Broń znowu się nagrzała. Remontoire zrobił następną dziurę w kadłubie korwety, tym razem głębszą, wklęsłą ranę.
Korweta zareagowała. Niechętnie odparował pociski chmurą środków obronnych, choć nadal pozostawił mały zapas na maszyny Inhibitorów.
Broń naładowała się po raz trzeci. Skoncentrował się, zmusił do całościowego przejrzenia rozwiązania. Pomyłka mogła się okazać fatalna dla wszystkich zainteresowanych.
Trzeci atak w ogóle nie był widoczny. Jeżeli obliczył wszystko prawidłowo, właśnie zrobił kulistą dziurę wewnątrz statku, bez naruszenia kadłuba i uszkodzenia istotnych wewnętrznych układów. Środek ostatniej dziury powinien leżeć dokładnie w jednej linii ze środkiem dwu pozostałych, z dokładnością co do mikrona.
Poczekał chwilę, by dokładność — i powściągliwość — jego ataku do nich dotarła, zanim nawiązał ponowny kontakt.
Następny atak zlikwiduje wasz system podtrzymywania życia. Zrozumieliście?
Korweta zawahała się. Sekundy płynęły, dając czas akolitom Skade na przeanalizowanie tysięcy scenariuszy odpowiedzi, na bawienie się nimi tak, jak dzieci zabawiają się klockami, na budowanie ogromnych, chwiejących się budowli wydarzeń i kontrwydarzeń. Prawie na pewno nie oczekiwali, że zwróci tę broń przeciw nim. Ich najlepszy wywiad nigdy by nie zasugerował, że on aż do tego stopnia kontroluje skutki działania broni. Nawet gdyby to zasugerował — i nawet gdyby rozważali możliwość ataku — musieli zakładać, że uderzy ona w rdzeń napędowy statku, likwidując go w jednym rozbłysku oślepiającego światła.
Remontoire natomiast zadowolił się ostrzeżeniem. To nie jest odpowiednia chwila, myślał, na zyskiwanie nowych wrogów.
Nie było dalszych przekazów. Patrzył zafascynowany, jak silniki krioarytmetyczne wygładzały gradienty temperatury wokół obu zewnętrznych ran, starając się jak najlepiej zakamuflować szkodę. Potem korweta odwróciła się, uruchomiła maksymalny ciąg i tyle ją było widać.
Remontoire pozwolił sobie na chwilę satysfakcji. Dobrze to rozegrał. Jego statek nadal mógł latać, mimo poważnych zniszczeń. I teraz musiał się martwić jedynie zbliżającą się agregacją maszyn Inhibitorów. Przybędą tu za trzy minuty.
Dwa tysiące kilometrów, potem tysiąc, potem pięćset. Coraz bliżej. Jego czujniki starały się traktować bryłę maszyn Inhibitorów jako jedną istotę, wyrzucając najbardziej różniące się od siebie oceny odległości, skali i rozłożenia geometrycznego. Mógł tylko zogniskować wysiłek na większych węzłach i dokładniej ustawić kamuflaż pokładu. Dostroił kierunek ciągu i stracił nieco przyśpieszenia, ale skierował promienie odrzutu od przesuwającej się koncentracji maszyn przeciwnika. Promienie odrzutu były niewidzialne, metodami dostępnymi Remontoire’owi niemal nie do wykrycia. Miał nadzieję, że obcy mają te same trudności, ale nie opłacało się ryzykować.
Bryły zreorganizowały się, przysunęły bliżej. Były nadal zbyt daleko i zbyt luźno rozproszone, by stanowić skuteczny cel dla broni hipometrycznej. Remontoire nie chciał wykorzystywać tej broni w potyczce z nimi, chyba że nie byłoby innego wyjścia. Zawsze istniało niebezpieczeństwo, że zbyt wiele razy zademonstruje działanie tej broni i da maszynom czas, by wyczarowały na nią odpowiedź. Zdarzyło się tak już z innymi rodzajami broni: od czasu do czasu Inhibitorzy rozwijali skuteczną obronę przeciw ziemskim technikom, włączając w to niektóre techniki dostarczone ostatnio przez Aurę. Być może maszyny wcale nie wynajdywały tych środków obrony, ale po prostu odzyskiwały je z jakiejś starodawnej, poplątanej pamięci rasy. Taki wniosek niepokoił Remontoire’a bardziej niż to, że mógł to być wynik inteligentnego myślenia. Zawsze istniała nadzieja, że jeden rodzaj inteligencji może zostać pokonany przez inny jej rodzaj albo że inteligencja szanująca samą siebie będzie podatna na zwątpienie — może nawet szykować własny upadek. Ale, jeśli w działaniu Inhibitorów nie ma inteligencji, tylko po prostu proces wyciągania z archiwów, całkowicie bezmózgowa biurokracja systematycznego wyniszczenia? Galaktyka jest bardzo stara i widziała wiele sprytnych pomysłów. Bardzo prawdopodobne, że Inhibitorzy posiadali starożytne dane o nowych rodzajach broni i technikach. Jeśli nie opracowali jeszcze skutecznych reakcji, to tylko dlatego, że system odzyskujący działał powoli, a samo archiwum rozproszone było na ogromnej przestrzeni. Oznaczałoby to, że w długiej perspektywie ludzie nic nie mogliby zrobić. Nie mogliby w żaden sposób uzyskać przewagi militarnej nad Inhibitorami, chyba że w bardzo lokalnej skali. W skali galaktyki, wykraczającej poza najbliższą garstkę systemów słonecznych, sprawa już była przegrana.
Ale, wykorzystując swą matkę jako kanał komunikacyjny, Aura oznajmiła, że sprawa nie jest przegrana, jeszcze nie. Według Aury istniał sposób, jeśli nie bezpośredniego zwycięstwa nad Inhibitorami, to przynajmniej zyskania na czasie.
Urywki, fragmenty — to wszystko, co zdołali zebrać z niejasnych przekazów Aury. Ale z tego szumu wyłoniła się grupa słów.
„Hela. Quaiche. Cienie”.
To były odpryski od większej całości. Aura była zbyt młoda, by ją wyartykułować. Remontoire mógł tylko zgadywać kształt większego obrazu, wykorzystując to, co uzyskał od dziewczynki, zanim Skade ją porwała. Wierzył, że Skade i Aury już nie ma, jednak nadal miał te odłamki. Musiały coś znaczyć, bez względu na to, jak nieprawdopodobne się wydawały. Istniał wyraźny związek między dwoma z tych stów. Hela i Quaiche — te słowa razem coś znaczyły. Ale o Cieniach w ogóle nic nie wiedział.
Czym były i jakie miały znaczenie?
Agregacja była teraz bardzo blisko. Zaczęła macać rogami po obu stronach statku, czarne szczypce migały zagrzebanymi w czerni fioletowymi błyskawicami. Oznaki sześciennej symetrii migotały od czasu do czasu w obciętych równo krawędziach i schodkowych krzywych. Remontoire ocenił swoje możliwości, przeglądając układy uszkodzone w czasie ataku Hybrydowców. Nie chciał jeszcze używać broni hipometrycznej — wątpił zresztą, czy zdołałby zgromadzić ładunek na drugi atak, zanim nieuszkodzone elementy Inhibitorów by go zabiły.
Planeta rosła. Wyrzucił z umysłu drugą agregację, ale nadal była przed nim, nadal przesuwała się ku kruchej biosferze Żonglerów i jej ludzkich pasożytów. Połowę świata spowijały ciemności, reszta wyglądała jak żyłkowany turkus popstrzony białymi chmurami i wirującymi układami burzowymi.
Remontoire zdecydował się: to będą musiały być miny pęcherzowe.
W ułamku sekundy wzdłuż kadłuba habitatowego jego trójzębnego statku pojawiły się otwory. W następnym ułamku wyrzutnie wyrzuciły we wszystkich kierunkach kilka ładunków wielkości melona. Kadłub szczękał, kiedy rozmieszczano broń.
Zapadła cisza.
Cała sekunda ciszy, a potem ładunki wybuchły w dokładnie zaplanowanej sekwencji. Nie było terkotu oślepiająco białych błysków; to nie były ani urządzenia fuzyjne, ani głowice z antymaterii. To były w gruncie rzeczy bomby, tylko w bardzo szerokim znaczeniu tego słowa. Tam, gdzie nabój detonował, pojawiała się nagle szeroka na dwadzieścia kilometrów sfera, jak gwałtownie napompowany baron zaporowy. Powierzchnia każdej ze sfer była pomarszczona jak skórka wysuszonego owocu, w kolorze fioletowoczarnym i podatna na przyprawiające o mdłości napływy koloru i rozpulchnienia. Kiedy dwie sfery akurat się przecięły — ponieważ ich centra znajdowały się bliżej niż dwadzieścia kilometrów, kiedy zostały zdetonowane — połączone granice mrugały cukrowymi emanacjami fioletu i pastelowego błękitu.