdę, straciłby rekruta.
— Prawie na pewno. To był zdolny chłopak, nie ma wątpliwości. Marnotrawstwem byłoby rzucać go prosto do zakładania zapalników czy innej pracy, w której czas życia jest podobnie krótki. A ponieważ rodzina była świecka — przeważnie tacy są tam na jałowych wyżynach — stanowczo nie chciał mieć w swoich żyłach twojej krwi.
— To nie jest moja krew, to wirus. Grelier uniósł palec, uciszając swego pana.
— Chodzi o to, że agent rekrutacyjny miał dobry powód, by kłamać. Każdy wie, że te prace biurowe są rzadkością. Szczerze mówiąc, nawet ten chłopak o tym wiedział, ale jego rodzina potrzebowała pieniędzy.
— Niewątpliwie twoje opowiadanie ma puentę, Grelier, jestem o tym przekonany.
— Ledwie pamiętam, jak ten syn wyglądał, ale córka? Widzę ją teraz, wyraźnie jak światło dnia, patrzącą wprost przez nas,
jakbyśmy byli ze szkła. Miała zdumiewające oczy, złoty brąz z małymi świetlnymi plamkami.
— Ile miała wtedy lat, Grelier?
— Osiem, dziewięć, jak przypuszczam.
— Budzisz we mnie odrazę.
— To nie o to chodzi. Myślę, że wszyscy obecni to czuli, zwłaszcza agent rekrutacyjny. Ciągle mówiła swym rodzicom, że on kłamie. Była tego pewna. Czuła się wyraźnie obrażona — wszyscy w pomieszczeniu grali w jakąś grę, a jej nic o tym nie powie dzieli.
— Dzieci zachowują się dziwnie w otoczeniu dorosłych. Zrobili błąd, zabierając ją tam.
— Wcale nie zachowywała się dziwnie — powiedział Grelier. — Według mnie zachowywała się bardzo racjonalnie. To dorośli źle się zachowywali. Wszyscy wiedzieli, że agent rekrutacyjny kłamie, ale ona była jedyną, która o tym mówiła.
— Pewnie usłyszała przed wywiadem coś o tym, że agenci rekrutacyjni zawsze kłamią.
— To jest możliwe, ale nawet w tamtym czasie pomyślałem, że cała sprawa jest nieco głębsza. Sądzę, że wiedziała, że werbujący kłamie, po prostu na niego patrząc. Są ludzie, którzy mają taką zdolność. Urodzili się z tym. Jest ich nie więcej niż jeden na tysiąc, a prawdopodobnie nawet jeszcze mniej.