Fotel zwrócił go ku zachodniemu oknu, podnosząc się lekko, by poprawić mu widok. Kiedy Quaiche się poruszał, okna przesuwały się wokół niego; bez względu na to, w którą stronę skierował fotel, Haldora była głównym obiektem odbitym w jego kierunku. Quaiche widział ją wielokrotnie odbitą, światło skręcało pod kątami prostymi i znowu biegło w tył, powiększane i zmniejszane soczewkami achromatycznymi, ale nadal pozostawało światłem, a nie jakimś wizerunkiem na ekranie z drugiej czy trzeciej ręki.
Było tam stale, jednak widok zmieniał się z godziny na godzinę. Przede wszystkim oświetlenie Haldory zmieniało się w czterogodzinnym cyklu orbity Heli: od całkowicie jasnej tarczy, przez półksiężyc, do gnębionej burzami nocnej strony. A nawet podczas danej fazy szczegóły cieni i podziału na pasy różniły się od przejścia do przejścia. Wystarczyło to — choć ledwie — by trzymać z dala odczucie, że obraz wypalono mu w mózgu.
Oczywiście widział nie tylko to. Haldorę otaczał pierścień koloru od czarnego do srebrnoszarego, wreszcie — choć zapakowane w pasmo nierozróżnialnych szczegółów — Quaiche widział swoje bezpośrednie otoczenie. Mógł spojrzeć w bok i przesunąć Haldorę na kraniec swego pola widzenia, gdyż lustra ogniskowały obraz na jego oczach, a nie samych źrenicach. Ale nie czynił tego zbyt często — obawiał się, że zniknięcie nastąpi akurat wtedy, gdy nie będzie całkowicie skupiał uwagi na planecie.
Haldora świeciła stale bezpośrednio przed nim, nauczył się jednak, jak najskuteczniej wykorzystać swe peryferyjne widzenie. To zdumiewające, jak mózg jest zdolny zapełniać luki, sugerować szczegóły, których oczy nie są tak naprawdę zdolne rozróżniać. Więcej niż raz Quaiche dochodził do wniosku, że gdyby ludzie naprawdę pojęli, w jakim stopniu ich świat jest syntetyczny — jak wielka jego część jest zszyta nie z danych dostarczonych przez bezpośrednią percepcję, ale z interpretacji, pamięci, rozsądnych domysłów — najzwyczajniej by zwariowali.
Spojrzał na Drogę. W oddali, na wschodzie, przed Lady Morwenną, coś wyraźnie mrugało. To była północna granica gór Gullveig, najwyższego łańcucha na południowej półkuli Heli, który należało przekroczyć przed względnie łatwymi do pokonania Równinami Jaraxa, aby szybko przebiec po nich do Diabelskich Schodów. Droga przecinała północne flanki Łańcucha Gullveig, przechodziła przez podnóża gór serią kanionów o wysokich ścianach. I tam właśnie, jak meldowano, obsunął się lód. Mówiono, że jest głęboki na setki metrów i całkowicie tarasuje istniejącą trasę. Wcześniej tego dnia Quaiche osobiście rozmawiał z kierownikiem zespołu naprawczego Drogi Ustawicznej, mężczyzną o nazwisku Wyatt Benjamin. Stracił on nogę w jakimś dawnym, niewyjaśnionym wypadku.
— Powiedziałbym, że to sabotaż — oświadczył Benjamin. — Kil kanaście ładunków niszczących z opóźnionym zapłonem, umieszczonych w ścianie podczas ostatniego przejścia. Akcja dywersyjna katedr idących na końcu. Nie nadążają, więc wszyscy inni też nie powinni nadążać.
— To całkiem poważne oskarżenie, gdyby wystąpić z nim publicznie — powiedział Quaiche, jakby taka myśl nigdy nie wpadła mu do głowy. — Mimo to może pan mieć słuszność, choć boli mnie przyznanie się do tego.
— Pytanie, kto to uprzątnie. Trzeba to zrobić w ciągu… ilu…? maksimum dziesięciu dni, zanim dotrzemy do przeszkody.
Wyatt Benjamin przytaknął.
— Jednak możecie nie chcieć być tak blisko podczas oczyszczania drogi.
— Dlaczego?
— Nie mamy zamiaru tego przekopywać.
Quaiche doskonale rozumiał, co mężczyzna ma na myśli.
— Obsunięcie tej wielkości wydarzyło się trzy, cztery lata temu, prawda? Tam niedaleko Skrzyżowania Glum? Chyba pamiętam, że oczyszczono je, używając konwencjonalnego sprzętu niszczącego. Uprzątnięto całość w ciągu mniej niż dziesięciu dni.
— Moglibyśmy to zrobić szybciej niż w dziesięć dni — odpowiedział Benjamin — ale mamy tylko połowę zwykłego przydziału sprzętu i ludzi.
— To dziwne — odpowiedział Quaiche, chmurząc się. — Co się przydarzyło reszcie?
— Nic. Po prostu wszyscy zostali zarekwirowani, ludzie i ma szyny. Niech pan mnie nie pyta, kto za tym stoi. Ja pracuję tylko dla Drogi Ustawicznej. I przypuszczam, że gdyby to miało coś wspólnego ze sprawami Wieży Zegarowej, już by pan o tym wiedział, prawda?
— Prawdopodobnie bym wiedział. Musi to być na trochę niższym poziomie niż Wieża Zegarowa. Moja hipoteza? Inne biuro Drogi znalazło coś, co pilnie powinno być zrobione, o czym zapomnieli podczas poprzedniego okrążenia. Potrzebują całego ciężkiego sprzętu, by zrobić to szybko, zanim ktokolwiek zauważy.
— Cóż, my zauważamy — powiedział Benjamin. Wydawało się, że uważa wyjaśnienie Quaiche’a za wiarygodne.
— W takim razie musi pan znaleźć inne środki usunięcia blokady.
— Mamy już inne środki — odpowiedział mężczyzna.
— Boski Ogień. — Quaiche zmusił swój głos do wyrażenia nabożnego lęku.
— Jeśli będzie trzeba, właśnie to wykorzystamy. Dlatego wozimy to ze sobą.
— Jądrowe zniszczenie powinno być traktowane jako absolut nie ostateczne wyjście — powiedział Quaiche, mając nadzieję, że w jego głosie słychać ton upomnienia. — Czy jest pan całkowicie pewien, że tej blokady nie można usunąć środkami konwencjonalnymi?
— W ciągu dziesięciu dni dostępnym sprzętem i z dostępnymi ludźmi? Żadnej pieprzonej nadziei.
— Więc to będzie musiał być Boski Ogień. — Quaiche zrobił wieżyczkę ze swych patykowatych palców. — Niech pan poinformuje inne katedry, bez względu na to, co dokładnie wyznają. My poprowadzimy pochód. Inni niech lepiej odsuną się na bezpieczną odległość, chyba że od ostatniego razu ulepszyli swoje osłony.
— Nie ma innego wyjścia — zgodził się Wyatt Benjamin. Quaiche położył dłoń na jego ramieniu.
— W porządku. Co musi być zrobione, to musi. Bóg będzie nas strzegł.
Quaiche wyrwał się z drzemki i uśmiechnął się. Człowiek Drogi Ustawicznej już odszedł, by zorganizować niecodzienne i otoczone czcią rozmieszczanie sterowanych urządzeń fuzyjnych. Quaiche był sam z Drogą, skafandrem ornamentowanym i odległym, wabiącym mruganiem Łańcucha Gullveig.
— To ty zorganizowałeś ten lód, prawda? Odwrócił się do skafandra ornamentowanego.
— Kto kazał ci mówić?
— Nikt.
Walczył, by jego głos nie zdradzał odczuwanego lęku.
— Uważano, że nie będziecie mówić, dopóki wam tego nie umożliwię.
— Najwyraźniej tak nie jest. — Głos był cienki, piskliwy: wytwór taniego głośnika przyspawanego do tylnej części głowy skafandra, poza zasięgiem wzroku przypadkowych gości.
— Słyszymy wszystko, Quaiche, i mówimy, kiedy nam to od powiada.
To powinno być niemożliwe. Głośnik powinien pracować tylko wtedy, kiedy Quaiche go włączy.
— Nie powinniście być w stanie tego robić.