Nadeszła następna fala wstrząsów, kołysząc Lady Morwenna. Po niej nastąpiła jedna końcowa detonacja i widowisko się skończyło. Czarne okno nadal było czarne, zbyt nieprzezroczyste, by rozświetliło je cokolwiek innego niż nuklearna jasność ognia samego Boga.
Organy i chór przycichły.
— Droga prawdopodobnie jest oczyszczona — powiedział Quaiche. — To nie będzie łatwe, ale spróbujemy teraz przez kilka dni posuwać się z normalną szybkością Drogi. Niewykluczone, że trzeba będzie użyć więcej ładunków burzących, ale trzon prze szkody już nie istnieje. Dziękujemy za to Bogu. Jednak straconego czasu łatwo nie odzyskamy.
Dłoń Greliera znowu zacisnęła się na trzcince.
— Inne katedry spróbują nadrobić stracony czas — ciągnął Quaiche. — Tak, przed nami leżą Równiny Jaraxa, a wyścig tam wygrają szybsi. Lady Morwenna nie jest najszybszą katedrą na Drodze ani nigdy nie pragnęła tego bezwartościowego zaszczytu. Ale jaki jest sens próbować nadgonić stracony czas na Równinach, skoro za nimi leżą Diabelskie Schody? Zwykle mieliśmy w tamtym punkcie zapas czasu, wyprzedziwszy Haldorę, aby przygotować się na powolne i trudne przebycie Schodów. Tym razem nie mamy takiego luksusu. Straciliśmy wiele dni akurat wtedy, kiedy najmniej mogliśmy sobie na to pozwolić.
Przerwał na chwilę, wiedząc, że uwaga przerażonej kongregacji jest na nim skupiona.
— Ale istnieje inna droga. — Quaiche wychylił się z ambony, omal nie przewracając podtrzymującego go fotela. — Taka, która wymaga śmiałości i wiary. Nie musimy wcale jechać przez Diabelskie Schody. Istnieje inna droga przez Rozpadlinę Ginnungagap. Wszyscy wiecie oczywiście, o czym mówię.
Grelier słyszał, jak w katedrze rozległo się grzechotanie — podciągano zewnętrzne żaluzje. Otwierano zwykłe okna witrażowe, światło wpadało przez nie w ustalonym porządku. Zwykle byłby pod wrażeniem, ciągle jednak pamiętał o czarnym oknie, jego powidok wciąż nawiedzał jego pole widzenia. Kiedy zobaczyłeś ogień jądrowy przez szkło spawacza, wszystko inne jest blade jak akwarela.
— Bóg dał nam most — powiedział Quaiche. — Wierzę, że nad szedł czas, by go wykorzystać.
Rashmikę ciągle intrygował dach karawany. Przeprawiała się między pojazdami, aż dotarła do nachylonej platformy Obserwatorów. Identyczne gładkie lustra ich twarzy, umieszczone w równych odstępach i rzędach, kazały jej myśleć o denkach butelek ułożonych w piwnicy albo ustawionych w szyk fasetach jednej ze stacji monitorujących promieniowanie gamma na terenie w pobliżu krawędzi jałowych wyżyn. Nie wiedziała, czy pociesza ją, czy smuci uświadomienie sobie, że każdy z nich jest odrębną istotą ludzką — albo przynajmniej był, zanim przymus wpatrywania się w Haldorę nie wypalił z jego mózgu ostatnich, najbardziej upartych cech osobowości.
Karawana kołysała się i toczyła, pokonując odcinek drogi, który dopiero niedawno oczyszczono z osuwisk lodu. Od czasu do czasu — wydawało się, że częściej niż dzień czy dwa wcześniej — skręcała, by ominąć grupę pielgrzymów odbywających podróż pieszo. Pielgrzymi, tak daleko w dole, wydawali się drobni i głupi. Nieliczni mieli skafandry próżniowe o zamkniętym cyklu, pozwalające na odbywanie dalekich podróży po powierzchni planety. Niektóre skafandry leczyły nawet dolegliwości, goiły drobne zranienia czy łagodziły ból artretycznych stawów. Z pewnością ich posiadacze byli szczęściarzami. Reszta musiała się zadowolić skafandrami, które nigdy nie zostały zaprojektowane do pokonywania więcej niż kilku kilometrów. Ci wlekli się, uginając pod ciężarem pękatych plecaków domowej roboty, jak wieśniacy dźwigający cały swój dobytek. Niektórzy skonstruowali groteskowe urządzenia, które pozwalały im ciągnąć swoje rzeczy i prowizoryczny system podtrzymywania życia za sobą, na nartach czy gąsienicach. Skafandry, hełmy, plecaki i inne urządzenia ozdobiono religijnymi totemami, często utrudniającymi podróż. Były to złote figury, krzyże, pagody, demony, węże, miecze, rycerze w zbrojach, smoki, potwory morskie, arki i sto innych rzeczy, których rozpoznaniem Rashmika nawet nie chciała się kłopotać. Wszystko zostało wykonane siłą mięśni, bez pomocy mechanicznego wsparcia. Nawet przy umiarkowanym ciążeniu Heli pielgrzymi uginali się z wysiłku. Każdy ich krok świadczył o krańcowym wyczerpaniu.
Coś przyciągnęło jej wzrok daleko — o ile mogła się zorientować — na południu. Spojrzała w tamtym kierunku, ale dostrzegła jedynie gasnącą aureolę: niebieskofioletową poświatę zapadającą za najbliższą linię wzniesień.
Chwilę później dojrzała następny błysk z tej samej strony. Był ostry i szybki jak mrugnięcie oka, ale pozostawił taką samą zanikającą jasność.
Trzeci błysk. Później nic.
Nie miała pojęcia, czym były te błyski, ale zgadywała, że miejsce, na które patrzy, nie może znajdować się daleko od pozycji katedr na Drodze Ustawicznej. Może była świadkiem operacji czyszczenia Drogi, o której wspominał kwestor.
Teraz działo się coś jeszcze, ale tym razem o wiele bliżej. Platforma z Obserwatorami przechylała się; zatrzymała się pod kątem trzydziestu stopni i jednym gładkim ruchem wszyscy Obserwatorzy usiedli z rozpiętymi kajdanami. Widok ten przestraszył Rashmikę. Wyglądało to na zsynchronizowane wstawanie armii somnambulików.
Potem minęła ją procesja takich samych zakapturzonych pielgrzymów. Wynurzali się z luku na dachu karawany, luku, którego wcześniej nie zauważyła. W tym samym czasie ci, którzy byli na platformie, schodzili z niej gęsiego zsynchronizowanymi ruchami i znikali w innym luku. Zanim wszyscy opuścili platformę, ich pozycje zajęła nowa partia Obserwatorów. Cała operacja zmiany szychty trwała może dwie minuty i trudno było sobie wyobrazić, że można ją było wykonać szybciej. Rashmika miała wrażenie, że walczono o zaoszczędzenie każdej sekundy, aby nie było żadnej przerwy w obserwowaniu Haldory. Potem zorientowała się, że to nieprawda, ponieważ nigdzie indziej na karawanie nie było oznak podobnej aktywności: inne platformy nadal leżały nachylone pod zwykłym kątem do obserwacji. Niewątpliwie zmiany zorganizowano tak, by przez cały czas przynajmniej jedna grupa Obserwatorów mogła śledzić znikanie Haldory.
Do tej pory nigdy nie przyszło jej na myśl, że Obserwatorzy mogą jakiś czas spędzać poza platformą. Widząc, jak posłusznie wracają gęsiego do karawany, zastanawiała się, czy zrobiono tak, gdyż Obserwatorów było zbyt wielu, czy też od czasu do czasu trzeba ich było zdejmować z platformy z powodów zdrowotnych.
Bez wątpienia sekwencja odległych błysków była zbiegiem okoliczności, ale podkreślała zmianę szychty w sposób, który Rashmika uznawała za lekko niepokojący. Ostatni raz, kiedy była tutaj na górze, czuła się tak, jakby podglądała jakąś religijną ceremonię. Teraz miała wrażenie, że została złapana w samym środku rytuału i że w jakiś sposób zbrukała jego świętość.
Ostatni z nowej partii Obserwatorów zajął swoją pozycję i platforma przechyliła się z powrotem pod takim samym kątem jak inne platformy, tak aby leżący spoglądali na Haldorę. Rashmika obróciła się i patrzyła, jak stara zmiana znika z powrotem w maszynie. Luk, z którego wynurzyła się nowa zmiana, zamknięto, ale drugi nadal stał otworem.
Rashmika podniosła wzrok na Obserwatorów na platformie. Wydawali się całkowicie obojętni na jej obecność, jakby wcale jej nie zauważyli.
Skierowała się w stronę drugiego luku. Cały czas obserwowała platformę, ale przy jej obecnym kącie nachylenia było niemal niemożliwe, by Rashmikę ktoś w ogóle zobaczył, a poza tym hełmy i kaptury Obserwatorów utrudniały im patrzenie.