Mechanizmy wewnątrz min pęcherzowych były równie skomplikowane i niezgłębione jak te wewnątrz broni hipometrycznej. Istniały nawet dziwaczne punkty odpowiedniości między obydwiema technikami — kilka z grubsza podobnych części sugerowało, że oba rodzaje broni być może są wytworem tego samego gatunku lub tej samej epoki w historii galaktyki.
Remontoire podejrzewał, że miny pęcherzowe były wczesnym krokiem ku technice sterowania metryką, opanowanej przez Całunników. Całunnicy nauczyli się zamykać całe obszary przestrzeni o pojemnościach gwiazdowych w skorupach ze zrekonstruowanej czasoprzestrzeni (z własnymi niesamowitymi własnościami obronnymi), zaś miny pęcherzowe wytwarzały niestabilne skorupy, szerokie na zaledwie dwadzieścia kilometrów. Po paru sekundach redukowały się z powrotem do zwykłej czasoprzestrzeni, kończąc swoje istnienie w ulewie egzotycznych kwantów. Tam gdzie były poprzednio, lokalne własności metryki wykazywały drobne oznaki wcześniejszego napięcia. Ale wytworzone skorupy nie mogły być ani większe, ani trwalsze — przynajmniej przy wykorzystaniu techniki przekazanej przez Aurę.
Salwa nabojów już się rozkładała. Sfery znikały jedna po drugiej, w przypadkowej kolejności.
Remontoire szacował szkody. Tam, gdzie wybuchły skorupy, poprzecinana maszyneria Inhibitorów została wyrwana z istnienia, pojawiły się krzywe, matematycznie gładkie rany w macającej agregacji sześciennych elementów. Błyskawice przecinały zrujnowaną strukturę — ich szalone migotanie sugerowało głównie ból i wściekłość.
Uderz w nich, kiedy leżą, pomyślał Remontoire. Wydał mentalne polecenie, które rzucało końcową salwę min pęcherzowych w otaczającą maszynerię.
Tym razem nic się nie wydarzyło. Meldunki o błędzie szturmowały mu mózg: mechanizm wyrzutni zawiódł, poddając się uszkodzeniom z wcześniejszego ataku. I tak Remontoire miał szczęście, że system jednokrotnie zadziałał.
Po raz pierwszy Remontoire pozwolił sobie na więcej niż chwilę prawdziwej, mrożącej krew w żyłach trwogi. Jego opcje zostały obecnie poważnie zmniejszone. Nie miał opancerzonego kadłuba: istniała inna, obca technika, którą zebrali od Aury, ale podobnie jak tłumienie bezwładności, nie działała ona dobrze w pobliżu broni hipometrycznej. Pancerz kadłuba pochodził od larw; h-broń i miny pęcherzowe od innej kultury. Istniały, niestety, sprawy związane z kompatybilnością. Wszystko, co mu zostało, to broń hipometryczna i uzbrojenie konwencjonalne, ale nadal nie było jasności co do posunięcia atakującego.
Kadłub zadrżał, kiedy konwencjonalne miny wylatywały z luków. Eksplozje jądrowe zabarwiły niebo. Remontoire czuł, jak elektromagnetyczne pokłosie wybuchu wprowadza chaos w jego implantach, strobując abstrakcyjne kształty w jego polu widzenia.
Inhibitorzy nadal tam byli. Wypalił dwa pociski Stinger i patrzył, jak oddalają się z przyśpieszeniem 100 g na rakietach przechwytujących. Nic się nie wydarzyło: nawet nie zostały właściwie zdetonowane. Nie miał broni promieniowej, nie mógł nic więcej zaoferować.
Był bardzo spokojny. Doświadczenie podpowiedziało mu, że przez użycie broni hipometrycznej nic nie zyska, a tylko zdradzi maszynom, że broń taką posiada. Wiedział również, że wilki jeszcze nie przechwyciły tej broni i że nie może pozwolić, by to się dzisiaj wydarzyło.
Przygotował komendę samobójczą, wizualizując koronę min fuzyjnych zapakowanych w gondole uzbrojenia. Uczynią widowiskowy błysk, kiedy wybuchną — prawie tak jasny jak ten, który powstanie w chwilę później, kiedy to samo zdarzy się napędowi hybrydowskiemu. Pomyślał jednak, że szanse, iż widzowie docenią któryś z tych wybuchów, są bardzo niewielkie.
Dostroił stan swego umysłu, tak że nie czuł trwogi, żadnego lęku przed śmiercią. Czuł tylko dreszcz irytacji, że nie zobaczy, jak potoczą się dalej wydarzenia. Podchodził do sprawy własnego zgonu ze znudzoną akceptacją kogoś, kto czeka na kichnięcie. Istnieją, pomyślał, pewne zalety bycia Hybrydowcem.
Właśnie miał wydać polecenie, gdy coś się wydarzyło. Pozostała maszyneria z zaskakującą szybkością oddalała się od jego statku. Za maszynerią jego czujniki wykryły sugestię wyładowań broni i mnóstwo przesuwających się mas — wybuchły miny pęcherzowe o sygnaturach nieco różnych od sygnatur min, których używał. Po tym nastąpiły wybuchy głowic fuzyjnych i antymaterii, potem mknące pióra wylotowe pocisków, aż wreszcie pojedyncza silna eksplozja — z pewnością superbomba.
Zwykle nie sprawiłoby to żadnej różnicy, ale maszyneria Inhibitorów została wcześniej osłabiona atakiem Remontoire’a. Czujnik masy wyodrębnił sygnaturę pojedynczego małego statku, zgodnego, jak to sobie teraz uświadomił, z hybrydowską korwetą klasy murena.
Remontoire domyślił się, że to ten sam statek, który oszczędził. Zawrócili albo po prostu szli za nim cały czas. Teraz starali się jak najdalej odciągnąć od niego maszynerię Inhibitorów. Remontoire wiedział bez cienia wątpliwości, że to gest samobójczy: nie mogli mieć nadziei, że uda im się dotrzeć z powrotem na swoją stronę konfliktu. A jednak podjęli decyzję, by mu pomóc, nawet po wcześniejszym ataku i jego odmowie przekazania broni hipometrycznej. Typowo hybrydowski sposób rozumowania, pomyślał: nie zawahają się przed zmianą taktyki w ostatniej chwili, jeśli uznają, że ta zmiana przyniesie korzyść Matczynemu Gniazdu. Nie byli zdolni odczuwać frustracji, nie byli zdolni odczuwać wstydu.
Próbowali z nim negocjować, a kiedy się nie udało, usiłowali wziąć siłą to, co chcieli. To też się nie udało, i aby im przytrzeć nosa, ostentacyjnie ich oszczędził. Czy była to demonstracja ich wdzięczności? Możliwe, pomyślał, ale raczej był to pokaz dla obserwujących bitwę, dla sprzymierzeńców Remontoire’a i innych odłamów Hybrydowców, a nie dla niego: niech zobaczą, jak dzielnie się tu poświęcili. Niech zobaczą, jak wyrównują rachunki. Jeśli dwadzieścia osiem tysięcy i jedna propozycja podzielenia się zasobami zostało odrzuconych, może właśnie ten gest coś zmieni.
Remontoire nie wiedział — jeszcze nie. Myślał o innych sprawach.
Jego statek oddalił się od zmagań wilków i Hybrydowców. Za nim naga energia i naga siła próbowały zniszczyć materię do jej podstawowych składników. Coś absurdalnie jaskrawego rozświetliło niebo, coś tak intensywnego, że mógłby przysiąc, że część błysku doszła do niego przez czarny kadłub statku.
Skupił uwagę na drugiej agregacji, tej, która obecnie znajdowała się bardzo blisko planety. Przy maksymalnym powiększeniu zobaczył czarną masę siedzącą nad dzienną częścią planety, tą oświetloną od kilku godzin. Unosiła się nad szczególnym punktem na powierzchni. Coś robiła.
DWADZIEŚCIA TRZY
Quaiche siedział w swej mansardzie sam, jeśli nie liczyć skafandra ornamentowanego. Słyszał tylko własny oddech i troskliwe dźwięki fotela, na którym spoczywał. Światło przenikające przez na wpół zaciągnięte żaluzje bazgrało po pokoju równoległe ognisto — czerwone linie.
Czuł bardzo słabo — i tylko dlatego, że nauczył się to odczuwać — delikatne ruchy posuwającej się po Drodze Lady Morwenny: kołysanie się na boki i zgodnie z kierunkiem ruchu. Ten ruch wcale go nie irytował — był źródłem pokrzepienia. Gdyby katedra znieruchomiała niczym skała, wiedziałby, że mają opóźnienie w stosunku do Haldory. Ale katedra nie zatrzymała się od przeszło wieku, a i wtedy jedynie na kilka godzin, podczas awarii reaktora. Zawsze od tamtego czasu, mimo że rosła, podwajając a potem jeszcze raz podwajając swój rozmiar, ciągle się poruszała, przesuwając po Drodze z szybkością potrzebną do utrzymania Haldory w stałej pozycji dokładnie nad sobą. Dlatego planeta przesyłała swój obraz za pośrednictwem luster do chirurgicznie otwartych, wiecznie czujnych oczu Quaiche’a. Żadna inna katedra na Drodze nie miała takich osiągnięć: największy rywal Lady Morwenny, Żelazna Lady, wypadła pięćdziesiąt dziewięć lat temu na cały obrót. Hańba tej awarii — konieczność czekania w tym samym miejscu, dopóki inne katedry po trzystu dwudziestu dniach znowu nie pojawią się w okolicy — po sześciu dekadach nadal bardzo jej ciążyła. Wszystkie inne katedry, z Lady Morwenną włącznie, miały okno z witrażem upamiętniające tamto upokorzenie.