— Musimy go wynieść poza lód — oświadczył Scorpio. — Łódź wytrzyma jeszcze kilka godzin. Pomóż mi go przenieść.
— Powinniśmy się pośpieszyć, proszę pana.
— Myślisz, że to, jak długo to robimy, ma najmniejsze znaczenie?
— Z tego, co pan mówił, wynika, że to ważne dla Clavaina. Dźwignęli worek do najbliższej łodzi. W dziennym świetle czarny kadłub nie wyglądał tak równo, jak go Vasko zapamiętał. Gładka metalowa powierzchnia była popstrzona i podziurawiona plamami korozji. W niektórych głębokich dziurach mieścił się nawet kciuk. Gdy przenosili worek przez burtę, kawałki skorodowanego metalu odpadały z miejsc, które Vasko dotknął kolanem. Obydwaj wgramolili się na pokład. Urton, która miała pozostać na krawędzi góry lodowej, popchnięciem pomogła im ruszyć. Scorpio włączył silnik. Woda wzburzyła się i łódka zaczęła wycofywać się w morze tym samym kanałem, który wycięła w obrzeżu.
— Chwileczkę.
Vasko spojrzał w stronę mówiącego: to Jaccottet wynurzył się z góry, niosąc inkubator, najwyraźniej cięższy niż wtedy, gdy niósł go Vasko.
— O co chodzi?! — zawołał Scorpio, przełączając silnik na jałowy bieg.
— Nie możecie odpływać bez nas.
— Nikt nie odpływa.
— Dziecko potrzebuje opieki lekarskiej. Musimy jak najszybciej dostarczyć je na stały ląd.
— Dostarczycie. Czy słyszałeś, co mówił Vasko? Leci tu samolot. Siedźcie na miejscu, a wszystko będzie w porządku.
— Przy takiej pogodzie samolot może lecieć godziny, a my nie wiemy, jak stabilna jest ta góra.
Vasko poczuł gniew Scorpia. Po skórze przeszedł mu dreszcz.
— Więc co proponujesz?
— Mówię, że powinniśmy teraz wypłynąć, proszę pana, w obu łodziach, tak jak tu przypłynęliśmy. Samolot odszuka nas przez radio. I przejmie nas po drodze. W ten sposób zaoszczędzimy czas i nie będziemy musieli się martwić, że ta rzecz pod nami się zawali.
— Uważam, że ma rację, proszę pana — poparł go Vasko.
— Kto cię pyta? — rzucił Scorpio.
— Nikt, proszę pana, ale sądzę, że teraz wszyscy mamy w tym swój udział, prawda?
— Nie masz w niczym udziału, Malinin.
— Clavain chyba myślał, że mam.
Spodziewał się, że świnia zabije go na miejscu. Możliwość ta tkwiła w jego mózgu, nawet kiedy powędrował wzrokiem do tamtego głębokiego czarnego oka w chmurach. Było teraz bliżej — nie więcej niż kilometr nad nimi — i wychylało się w dół, zaczynając sięgać czymś guzikowatym ku morzu. To tornado, uświadomił sobie Vasko. Tylko tego im brakowało.
Ale Scorpio jedynie warknął i ponownie włączył silnik.
— Jesteś ze mną czy nie? Jeśli nie, wysiadaj i czekaj na lodzie z innymi.
— Jestem z panem, proszę pana — oznajmił Vasko. — Nie rozumiem tylko, dlaczego nie możemy załatwić tego tak, jak mówi Jaccottet. Możemy wyruszyć obiema łodziami i pogrzebać Clavaina po drodze.
— Wynoś się.
— Jak to, proszę pana?
— Powiedziałem, wysiadaj. Bez dyskusji.
Vasko zaczął coś mówić. Niekiedy odtwarzał w myślach ten incydent, ale nigdy nie było dla niego jasne, co chciał powiedzieć świni w tamtej chwili. Może już wiedział, że w tym momencie przekroczył linię i nic, co powie czy zrobi, tego nie cofnie.
Scorpio zadziałał z szybkością błyskawicy. Puścił kontrolkę silnika, schwycił Vaska obydwiema raciczkami i opuścił za burtę. Vasko poczuł, jak górna krawędź metalowego poszycia łodzi łamie się pod jego udem niczym krucha czekolada. Potem uderzył plecami o równie kruchy motek lodowych włókien i w końcu zapadł się w wodę, zimniejszą niż cokolwiek, co sobie wyobrażał. Dotkliwe zimno walnęło go w plecy, oślepiło bólem. Nie mógł oddychać. Nie był w stanie krzyczeć ani złapać się czegoś solidniejszego. Ledwie pamiętał własne nazwisko; ledwie zdawał sobie sprawę, jak straszną rzeczą jest utonięcie.
Zobaczył, że łódź odpływa w morze. Zobaczył, jak Jaccottet odkłada inkubator na ziemię i razem z Khouri, która wyłoniła się z tyłu, podchodzą do niego szybko, ale ostrożnie.
Niebo było jednolicie szare jak kora mózgowa, z wyjątkiem ciemnego oka burzowego. Wypustka czerni niemal dosięgała powierzchni wody, zagięta w bok, w stronę góry lodowej.
Scorpio zatrzymał łódź. Kołysała się na metrowej fali, nie tyle unosząc się na wodzie, ile spoczywając na ruchomej tratwie niebieskozielonej materii organicznej. Tratwa rozciągała się we wszystkich kierunkach, ale najgrubsza była w epicentrum, które prawdopodobnie znajdowało się dokładnie tam, gdzie zatrzymała się łódź. Tratwę otaczało czarne jak węgiel pasmo stosunkowo czystej wody, a za nim leżało kilka innych wyraźnych wysp z materii Żonglerów. Pod powierzchnią wody — którą dało się dostrzec od czasu do czasu między falami a pianą — widniały kształty przypominające mackowate, paprociowate struktury, grube jak rurociągi. Trzęsły się i kołysały, a czasami poruszały się wolno z niesamowitym rozmysłem chwytnych ogonów.
Scorpio przetrząsnął łódź, by znaleźć coś do owinięcia twarzy. Zapach wwiercał mu się w mózg. Ludzie określali go jako nieprzyjemnie dojmujący. Zapach gnijących odpadków kuchennych, kompostu, amoniaku, ścieków, ozonu. Dla świń był nie do zniesienia.
Znalazł kawałek materiału w apteczce i owinął go dwukrotnie wokół ryja, nie zasłaniając oczu. Piekły bez przerwy i łzawiły. Scorpio nie mógł teraz nic na to poradzić.
Wstał, starając się utrzymać równowagę i nie przeważyć łodzi, i chwycił za worek z ciałem. Wściekłość, którą czuł, kiedy przerzucał Vaska przez burtę, odebrała mu resztki sił. Teraz worek ważył trzykrotnie więcej, niż powinien. Scorpio złapał go raciczkami w miejscu, gdzie znajdowała się głowa, i zaczął wlec na rufę. Nie chciał ryzykować przerzucenia ciała przez burtę, bo obawiał się, że ciężar dwóch mężczyzn, umieszczony daleko od linii środkowej, wywróci łódź; bezpieczniej było zawlec trupa na dziób albo na rufę.
Poślizgnął się i poleciał do tyłu, lądując na stwardniałych pośladkach. Worek z trupem uderzył o pokład.
Świnia wytarł łzy z oczu, ale tylko pogorszył ich stan. W powietrzu unosiły się mikroorganizmy, tworząc nad morzem zieloną mgiełkę, a on właśnie wtarł w oczy ten drażniący czynnik.
Znowu wstał. Zauważył opadającą z nieba trąbę czerni. Ponownie złapał worek i zaczął go dźwigać ku rufie. Organiczne kształty krzepły wokół łodzi w nieprzerwanej procesji niepokojących butelkowozielonych sylwetek, które formowały się i rozpływały niczym dzieło szalonego architekta krajobrazu. Kiedy patrzył na nie bezpośrednio, nie widział w nich żadnego sensu, ale kątem oka dostrzegał nawiązania do budowy ciała obcych: skupisko dziwnie połączonych kończyn, dziwnie ułożonych twarzy i torsów. Szeroko otwartych ust. Zwielokrotnione skupiska oczu przyglądały mu się bezrozumnie. Zaopatrzone w stawy części skrzydeł rozkładały się niczym wachlarze. Rogi i szpony wystrzeliwały z zieleni, trwały chwilę bez ruchu, a potem znowu osuwały się w bezkształt. Nieprzerwanym zmianom w biomasie Żonglerów towarzyszył ciepły, mokry powiew i szybkie odgłosy siorbania i darcia.
Odwrócił się tak, że worek leżał między nim a rufą, i dźwignął go na metalową ściankę. Zamrugał, ale zielona mgiełka nie ustępowała.
— Przepraszam — powiedział głośno.
To wszystko powinno się odbywać zupełnie inaczej. Scorpio często rozmyślał o pradopodobnych okolicznościach śmierci Clavaina. Uważał, że pożyje dostatecznie długo, by być jej świadkiem, i zawsze wyobrażał sobie pogrzeb Clavaina jako poważną ceremonię ze stosem pogrzebowym, w obecności tysięcy widzów. Zawsze zakładał, że Clavain umrze spokojnie w sercu kolonii, a w jego ostatnich godzinach będą mu towarzyszyli kochający go ludzie.