— Wierzę, że nie chcesz. Szczerze mówiąc, ja też tego nie chcę. To dziwne, jak takie rzeczy wyglądają znacznie mniej atrakcyjnie, jeśli ktoś inny podejmuje za ciebie decyzję. Ale Skade już postanowiła i tak się stanie.
— Przystępujmy do rzeczy — przerwała mu Skade.
— Chwileczkę — powiedział Scorpio. Słowa w jego głowie brzmiały nierealnie, kiedy porządkował to, co chciał powiedzieć. — Jeśli damy ci Clavaina… i ty go zabijesz… co cię po wstrzyma od renegocjacji swojej części umowy?
— Pomyślała o tym — rzekł Clavain.
— Oczywiście, że tak — odpowiedziała Skade. — Rozważałam również scenariusz odwrotny: co wam przeszkodzi w zabraniu Clavaina, jeśli najpierw oddam wam Aurę? Najwyraźniej nasze wzajemne zaufanie nie jest wystarczającą gwarancją dotrzymania umowy. Więc wymyśliłam rozwiązanie, które, jak sądzę, całkowicie zadowoli obie strony.
— Powiedz im — ponaglił ją Clavain. Skade wskazała gestem Jaccotteta.
— Ty — człowiek Bezpieczeństwa — wykonasz cesarskie cięcie. — Potem przeniosła uwagę na Scorpia. — Ty — świnia — wykonasz egzekucję Clavaina. Poprowadzę obie procedury, cięcie po cięciu. Odbędą się równolegle, krok po kroku. Jedna czynność musi trwać dokładnie tyle co druga.
— Nie — wydyszał Scorpio, kiedy doszła do niego groza jej słów.
— A więc mam teraz zabić Aurę, i skończymy z tym?
— Nie — rzekł Clavain. I zwrócił się do przyjaciela: — Scorp, musisz to zrobić. Wiem, że masz siłę, by to zrobić. Pokazałeś mi to już tysiąc razy. Zrób to, przyjacielu, i skończmy z tym.
— Nie mogę.
— Nikt nigdy nie zwracał się do ciebie z tak trudną prośbą, wiem. Ale mimo to, proszę cię.
Scorpio mógł tylko znowu to samo powtórzyć.
— Nie mogę.
— Musisz.
— Nie — odezwał się inny głos. — Nie musi tego robić. Ja to zrobię.
Wszyscy, łącznie ze Skade, odwrócili się do źródła głosu. W obramowaniu zrujnowanego przepierzenia stał Vasko Malinin. Miał w dłoni pistolet i wyglądał na równie zmarzniętego i zdezorientowanego jak cała reszta.
— Ja to zrobię — powtórzył. Najwidoczniej stał tam przez jakiś czas, niezauważony przez obecnych.
— Miałeś pozostać na zewnątrz — powiedział Scorpio.
— Blood wydał nowe rozkazy.
— Blood?
— Urton i ja słyszeliśmy strzały. Brzmiały tak, jakby dochodziły stąd. Skontaktowałem się z Bloodem, a on dał mi pozwolenie, by zbadać sprawę.
— I zostawić Urton samą na zewnątrz?
— Nie na długo, proszę pana. Blood wysyła samolot. Będzie tutaj za niecałą godzinę.
— To nie miało przebiegać w ten sposób — stwierdził Scorpio.
— Proszę mi wybaczyć, proszę pana, ale Blood był zdania, że skoro rozpoczęła się strzelanina, czas podeptać zasady.
— Trudno z tym dyskutować — zauważył Clavain.
Scorpio skinął głową, nadal przytłoczony ciężarem odpowiedzialności, i choć gorąco pragnąłby się jej zrzec, nie mógł pozwolić Vaskowi na wykonanie egzekucji.
— Czy masz coś jeszcze do zameldowania? — zapytał.
— Morze jest dziwne, proszę pana. Bardziej zielone i wszędzie wokół góry lodowej, jak okiem sięgnąć, pojawiły się wzgórki biomasy.
— Aktywność Żonglerów — powiedział Clavain. — Blood już nam mówił, że wzrasta.
— To nie wszystko, proszę pana. Są dalsze meldunki o rzeczach na niebie. Świadkowie powiadają nawet, że widzieli obiekty wchodzące w atmosferę.
— Bitwa się przybliża — powiedział Clavain z lekką niecierpliwością w głosie. — Nie sądzę, Skade, żeby ktoś z nas naprawdę chciał w tej chwili opóźniać sprawy.
— Nigdy nie wypowiedziano mądrzejszych słów — zgodziła się.
— Powiedz nam, jak chcesz, by to zrobić. Zakładam, że najpierw będziemy musieli zdjąć z ciebie ten pancerz?
— Ja to załatwię — oznajmiła. — Tymczasem upewnijcie się, czy macie przygotowany inkubator.
Scorpio wykonał gwałtowny gest w kierunku Vaska.
— Wróć do łodzi. Poinformuj Blooda, że jesteśmy w trakcie delikatnych negocjacji. Potem przynieś inkubator z powrotem do wnętrza góry.
— Już idę, proszę pana. Ale poważnie, wiem, jakie to ciężkie dla pana… — Vasko nie mógł skończyć zdania. — Chcę powiedzieć, że jestem gotów to zrobić.
— Wiem — powiedział Scorpio — ale ja jestem jego przyjacielem. Nie chciałbym, żeby ktoś inny miał to na sumieniu.
— Nic nie będziesz miał na sumieniu, Scorp — rzekł Clavain. Nie, pomyślał Scorpio. Nic nie będę miał na sumieniu.
Tylko to, że torturowałem swego najlepszego przyjaciela — jedynego prawdziwego ludzkiego przyjaciela — powoli, aż do zgonu, w zamian za życie dziecka, którego nie znałem i które było mi obojętne. Więc jakie ma znaczenie to, że nie miałem w tej sprawie wyboru? Że Clavain mnie prosił? Nie ułatwia to sprawy, życie ze świadomością tego czynu nie będzie przez to łatwiejsze. Wiedział, że najbliższe pół godziny — nie sądził, by procedura trwała dłużej — z całą pewnością zostanie wypalone w jego pamięci w sposób równie trwały jak blizna po ranie na ramieniu, którą sam sobie zadał, usuwając oryginalny szmaragdowo-zielony tatuaż, oznakę ludzkiej własności.
Może potrwa to krócej. I może w rzeczywistości Clavain będzie niewiele cierpiał. Przecież zdołał zablokować ból, kiedy stracił dłoń. Prawdopodobnie potrafił ustawić bardziej obszerny zestaw neuralnych barykad, likwidujących cierpienia, które Skade zamierzała mu zadać.
Ale ona by o tym wiedziała.
— Idź. Teraz — powiedział do Vaska. — I nie wracaj natychmiast.
— Wrócę, proszę pana. Vasko zawahał się przy przepierzeniu, oglądając tę scenkę, jakby chciał ją utrwalić w pamięci. Wiedział, że kiedy wróci, Clavaina nie będzie już wśród żywych.
— Synu, rób, jak każe ten człowiek — powiedział Clavain. — Nic mi nie będzie. Doceniam twoją troskę.
— Naprawdę pragnąłbym coś zrobić, proszę pana.
— Nie możesz. Nie tutaj, nie teraz. To jeszcze jedna z tych trudnych lekcji. Czasami nie możesz zrobić właściwej rzeczy. Musisz po prostu odejść, a walczyć kiedy indziej. Gorzkie lekarstwo, ale wcześniej czy później wszyscy je łykamy.
— Rozumiem, proszę pana.
— Nie znałem cię zbyt długo, ale wyrobiłem sobie pojęcie o twoich zdolnościach. Jesteś dobrym człowiekiem, Vasko. Kolonia potrzebuje ciebie i innych, takich jak ty. Pamiętaj o tym i nie zawiedź kolonii.
— Tak jest, proszę pana — powiedział Vasko.
— Kiedy to się zakończy, odzyskamy Aurę. Córka przede wszystkim należy do swojej matki. Nigdy nie pozwól nikomu o tym zapomnieć.
— Nie pozwolę, proszę pana.
— Ale jest także nasza, Vasko. Będzie krucha. Będzie potrzebować ochrony w czasie dorastania. To zadanie przekazuję tobie i twemu pokoleniu. Opiekujcie się tą dziewczynką, ponieważ może to okazać się ostatnią rzeczą, która ma znaczenie.
— Zaopiekuję się nią, proszę pana. — Vasko spojrzał na Khouri, jakby szukając pozwolenia. — Wszyscy się nią zaopiekujemy. To obietnica.
— Mówisz szczerze. Mogę ci ufać, prawda?
— Zrobię, co w mojej mocy, proszę pana.
Clavain skinął głową, znużony, zrezygnowany; stał nad przepaścią, której głębię tylko on mógł poczuć.
— Ja też nie robiłem nic więcej. To przeważnie wystarczało. Teraz, proszę, idź i przekaż ode mnie pozdrowienia Bloodowi.
Vasko znowu się zawahał, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze. Ale słowa pozostały niewypowiedziane. Odwrócił się i już go nie było.