Druga łódź pozostawała w tyle: z trzema dorosłymi na pokładzie płynęła wolniej. Korweta rozłamała się na ostre czarne kawałki i większe z nich trwały zawieszone na niebie. Wokół tych części krążyły zwoje i łuki doskonałej czerni.
Ona czegoś szuka, pomyślał Scorpio.
Nagle zwoje popuściły. Macki i podmacki wycofały się błyskawicznie, jakby wessane. Warstwy czarnych sześcianów przenikały się wzajemnie, puchnąc i kurcząc się w niespokojnym synchronicznym rytmie. Scorpio widział tylko szczegóły na obrzeżach, gdzie maszyneria łączyła się z szarym tłem nieba.
Kawałki korwety — teraz już wszystkie — spadły z pluskiem do morza.
Ale maszyneria nadal coś trzymała: drobny kształt zwisał bezładnie w powietrzu. To Skade, uświadomił sobie Scorpio. Maszyneria odnalazła ją we wraku, okręciła się wokół jej talii i zanurzyła delikatne macki w jej głowie. Badała trupa, odzyskując jej neuralne struktury.
Trup mógł przez chwilę znowu czuć się jak żywy.
Czarna maszyneria wypchnęła nowy lejek ku uciekającym łodziom. Coś ścisnęło Scorpia w żołądku: jakaś instynktowna reakcja na zbliżanie się pełzającego drapieżnika. Uciec mu. Próbował jeszcze bardziej popędzić łódź, a ona już dawała z siebie wszystko.
Zobaczył w drugiej łodzi błysk lufy działa celującego w górę. Chwilę później oślepiające różowe wyładowanie z działa Breitenbacha uderzyło w szare niebo. Promień wzniósł się jak lanca ku nawisłej masie obcej maszynerii. Powinien był przebić ją na wylot, żłobiąc parzącą linię w pokładzie chmur. Zamiast tego promień okręcił się wokół maszynerii jak wąż strażacki.
Vasko nadal strzelał, ale promień, wijąc się, był odpychany i nie mógł wyrządzić żadnej szkody.
Czarna maszyneria nadal zwisała z nieba, wieloręka jak nieprzyzwoity żyrandol.
Szczególnie zainteresowała ją druga łódź.
Działo zacharczało. Scorpio usłyszał trzaski broni ręcznej.
Nie spowodowało to żadnej reakcji.
Nagle poczuł przeszywający ból w uszach. Wszędzie wokół niego morze wybrzuszyło się na trzy czy cztery metry, jakby we — ssane w niebo przez olbrzyma. Rozległ się grzmot, jakiego Scorpio nigdy w życiu nie słyszał. Spojrzał w górę i przez ułamek sekundy widział… kolistą nieobecność w niebie, słabą linię demarkacyjną między powietrzem i czymś wewnątrz niego. Krąg znikł niemal natychmiast, a kiedy przestawał istnieć, świnia poczuł ten sam ból w uszach, to samo wrażenie zassania.
Kilka sekund później zjawisko powtórzyło się.
Tym razem krąg przeciął czarną masę unoszącej się maszynerii Inhibitorów i ogromny, zniekształcony skrzep spadł ku falom. Większa część tej masy po prostu przestała istnieć, jakby w mgnieniu oka przeniosła się w niebyt. Reszta biła dziko w powierzchnię wody, zanurzając się i wypływając na wierzch.
Khouri nachyliła się w stronę Scorpia. Poruszała wargami, ale nie słyszał głosu, gdyż napływ krwi ryczał mu w uszach. Wiedział jednak, co powiedziała: tych trzech sylab nie można było pomylić:
— Remontoire.
Skinął głową, zadowolony z interwencji, choć nie znał jej szczegółów.
— Dziękuję, Rem — powiedział, słysząc swój własny głos jakby spod wody.
Zielonoszara materia Żonglerów krzepła wokół pływającej, bijącej masy czarnej maszynerii. W górze porozrywany intruz zaczął wciągać się na powrót w powłokę chmur. Czy druga jego część zreperuje się, strząśnie biomasę Żonglerów i dalej będzie stanowiła zagrożenie? — zastanawiał się Scorpio. Żonglerzy i wielka półkula morza znikły. Patrzył, jak stroma, zwarta ściana wody wokół niebytu zdaje się tam zastygać, jakby nie chciała odzyskać zabranego jej obszaru. Potem runęła do środka, wieża brudnej zieleni wzniosła się w powietrze i pomknęła ku nim złowieszcza platforma wody.
Scorpio chwycił mocniej łódź i inkubator.
— Trzymaj się! — krzyknął do Khouri.
DWADZIEŚCIA CZTERY
Tej nocy niebo Araratu rozświetliły dziwne światła — jak rysunki techniczne dalekich konstelacji. Dotychczas mieszkańcy nie widzieli takich zórz.
Pojawiły się o zmroku na zachodnim niebie. Chmury nie zasłaniały gwiazd, a księżyce pozostawały niemal równie nisko jak w czasie długiej przeprawy do góry lodowej. Samotna iglica wielkiego statku rysowała się klinem głębszej czerni na tle fioletowego półmroku.
Nikt naprawdę nie wiedział, co to za światła. Konwencjonalne wyjaśnienia, że to broń promieniowa w interakcji z górnymi warstwami atmosfery Araratu, okazały się całkowicie nieprawidłowe. Obserwacje poczynione przez kamery z różnych miejsc na Araracie paralaktycznie określiły odległość tych kształtów na całe ułamki sekund świetlnych, daleko ponad jonosferą planety. Od czasu do czasu zdarzało się coś bardziej zrozumiałego: błysk eksplozji konwencjonalnej albo ulewa egzotycznych cząsteczek, gdy jakaś zabłąkana broń promieniowa drasnęła atmosferę. Nieregularnie pojawiały się twarde błyski cząstek z napędów wylotowych, smuga pocisku lub zaszyfrowany impuls łączności. Przeważnie jednak wojnę nad Araratem toczono przy użyciu zupełnie niepojętych rodzajów broni i metod.
Wszyscy widzieli, że z każdą kolejną godziną zwiększał się blask świateł i ich złożoność. W wodzie wokół zatoki wynurzało się z fal coraz więcej ciemnych kształtów. Przesuwały się i zlewały, zbyt gwałtownie, by wzrok mógł je zarejestrować. Nie można było określić celu ani przyczyny tych zjawisk — miało się tylko wrażenie bezmózgiego zgromadzenia. Specjaliści od kontaktów z Żonglerami z korpusu pływaków obserwowali to nerwowo, nie chcąc wchodzić do morza. I kiedy światła w górze stawały się intensywniejsze, a zmiany częstsze, kształty w oceanie reagowały na to narastającą aktywnością.
Tubylcy Araratu mieli świadomość, że odwiedzili ich goście.
Grelier zajął miejsce w wielkim holu Lady Morwenny, w jednym z wielu foteli ustawionych przed czarnym oknem. Hol był mroczny, zewnętrzne metalowe żaluzje opuszczono na wszystkie inne okna witrażowe. Zapalono kilka świateł elektrycznych, ale głównym źródłem oświetlenia były świece migoczące w kinkietach. Rzucały uroczyście barwę na to, co się działo, sprawiając, że wszystkie twarze zebranych wydawały się szlachetne, od najwyższego dygnitarza Wieży Zegarowej do najnędzniejszego technika Mocy Napędowej. Oczywiście z samego czarnego okna nic nie było widać, z wyjątkiem słabych zarysów kamiennej framugi.
Grelier obserwował kongregację. Zgromadziła się tutaj chyba cała ludność katedry, prócz szkieletowego personelu pełniącego niezbędne obowiązki. Znał po nazwisku wielu z obecnych tu pięciu tysięcy ludzi — wielu z nich nawet nie podejrzewałoby, że ich zna. Tylko kilkuset ludzi nie znał nawet przelotnie. Obecność tak wielu osób podniecała go, zwłaszcza gdy pomyślał o łączących ich wszystkich więzach krwi. Niemal je widział: bogaty czerwony gobelin połączeń wiszący nad kongregacją, draperie i proporce szkarłatu i brązu, złożone i jednocześnie zadziwiające.
Myśl o krwi przypomniała mu Harbina Elsa. Młody człowiek, tak jak Grelier powiedział Quaiche’owi, był martwy, zabity podczas pełnienia obowiązków czyściciela. Po tamtym wstępnym interview w karawanie ich ścieżki nigdy się już nie skrzyżowały, mimo że w czasie, gdy Harbin zaczynał pracę w Lady Morwennie, Grelier był rozbudzony. Analizę krwi Harbina przeprowadzali asystenci Greliera, a nie sam naczelny medyk. Ale, podobnie jak cała krew zebrana przez katedrę, jej próbka została skatalogowana i złożona w skarbcu krwi Lady Morwenny. Teraz, gdy dziewczyna znowu pojawiła się w jego życiu, Grelier pobrał próbkę Harbina z biblioteki i przeprowadził jej szczegółową analizę.