Inna wersja: śmierć w jakiejś brawurowej akcji, tak jak setki razy wcześniej, gdy omal nie odszedł, przyciskając rękę do jakiejś małej, niewinnie wyglądającej rany na piersiach, i gdy jego twarz przybierała barwę zimowego nieba, a Clavainowi wystarczało świadomości, by szepnąć jakiś przekaz tym, którzy będą musieli żyć dalej bez niego. W swojej wyobraźni Scorpio zawsze widział właśnie siebie jako tego, który otrzymuje to ostatnie pożegnanie.
Zawsze śmierć Clavaina miała być godnym zamknięciem życia. A pogrzeb, pełen smutku i zadumy, miałyby wspominać pokolenia.
Tymczasem przebiegało to zupełnie inaczej.
Scorpio nie chciał myśleć o tym, co znajduje się w worku. Nie chciał myśleć o wymuszonej powolności śmierci Clavaina ani o roli, jaką w niej odegrał. Już samo to wydarzenie było złe. A on w tym aktywnie uczestniczył i czuł, że pozbawiono go jakiejś niezastępowalnej części jego samego.
— Nie zawiodę ich — powiedział głośno. — Kiedy byłeś daleko, na swojej wyspie, zawsze próbowałem załatwiać sprawy tak, jak ty byś je załatwił. Nie znaczy to, że kiedykolwiek uważałem siebie za równego tobie. To było nieosiągalne. Nie potrafię planować dalekowzrocznie. Jak zawsze powtarzam, jestem typem człowieka pracującego rękami.
Oczy go zapiekły. Pomyślał o o gorzkiej ironii swych słów.
— Tak właśnie było, aż do końca. Przepraszam, Nevil. Zasługiwałeś na coś lepszego. Byłeś dzielnym człowiekiem i zawsze robiłeś właściwe rzeczy, bez względu na to, ile to cię kosztowało.
Scorpio przerwał i zaczerpnął tchu. Czuł się nieco absurdalnie, mówiąc do worka. Przemowy nigdy nie były jego specjalnością. Clavain załatwiłby to znacznie lepiej, gdyby ich role się odwróciły. Ale on żył, a Clavain był trupem w worku. Musiał jak najlepiej wykonać zadanie, brnąc po omacku, tak jak to robił przez całe życie.
Clavain mi to wybaczy, pomyślał.
— Teraz cię puszczę, chłopie — powiedział Scorpio. — Mam nadzieję, że znajdziesz to, czego szukałeś.
Dźwignął worek po raz ostatni i przerzucił go przez krawędź łodzi. Worek natychmiast zniknął w zielonej tratwie otaczającej łódź. Kilka chwil później aktywność Żonglerów wzrosła. Obce kształty zmieniały się coraz bardziej gorączkowo, transformacje powoli osiągały apogeum.
Na niebie wędrująca czarna trąba stała się niemal pozioma, próbowała dosięgnąć góry lodowej. Koniec trąby zaczynał się otwierać i dzielić na mnogie czarne palce, które również rosły i dzieliły się.
Scorpio znowu spojrzał na grę żonglerskich kształtów i wydawało mu się przez chwilę, że widzi, jak w zamęcie wizerunków pojawiają się dwie kobiece twarze, uderzająco do siebie podobne, ale w jednej była dojrzałość, pogodna i znużona rezygnacja, a w drugiej tych cech nie było. Ta pierwsza najwyraźniej widziała zbyt wiele jak na jedno ludzkie życie. Pozbawione oczu jak rzeźby, zastygłe, wpatrywały się w niego przez chwilę, a potem roztopiły się w migotaniu masek.
Tratwa Żonglerów zaczęła pękać. Zmienna płachta kształtów opuściła się znowu do morza. Nawet dotkliwe opary zaczęły tracić nieco ze swej ostrości. Scorpio uznał, że wykonał swój obowiązek.
Nad morzem czarny obiekt wyciągał rozgałęzione krańce ku górze lodowej.
Scorpia ciągle czekało wiele pracy.
Zawrócił. Kiedy dotarł do góry lodowej, druga łódź była już na wodzie: zobaczył wewnątrz Vaska, Khouri, inkubator i dwoje funkcjonariuszy Bezpieczeństwa. Ludzie przykucnęli, chroniąc się przed rozbryzgującą wodą. Kadłub łodzi zanurzał się głęboko. Żonglerzy zdwoili swą aktywność po chwilowym uspokojeniu, gdy ocean otrzymał Clavaina. Scorpio był teraz pewien, że ma to coś wspólnego z obiektem opadającym z nieba. Żonglerom to się nie podobało; ożywiali się jak kolonia zwierzątek, kiedy czują zbliżanie się węża.
Scorpio rozumiał ich. Nigdy nie był świadkiem takiego zjawiska pogodowego. Nie tornado, nie trąba wodna. Kołyszący się wieloręki obiekt znajdował się dokładnie nad jego głową.
Obrzydliwie sztuczny. Całość — gruba trąba schodząca przez warstwę obłoków oraz najcieńsze z rozgałęziających się wypustek — była złożona z tych samych sześciennych czarnych elementów, które widzieli na statku Skade. Maszyneria Inhibitorów, wilcza maszyneria — jak kto woli. Trudno było ocenić, jaka jej część unosiła się nad nimi, skryta za pokładem obłoków. Może nawet przechodziła w dół przez całą atmosferę Araratu?
To nie do przyjęcia, pomyślał.
Skierował się do drugiej łodzi. Teraz, kiedy wypełnił prośbę Clavaina, czuł jasność umysłu, której brakowało mu przed kilku minutami. Prawdopodobnie nie należało zostawiać ludzi na górze lodowej tylko z jedną łodzią do ucieczki, ale nie chciał towarzystwa podczas pochówku przyjaciela. To może samolubne, ale żadne z nich nie pozbawiło starca życia.
— Trzymajcie się — powiedział im przez komunikator. — Wy równamy ładunki, gdy tylko się zbliżę.
— I co wtedy? — Vasko spojrzał trwożnie na rozpostarty na niebie obiekt.
— Potem zwiewamy jak diabli.
Obiekt skoncentrował się na dłużej na górze lodowej. Wolnymi ruchami, niczym pyton, wepchnął wiązkę macek w dach zamrożonej struktury. Lodowe sztylety pękały na kawałki, kiedy maszyneria wciskała się do środka. Może trąba poczuła obecność innych kawałków maszynerii Inhibitorów, uśpionych lub martwych na wraku korwety, i musiała się z nimi ponownie połączyć? A może szuka czegoś zupełnie innego? — pomyślał Scorpio.
Góra lodowa zadrżała. Morze zareagowało na ten ruch — powolne, płytkie fale się cofnęły. Skądś z wnętrza struktury doszły dźwięki przypominające odgłos łamania kości. Zewnętrzna warstwa lodu pękała, odsłaniając koronkowy szpik bajkowo zróżnicowanych kolorów: różu, błękitu i ochry.
Czarna maszyneria przepchnęła się przez pęknięcia. Kilkanaście macek wynurzyło się z góry lodowej, wijąc się, węsząc w powietrzu, dzieląc się na coraz mniejsze komponenty.
Łódź Scorpia otarła się o burtę drugiej łodzi.
— Dajcie mi inkubator! — Przekrzykiwał silnik.
Vasko wstał, nachylił się i ustabilizował łodzie, kładąc dłoń na ramieniu Scorpia. Wyglądał blado, włosy oblepiały mu czaszkę.
— Wróciłeś — powiedział.
— Sytuacja się zmieniła — odparł Scorpio.
Wziął inkubator, czując ciężar dziecka w środku, i zaklinował go bezpiecznie między stopami.
— Teraz Khouri. — Wyciągnął dłoń do kobiety.
Przeszła do jego łajby i wtedy łódź zanurzyła się głębiej. Popatrzyła mu chwilę w oczy, jakby chciała coś powiedzieć, ale on odwrócił się do Vaska, zanim miała szansę to zrobić.
— Płyń za mną. Nie chcę tu sterczeć ani chwili dłużej. Szczeliny rozszerzały się aż do przepastnych rozpadlin, które wcinały się głęboko w serce góry. Czarna maszyneria wnikała w lód gorliwymi przypływami, dalsze jej krańce wyciągały się i machały. Góra lodowa pękała na oddzielne kawałki, wielkie jak domy. Scorpio mocniej podkręcił silnik łodzi. Mknął przez fale, ale nie mógł oderwać wzroku od tego, co działo się z tyłu. Kawałki góry oddzielały się i postrzępione odłamki wpadały do morza, a wzburzona woda wybuchała rykiem. Skotłowane czarne macki zginały się i owijały wokół wraku korwety. Niewiele już zostało z góry lodowej — jedynie statek, który ją wyhodował.
Maszyneria uniosła statek w powietrze. Czarne kształty wcisnęły się przez luki w kadłubie delikatnymi i pełnymi namysłu ruchami, jak ktoś, kto usuwa ostatnią warstwę opakowania z prezentu.