Выбрать главу

— Jak teraz?

— Nigdy nie pływamy, kiedy Żonglerzy są tak ożywieni — wyjaśniła. — Nie są przewidywalni tak jak wasze skrobaczki. Straciliśmy wcześniej wielu pływaków, gdy Żonglerzy byli rozszalali tak jak teraz.

— Można by przypuszczać, że okoliczności wymagają ryzyka — stwierdził. — Ale z drugiej strony co ja mogę wiedzieć? Pracuję tylko w fabrykach żywności.

— Gdybyś był pływakiem, Malinin, z pewnością nie ryzykowałbyś pływania w taką noc jak ta.

— Prawdopodobnie masz rację — przyznał.

— Co masz na myśli?

Pomyślał o poświęceniu, którego był świadkiem. Ten wielki gest trudno mu było pojąć. Analizował wszystkie wydarzenia, ale nieoczekiwanie co i rusz stawał nad otchłanią odwagi i bezinteresowności. Przypuszczał, że żadne jego doświadczenie życiowe nie umniejszy tego, czego doznał na górze lodowej.

Śmierć Clavaina zawsze z nim będzie, jak odłamek szrapnela tkwiący w ciele, ostry, odczuwany przy każdym oddechu.

— Mam na myśli to, że jeśli bardziej bym się troszczył o swoje własne dobro niż bezpieczeństwo Araratu… to wtedy rzeczywiście, wahałbym się, czy mam pływać.

— Jesteś bezczelnym kutasem, Malinin. Nie masz pojęcia, o czym mówisz.

— Mylisz się — odparł jadowicie. — Mam niezłe pojęcie. Widziałem dzisiaj takie rzeczy, że powinnaś dziękować Bogu, że nie musiałaś tego oglądać. Wiem, co oznacza być dzielnym, Pellerin. A bardzo chciałbym nie wiedzieć.

— Słyszałam, że to Clavain był tym dzielnym — powiedziała.

— Czy mówiłem coś innego?

— Mówiłeś tak, jakby chodziło o ciebie.

— Byłem tam — oznajmił. — To wystarczy.

W głosie pływaczki dźwięczał wymuszony spokój.

— Wybaczę ci, Malinin. Wiem, że wszyscy przeszliście przez okropne rzeczy. Musiało ci to nieźle zamieszać w mózgu. Ale ja widziałam, jak dwóch moich przyjaciół topi się w mojej obecno ści. Obserwowałam, jak następnych dwoje roztapia się w morzu. Widziałam sześcioro, którzy skończyli w obozie psychiatrycznym. Ślinili się i bazgrali po ścianach krwią z koniuszków palców. Jedna z nich była moją kochanką. Nazywała się Shizuko. Kiedy odwiedzam ją w zakładzie, tylko na mnie patrzy, śmieje się i powraca do swych bazgrołów. Tyle dla niej znaczę, co pogoda. — Oczy Pellerin błysnęły, otwierając się szeroko. — Więc nie rób mi wykładu na temat odwagi, dobrze? Wszyscy widzieliśmy rzeczy, o których wolelibyśmy zapomnieć.

Jej spokój zburzył jego poczucie nieomylności. Uświadomił sobie, że się trzęsie.

— Przepraszam — powiedział cicho. — Nie powinienem był tego mówić.

— Postaraj się dojść do siebie — poradziła. — I nigdy, nigdy mi nie mów, że boimy się pływać, kiedy gówno o nas wiesz.

Pelerin odeszła. Stał sam, w myślach miał zamęt. Nadal widział linię łodzi, ale teraz wszystkie latarnie znajdowały się nieco dalej od brzegu.

DWADZIEŚCIA PIĘĆ

Ararat, 2675

Vasko narzucił zwykły brązowy płaszcz na mundur funkcjonariusza Bezpieczeństwa, zszedł z Wysokiej Konchy i niepostrzeżenie oddalił się w noc.

W powietrzu czuł napięcie, jakby nerwową ciszę przed burzą z piorunami. Ludzie sunęli falami przez wąskie, kręte wąwozy ulic oświetlonych latarniami. Ten pochód miał coś z atmosfery makabrycznego karnawału, nikt jednak nie śmiał się ani nie krzyczał; nad tłumem wznosił się tylko pomruk tysięcy głosów.

Nie dziwił się tej reakcji. Późnym popołudniem wydano oficjalne oświadczenie na temat śmierci Clavaina i teraz nowina dotarła chyba do całej kolonii. Ludzie zaczęli napływać jeszcze przed zachodem słońca i pojawieniem się świateł na niebie. Słusznie czuli, że w oficjalnym oświadczeniu czegoś brakuje. Nie wspomniano o Khouri ani o dziecku, nic nie powiedziano o bitwie toczącej się w bliskim kosmosie Araratu, obiecano tylko, że z czasem podane zostaną dalsze informacje.

Wkrótce potem wyruszyła na morze spontaniczna procesja łodzi. Funkcjonariusze Bezpieczeństwa na próżno starali się powstrzymać łodzie przed opuszczaniem kolonii. Nigdy nie szkolono ich w zakresie stopowania masowego obywatelskiego nieposłuszeństwa i koledzy Vaska mogli co najwyżej opóźniać ten exodus. Zewsząd dochodziły meldunki o zamieszkach, pożarach i grabieżach. Oddziały Bezpieczeństwa musiały dokonywać aresztowań. Aktywność Żonglerów — której znaczenia nie do końca rozumiano — nie zmniejszała się.

Vasko cieszył się, że został zwolniony z wszelkich planowych obowiązków. Teraz wędrował przez tłumy i słuchał pogłosek. Wiadomość, że Clavain został zabity w ostatecznie udanej, ważnej dla kolonii misji, obrosła wieloma warstwami spekulacji i kłamstw. Niektóre z plotek niezwykle pomysłowo opisywały rzekome szczegóły śmierci starca.

Udając niewiedzę, Vasko zatrzymywał grupki ludzi i pytał, co się dzieje. Pilnował, by nikt nie dostrzegł jego munduru i by żadna z osób w grupie go nie znała.

Z powagą — choć zdegustowany — słuchał obrazowych opisów walki na broń ręczną, zamachów bombowych, podstępów i sabotaży. Z przerażeniem odkrył, jak łatwo wysnuto te historie jedynie z faktu, że Clavain nie żyje. Tłum wykazywał chorą zbiorową wyobraźnię.

Przygnębiało go to, że słuchacze tak ochoczo akceptują te opowieści i ubarwiają je własnymi sugestiami. Nikt się nie przejmował, że te opowieści często przeczyły sobie nawzajem. Kilka razy z niedowierzaniem usłyszał, że Scorpio czy jakiś inny starszy kolonii zginął razem z Clavainem. Fakt, że te osoby już pojawiły się publicznie i wygłosiły krótkie, uspokajające komunikaty, wcale się nie liczył. Zrezygnowany Vasko zdał sobie sprawę, że nawet gdyby zaczął relacjonować dokładny przebieg wydarzeń, nie uwierzono by mu bardziej niż krążącym obecnie kłamstwom. W istocie nie widział samego momentu śmierci, więc jego historia nosiłaby piętno opowieści z drugiej ręki. Uznano by ją za nieinteresującą, zbyt ogólnikową.

Dzisiaj ludzie pragnęli wyrazistego bohatera i tworzyli go dzięki spontanicznemu procesowi budowania opowieści.

Przepychał się właśnie przez tłum, kiedy usłyszał, że ktoś go woła.

— Malinin!

Przez chwilę lokalizował źródło głosu. W tłumie stała kobieta. Motłoch opływał ją dookoła, nie naruszając określonego przez nią obszaru przestrzeni osobistej. Miała na sobie czarny płaszcz z puszystym kołnierzem z czarnego futra. Jej czoło zakrywała czarna czapka bez żadnych wzorów ani napisów.

— Urton? — spytał niepewnie.

— To ja — odpowiedziała, podchodząc do niego bliżej. — Zgaduję, że też dostałeś wolną noc. Dlaczego więc nie siedzisz w domu i nie odpoczywasz?

Coś w jej tonie sprawiło, że przyjął postawę obronną. Czuł, że stale jest przez nią oceniany na dwóję.

— Mógłbym ci zadać to samo pytanie.

— Bo wiem, że nie miałoby to sensu. Muszę się uspokoić po tamtych wydarzeniach.

Postanowił wziąć tę udawaną uprzejmość za dobrą monetę. Zastanawiał się, dokąd go to zaprowadzi.

— Próbowałem zasnąć po południu — powiedział — ale słyszałem tylko wrzaski. Widziałem tylko krew i lód.

— Nawet cię tam nie było, gdy to się działo.

— Wiem. Wyobraź sobie, jakie to musi być straszne dla Scorpia. Teraz, kiedy Urton stała obok, dzielił z nią tę samą przestrzeń spokoju, którą zakreśliła. Zastanawiał się, jak to zrobiła. Raczej nieprawdopodobne, żeby sunący obok ludzie wiedzieli, kim jest Urton. Wywoływała u nich chyba podświadomy dreszcz złego przeczucia.

— Przykro mi że, musiał to zrobić — powiedziała Urton.