Выбрать главу

Głos — brzmiał jak wytwór taniego dętego drewnianego instrumentu — zdawał się z niego kpić.

— To tylko początek, Quaiche. Zawsze znajdziemy wyjście z każdej klatki, jaką wokół nas zbudujesz.

— Więc powinienem was teraz zniszczyć.

— Nie możesz. I nie powinieneś. Nie jesteśmy twoimi wrogami, Quaiche. Chyba do tej pory już się o tym przekonałeś. Jesteśmy tutaj, by ci pomóc. Po prostu sami potrzebujemy w rewanżu odrobinę pomocy.

— Jesteście demonami. Nie negocjuję z demonami.

— Nie demonami, Quaiche. Tylko cieniami, takimi samymi, jakim ty jesteś dla nas.

Prowadzili tę rozmowę już wiele razy.

— Mogę obmyślić sposób, by was zabić.

— Więc dlaczego nie spróbujesz?

Odpowiedź pojawiła się nieproszona w jego głowie, tak jak zawsze: ponieważ mogą się okazać dla niego przydatni. Ponieważ na razie mógł ich kontrolować. Ponieważ bał się tego, co się stanie, jeśli ich zabije, w równym stopniu jak tego, co się stanie, gdy pozwoli im żyć. Ponieważ wiedział, że tam, skąd ta partia przybyła, jest więcej takich samych.

O wiele więcej.

— Wiecie dlaczego — powiedział. Brzmiało to żałośnie nawet dla niego samego.

— Znikania występują coraz częściej — powiedział skafander. — Wiesz, co to znaczy, prawda?

— To znaczy, że żyjemy w czasach końca. Tylko tyle.

— To znaczy, że ukrycie zawodzi. Że maszyneria wkrótce będzie widoczna dla wszystkich.

— Nie ma żadnej maszynerii.

— Sam ją widziałeś. Inni też ją zobaczą, kiedy znikania osiągną swoją kulminację. I wcześniej czy później ktoś będzie chciał ubić z nami interes. Po co czekać do tej pory, Quaiche? Dlaczego nie handlować z nami na najlepszych możliwych warunkach?

— Nie handluję z demonami.

— Jesteśmy jedynie cieniami — powtórzył skafander. — Tylko cieniami szepczącymi przez dzielącą nas przepaść. Teraz pomóż nam przez nią się przeprawić, tak, byśmy mogli cię wesprzeć.

— Nie zrobię tego. Nigdy.

— Nadchodzi kryzys, Quaiche. Wiele wskazuje na to, że już się zaczął. Widziałeś uchodźców. Znasz historie, które opowiadają: o maszynach, które wynurzają się z mroku, z zimna. Maszyneria eksterminacji. Widzieliśmy, co stało wcześniej tutaj, w tym układzie. Nie pokonacie ich bez naszej pomocy.

— Bóg się wtrąci — powiedział Quaiche. Oczy mu łzawiły, obraz Haldory zacierał się.

— Boga nie ma — odparł skafander. — Jesteśmy tylko my, a my nie mamy nieograniczonej cierpliwości.

Potem skafander zamilkł. Powiedział to, co miał w tym dniu powiedzieć, i zostawił Quaiche’a samego, we łzach.

— Boży Ogień — wyszeptał.

Ararat, 2675

Gdy Vasko powrócił do serca góry lodowej, muzyka już nie grała. Z lekkim, ale nieporęcznym inkubatorem w dłoni przeszedł przez plątaninę lodowych drzewców, dobrze przetartą trasą. Lód dzwonił i trzeszczał, kiedy inkubator zawadzał o którąś z przeszkód. Scorpio nie zalecał pośpiechu, ale Vasko wiedział, że świnia chciał mu tylko oszczędzić niepotrzebnych zmartwień. Nawiązał więc łączność z Bloodem, opowiedział Urton, co się dzieje, i zaraz ruszył z powrotem z inkubatorem.

Kiedy zbliżał się do rozcięcia w statku, wiedział, że już jest po wszystkim. Z lodowego sufitu, w którym ktoś wypalił metrową dziurę ku niebu, bił snop światła, w którym stał Scorpio. Oświetlona z góry twarz wyglądała jak światłocień. Miał zamknięte oczy, delikatnie owłosiona skóra na czole miała szaroniebieski odcień. W ręku trzymał przedmiot, z którego kapała na śnieg czerwień.

— Proszę pana? — spytał Vasko.

— Zrobione — odparł Scorpio.

— Przykro mi, że musiał pan to zrobić.

Jasnoróżowe, nabiegłe krwią oczy spoczęły na nim. Dłonie Scorpia drżały. Kiedy się odezwał, jego idealny ludzki głos brzmiał cienko, jak głos ducha, któremu straszenie wyrwało się spod kontroli.

— Na pewno nie tak przykro jak mnie.

— Zrobiłbym to, gdyby mnie pan o to poprosił.

— Nie poprosiłbym ciebie — odparł Scorpio. — Nie poprosiłbym nikogo.

Vasko szukał słów. Chciał spytać Scorpia, czy Skade pozwoliła mu być miłosiernym. Wszystko skończyło się w niecałe dziesięć minut. Czy oznaczało to, że w czasie zadawania bólu dała Clavainowi chwilę wytchnienia od obiecywanej powolnej śmierci? Czy okazała łaskę, skracając choćby tylko o parę minut niewypowiedziane cierpienia?

Nie wiedział. Nie był pewien, czy naprawdę chce wiedzieć.

— Przyniosłem inkubator, proszę pana. Czy dziecko…

— Z Aurą wszystko w porządku. Jest z matką.

— A Skade, proszę pana?

— Skade umarła — odparł Scorpio. — Wiedziała, że zbyt długo nie pożyje. — Głos świni był bezbarwny, pozbawiony uczuć. — Przekierowała rezerwy własnego ciała, by utrzymać Aurę przy życiu. Kiedy ją otworzyliśmy, niewiele już z niej pozostało.

— Chciała, by Aura przeżyła — powiedział Vasko.

— Albo chciała mieć pozycję przetargową, kiedy przyjdziemy z Clavainem.

Vasko uniósł w górę lekkie plastikowe pudło i powtórzył:

— Inkubator, proszę pana. Musimy natychmiast włożyć do niego dziecko.

Scorpio nachylił się i wytarł ostrze o śnieg. Czerwona plama wsiąkła, tworząc wzory, które Vaskowi przypominały irysy. Pomyślał, że Scorpio odrzuci nóż, ale świnia wsunął go do kieszeni.

— Jaccottet i Khouri włożą dziecko do inkubatora — oznajmił. — Tymczasem my zajmiemy się Clavainem.

— W jakim sensie, proszę pana?

— Jego ostatnim życzeniem. Chciał zostać pochowany w morzu. — Scorpio ruszył w stronę statku. — Myślę, że tyle jesteśmy mu winni.

— Czy to były jego ostatnie słowa, proszę pana?

Scorpio odwrócił się do Vaska i z przechyloną na bok głową przez dłuższy czas uważnie mu się przyglądał. Vasko znowu czuł się poddany ocenie — starzec tak go przedtem taksował — i wywołało to w nim takie samo uczucie, że nie dorasta do standardów. Czego te potwory z przeszłości od niego chcą? Czego po nim oczekują?

— Nie. To nie były jego ostatnie słowa — odparł spokojnie Scorpio.

Położyli worek z ciałem na obrzeżach lodu okalającego górę. Vasko musiał sobie ciągle przypominać, że nadal jest dopiero środek poranka: mokre szare niebo, od horyzontu do horyzontu zasłonięte chmurami, wisiało jak sufit nad szczytem góry lodowej. Kilka kilometrów dalej, nad morzem, na tym samym suficie rysowała się groźna plama mokrego atramentu w kształcie czarnego oka. Zdawała się poruszać pod wiatr, jakby szukając czegoś w dole. Na horyzoncie błyskawice znaczyły chromowymi liniami zmatowiałe srebro niebios. Odległy deszcz spadał powolnymi strumieniami koloru sadzy.

Wokół góry lodowej falowały leniwe szare kształty. Wszędzie powierzchnię wody przecinały zgrabne ruchome widziadła w oleistym turkusowozielonym kolorze. Vasko widział je już wcześniej: wznosiły się ponad powierzchnię, pozostawały tam chwilę, a potem znikały, zanim wzrok zdążył się na nich na dłużej zogniskować. Miało się wrażenie, że rozległa ławica wielorybopodobnych obiektów okrąża górę lodową. Widziadła wydymały się i wirowały między falami i pianą. Zlewały się i rozłączały, krążyły i nurkowały; ich dokładnego kształtu i rozmiarów nie sposób było określić. Ale nie były to zwierzęta. Były ogromnymi agregacjami mikroorganizmów, działającymi w skoordynowany sposób.

Vasko spostrzegł, że Scorpio przypatruje się morzu. Na jego twarzy malował się wyraz, którego Vasko nigdy u niego nie widział. Czy to trwoga?

— Coś się dzieje, prawda? — zapytał.