Выбрать главу

Remontoire’a to niepokoiło. Jak dotychczas obce maszyny unikały aż takiego zbliżenia. Zupełnie jakby głęboko w programach sterujących zapisano edykt, fundamentalne polecenie, by unikać zbędnych kontaktów ze światami Żonglerów Wzorców.

Ludzie jednak przynieśli bitwę na rozmokłą planetę. Jak bardzo ten edykt obowiązywał? Może widoczne strącenie korwety Skade uruchomiło jakiś przełącznik, który przekazał wiadomość, że już wyrządzono szkodę. Może maszyneria Inhibitorów już weszła w biosferę. W takim razie nawet planeta Żonglerów nie byłaby dłużej bezpieczna.

Według czasu Remontoire’a agregacja była w drodze przez prawie sekundę. Zgodnie z ich zwykłymi wzorcami przyśpieszeń, dotrze do przestrzeni powietrznej planety za niecałe czterdzieści minut. W jego obecnym stanie świadomości wydawało się to niemal wiecznością. Ale Remontoire nie był aż tak głupi, żeby w to wierzyć.

* * *

Trójzębny statek Remontoire’a wyleciał z hangaru parkingowego w boku „Światła Zodiakalnego”. Prawie natychmiast, kiedy włączył się główny napęd, poczuł zgniecenie pleców — tak silne i bezlitosne jak upadek na beton. Kadłub skrzypiał i protestował, kiedy przyśpieszenie pięło się do pięciu, sześciu, siedmiu g. Pojedynczy silnik zamontowany na zewnątrz — mikrominiaturowy napęd hybrydowski — zaprojektowano z zegarmistrzowską precyzją, a każdy element ściśnięto do neurotycznych tolerancji. Gdyby Remontoire pozwalał sobie na zdenerwowanie, właśnie lot z takim silnikiem denerwowałby go.

Był jedynym żyjącym obiektem na pokładzie tego ostatnio zbudowanego statku. Nawet on wydawał się jakimś spóźnionym dodatkiem, wpakowany w małą, podobną do oka dziurę w długiej i czarnej jak węgiel igle kadłuba. Nie było okien i tylko absolutne minimum otworów czujnikowych, ale dzięki swym implantom Remontoire ledwie dostrzegał pojazd, czując go jedynie jako szkliste rozszerzenie swej przestrzeni osobistej. Za twardymi granicami statku znajdowała się mniej dotykalna sfera zasięgu czujników: pasywne i aktywne kontakty drażniły część jego mózgu związaną z proprioceptywną wiedzą o własnym obrazie ciała.

Ciąg ustabilizował się na ośmiu g. Nie było bezwładnościowej ochrony przed takim przyśpieszeniem, choć ogólne sterowanie bezwładnością było w zasięgu hybrydowskiej techniki już od ponad połowy stulecia. Inne urządzenie wiezione przez statek — połyskująca, podobna do lamety maszyneria broni hipometrycznej — nie tolerowało bowiem zmian lokalnej metryki. Broń hipometryczna była dość trudna do wykorzystania w płaskiej, niezakłóconej czasoprzestrzeni. Ale w zasięgu wpływów techniki bezwładnościowej stawała się ona złośliwie nieprzewidywalna, jak psotny chochlik. Remontoire chętnie przyśpieszałby nawet mocniej, ale powyżej ośmiu g istniało realne niebezpieczeństwo, że drobne składniki broni wypadną z właściwej konfiguracji.

Widziana z zewnątrz broń nie sprawiała wielkiego wrażenia. Ukryta w cygarowatej gondoli, była przedłużeniem tej samej skorupy, która zawierała napęd. Nie było lufy, żadnego wylotu, żadnych szczegółów na powierzchni. Jedynym wymaganiem projektowym było takie ułożenie broni, by znajdowała się jak najdalej od obsługującego ją człowieka. To właśnie, myślał Remontoire, jest miarą groźnego splendoru urządzenia, że człowiek naprawdę czuje się bezpieczniej, mając między sobą a tą donkiszotowską bronią zabójczy miniaturowy napęd hybrydowski.

Sprawdził postępy agregacji Inhibitorów, nie czując ani satysfakcji, ani rozczarowania faktem, że bardzo dokładnie przewidział jej ruch. Jednak coś się zmieniło: jego wylot ze „Światła Zodiakalnego” przyciągnął uwagę innych. Jeden z dawnych sprzymierzeńców Skade poruszał się po trajektorii przechwytującej, trzymając statek pod większym przyśpieszeniem, niż Remontoire mógł rozwinąć. Ten inny statek hybrydowski zaatakuje go w ciągu piętnastu minut. Pięć lub sześć minut później dosięgnie go druga agregacja.

Remontoire pozwolił sobie na błysk niepokoju, wystarczający akurat na tyle, by napompować do krwi nieco adrenaliny. Potem zablokował to uczucie w taki sam sposób, jak zatrzaskuje się drzwi przed huczną zabawą.

Racjonalnie zdawał sobie sprawę, że najbardziej logicznym działaniem byłoby pozostanie na pokładzie „Światła Zodiakalnego”, gdzie ceniono jego koordynację i ogląd sytuacji. Mógł zaprogramować do sterowania tym statkiem symulację poziomu beta lub poprosić o ochotnika. Znalazłoby się kilkudziesięciu chętnych kandydatów, niektórych z nich sam zaopatrywał w implanty hybrydowskie. Ale uparł się, że poleci sam. Nie tylko dlatego, że dłużej uczył się zachowania broni hipermetrycznej niż większość z nich. Miał również poczucie zobowiązania: to było coś, co musiał zrobić.

Wiedział, że powodem była Ana Khouri. Popełnił błąd, pozwalając jej na samotną podróż na planetę. Z perspektywy militarnej właśnie tak należało zrobić: nie było sensu angażować już i tak szczupłych zasobów, kiedy według wszelkiego prawdopodobieństwa Aura była martwa. Co więcej, myślał, najprawdopodobniej Aura została już całkowicie wykorzystana. Ponadto przy włączonej na maksimum blokadzie Inhibitorów i tak nic większego od kapsuły awaryjnej nie mogło się przemknąć na powierzchnię.

Ale Clavain nie postrzegałby tego w ten sposób. Dziewięć razy na dziesięć opierał on swoją decyzję na militarnej logice. Gdyby robił inaczej, nie przeżyłby swoich pięciuset lat. Ale jeden raz na dziesięć całkowicie lekceważył zasady i robił coś, co miało sens jedynie na poziomie ludzkim.

Remontoire sądził, że mogła to być jedna z takich okazji. Nie miało znaczenia, że Skade i Aura prawdopodobnie nie żyły; Cla — vain poleciałby na dół z Khouri, nawet gdyby próba ratunku groziła niechybną śmiercią obu uczestnikom tej akcji.

W minionych latach Remontoire od czasu do czasu badał szczegóły życia Clavaina, jego punkty krytyczne, próbując ustalić, czy te nieracjonalne czyny pomogły, czy przeszkodziły jego staremu przyjacielowi. Analizował decyzje Clavaina jeszcze raz, kiedy czekał na spotkanie ze statkiem Hybrydowców. Jak zwykle nie doszedł do satysfakcjonującej odpowiedzi. Ale uznał, że teraz nadszedł czas, kiedy powinien żyć raczej według reguł Clavaina, niż posługiwać się sztywnymi zasadami analizy taktycznej.

W mózgu zadźwięczał mu budzik. Piętnaście minut minęło.

Rozmyślania na temat zbliżającego się statku Hybrydowców nie miały sensu: szybki przegląd możliwości wskazywał, że nic nie zyska, zbaczając z obecnego kursu.

Drugi statek przepchnął się przez koncentryczne czujnikowe granice Remontoire’a niczym ryba przepływająca przez ostro określone prądy morskie. Oczyma duszy Remontoire widział go raczej jako rzecz dotykalną, a nie mętną aluzję w danych czujników.

Była to korweta klasy murena, podobnie jak pojazd Skade, i tak samo jak statek Remontoire’a koloru wysysającej światło czerni, ale ukształtowany raczej jak dziwacznie kolczasty haczyk na ryby niż trójząb. Nawet z niewielkiej odległości spektralny szept jego wysoce skrytych napędów był ledwie wyczuwalny. Kadłub korwety promieniował średnio 2,7 kelvina powyżej absolutnego zera. Z bliska widmo mikrofalowe wyglądało jak kapa z gorących i zimnych łat. Remontoire zmapował położenie silników krioarytmetycznych; zaobserwował te, które pracowały mniej wydajnie od sąsiadów, a także te, które pracowały niepokojąco zimno, chwiejąc się na krawędzi ucieczki cyklu algorytmicznego. Od czasu do czasu błyskała niebieska iskra, kiedy jeden z węzłów spadał poniżej jednego kelvina i zostawał wciągnięty z powrotem do formacji swoich towarzyszy.