Niebo było fioletowoszarym siniakiem. Morze falowało, szare widziadła prześlizgiwały się między falami.
— Rozmawiaj ze mną, Vasko — powiedziała.
Podniósł się na nogi. Gardło miał obolałe, umysł jasny jak opróżniona śluza powietrzna.
— Pomóż mi przy inkubatorze — poprosił.
DWADZIEŚCIA DWA
W kosmosie, w bezpośrednim sąsiedztwie planety Żonglerów Wzorców, wrzała bitwa. Niemal w samym sercu potyczki i blisko środka ogromnego geometrycznego statku „Światło Zodiakalne” siedział Remontoire w postawie doskonałego spokoju, podobnej do zalecanej w filozofii zen. Jego twarz wyrażała jedynie niewielkie zainteresowanie wynikiem bieżących wydarzeń. Miał zamknięte oczy; dłonie skromnie złożył na kolanach. Wyglądał na znudzonego i lekko strapionego, jak człowiek, który za chwilę zdrzemnie się w poczekalni.
Remontoire nie był jednak znudzony ani bliski drzemki. Nuda była stanem, który ledwie pamiętał, jak gniew, nienawiść czy pragnienie matczynego mleka. Od czasu, kiedy prawie przed pięciuset laty opuścił Marsa, doświadczył wielu stanów umysłu, łącznie z tymi, które w języku ludzi linii głównej — o płaskiej, ograniczonej modalności — można było opisać w sposób jedynie przybliżony. Nuda nie była jednym z tych stanów. Remontoire nie oczekiwał też, że będzie pełniła jakąś ważną rolę w stanach jego umysłu w przyszłości, a już na pewno nie wtedy, gdy w pobliżu nadal były wilki. Równie mało prawdopodobne było, by zaznał także snu.
Od czasu do czasu jakaś jego część — powieki, a nawet cała głowa — drgała nieznacznie, zdradzając nieco z tego krańcowego stanu nienudy, którego doświadczał obecnie. Dane taktyczne bezustannie przepływały mu przez umysł z lodowatą jasnością górskiego strumienia. W rzeczywistości jego mózg pracował z niebezpiecznie dużym przyspieszeniem — miał zdecydowanie staromodną hybrydowską architekturę i jego praca ledwie spełniała dopuszczalne parametry chłodzenia. Gdyby Skade widziała w tej chwili Remontoire’a, wyśmiałaby go, że walczy, by uzyskać szybkość przetwarzania myśli, która — dla niej — niewarta była nawet komentarza. Skade mogła myśleć z tą szybkością i jednocześnie dzielić swoją świadomość na kilka równoległych strumieni.
I mogła to robić w ruchu, wykonując wysiłek fizyczny, podczas gdy Remontoire musiał siedzieć spokojnie, jakby w transie, by nie obciążać dodatkowo już pracujących pod napięciem ciała i mózgu. Naprawdę byli istotami z różnych stuleci.
Jednak choć Skade ostatnio gościła często w myślach Remontoire’a, nie należała teraz do jego bezpośrednich trosk. Uważał za prawdopodobne, że zginęła. Miał co do tego silne podejrzenia, nawet zanim pozwolił Khouri na wejście w atmosferę planety w ślad za strąconą korwetą Skade, ale starał się nie przykładać do nich zbytniej wagi. Jeśli Skade była martwa, to Aura również.
Coś się zmieniło: tykanie i szum wielkiego planetarium wojny, w którym się unosił. Przez wiele godziny zmagające się siły — ludzie linii głównej, Hybrydowcy, Inhibitorzy — okrążały planetę w stałym szyku, jak gdyby w końcu ułożyły się w jakąś matematyczną konfigurację o maksymalnej stabilności. Inni Hybrydowcy byli przestraszeni: przez tygodnie zyskiwali przewagę nad luźnym przymierzem Remontoire’a złożonym z ludzi, świń i uchodźców z Resurgamu. Ukradli Aurę i za jej pośrednictwem dowiedzieli się o wielu sekretach, które wcześniej pozwoliły remontoire’owcom uzyskać panowanie nad siłami Inhibitorów wokół Delty Pawia. Później Remontoire przekazał im nawet więcej za zwrot Khouri. Ale od czasu zniknięcia Skade Hybrydowcy stali się znacznie bardziej zdezorientowani i rozkojarzeni, niż byłaby podobna grupa z pokolenia Remontoire’a. Skade była bardzo potężna, bardzo skuteczna w manipulacjach. Podczas wojny z Demarchistami (która obecnie wydawała się Remontoire’owi jak niewinna dziecięca rozrywka) bezlitośnie demokratyczna struktura hybrydowskiej polityki stopniowo się zmodyfikowała. Wytworzyły się warstwy bezpieczeństwa: Rada Ścisła, Wewnętrzne Sanktuarium, a nawet — być może — wspominana w pogłoskach Rada Nocna. Skade była logicznym końcowym produktem tego procesu: świetnie wyszkolona, wysoce przedsiębiorcza, z obszerną wiedzą, niezwykle sprawna w manipulowaniu innymi. Pod wpływem wojny z Demarchistami Hybrydowcy — mimowolnie — stworzyli dla siebie tyrana.
A Skade była bardzo dobrym tyranem. Ona chciała jak najlepiej dla swego ludu, nawet jeśli oznaczałoby to wytępienie reszty ludzkości. Jej determinacja, jej wola przekroczenia barier ciała i umysłu były inspirujące nawet dla Remontoire’a. Omal nie wybrał walki po jej stronie, a nie po stronie Clavaina. Nic dziwnego, że Hybrydowcy wokół niej zapomnieli o samodzielnym myśleniu. Przy podporządkowaniu się Skade potrzeba samodzielnego myślenia nie występowała.
Ale teraz Skade nie było, a jej armia szybkich, zdolnych marionetek nie wiedziała, co robić dalej.
W ciągu ostatnich dziesięciu godzin siły Remontoire’a przechwyciły dwadzieścia osiem tysięcy osobnych zaproszeń do negocjacji z pozostałymi jednostkami hybrydowskimi. Zaproszenia przecisnęły się przez przelotne okna w sferze zakłócanej łączności, która obejmowała cały teatr bitwy. Mimo wszystkich zdrad, kruchych przymierzy i złośliwej wrogości, nadal uważali, że jest on człowiekiem, z którym można prowadzić interesy. Prócz tego było coś jeszcze: oznaki, że niepokoją się czymś, co musiał jeszcze zidentyfikować. To mógł być gambit, by usidlić jego uwagę i zachęcić go do rozmów z nimi, ale nie był tego pewien.
Postanowił, że da im jeszcze trochę poczekać, przynajmniej do chwili, gdy otrzyma z powierzchni planety jakieś konkretne dane.
Teraz jednak coś się rzeczywiście działo. Jedną piętnastą sekundy wcześniej odkrył zmiany w ustawieniu sił bitewnych; w czasie, który potem nastąpił, wszystko wskazywało na to, że ta informacja jest prawdziwa.
Inhibitorzy ruszyli się. Gruda wilczych maszyn — poruszały się raczej w grudach, agregacjach, migoczących chmurach, a nie w uporządkowanych eskadrach czy oddziałach — opuściła swą poprzednią pozycję. Od dziewięćdziesięciu pięciu do dziewięćdziesięciu dziewięciu procent wilczych sił wokół Epsylon Eridani 40 — ocenianych według masy czy objętości (trudno było mieć pewność, ile wilczej maszynerii rzeczywiście leciało za nimi od Delty Pawia) — pozostało na miejscu, ale według danych z czujników, którym nie zawsze można było ufać, mała agregacja — jeden do pięciu procent ogólnych sił — leciała w kierunku planety.
Inhibitorzy gładko przyśpieszali, pozostawiając w kilwaterze umęczoną fizykę. Kiedy maszyneria Inhibitorów poruszała się, robiła to bez żadnych oznak newtonowskiej reakcji. Ostatnie modyfikacje napędów hybrydowskich przybliżały ten efekt, zmuszając wyrzucane cząstki do szybkiej degradacji do nieobserwowalnego stanu kwantowego. Ale wilki wykorzystywały inną zasadę. Nawet z bliska nie widać było oznak odrzucanego medium. Można było zakładać — ale był to tylko domysł — że napędy Inhibitorów wykorzystywały formę kwantowego efektu Casimira, używając niezrównoważonego ciśnienia próżni na dwie równoległe płyty, by przeskakiwać przez czasoprzestrzeń. Fakt, że maszyny przyśpieszały kilka bilionów razy szybciej, niż pozwalała teoria, wydawał się źródłem mniejszego zażenowania niż zupełny brak teorii.
Remontoire uruchomił symulację przewidującą trajektorię agregacji. Agregacja mogła rozpaść się na mniejsze elementy albo połączyć z inną, ale jeśliby kontynuowała swój obecny kurs, powinna otrzeć się o bezpośrednią przestrzeń powietrzną planety.