— Nie jestem pewien, jak to zniesie na dłuższą metę. Byli bardzo bliskimi przyjaciółmi.
— Wiem.
— To nie była zwykła stara przyjaźń — rzekł Vasko. — Clavain ocalił kiedyś Scorpiowi życie, gdy Scorpio miał być stracony. Ich związek ciągnął się od Chasm City. Nie sądzę, by na tej planecie Clavain szanował kogoś tak jak Scorpia. I Scorpio o tym wiedział. Udałem się z nim na wyspę, gdzie żył Clavain. Słyszałem, jak rozmawiają. Przypominali dwóch poszukiwaczy przygód, którzy mnóstwo razem przeżyli i wiedzą, że nikt inny w pełni ich nie zrozumie.
— Scorpio nie jest taki stary.
— Jest — zaprzeczył Vasko. — W każdym razie, jak na świnię. Urton prowadziła go przez tłum, ku wybrzeżu. Tłum zaczął się przerzedzać, a ciepła nocna bryza z solanką szczypała w oczy. Nad głową dziwne światła kreśliły zawiłe motywy na horyzoncie. Bardziej przypominało to szczegółową lekcję geometrii na wielką skalę niż pokaz sztucznych ogni czy zorzę.
— Niepokoisz się, że ta świadomość go zniszczy, prawda? — spytała Urton.
— Jakbyś się czuła, gdybyś musiała zamordować swego najlepszego przyjaciela z zimną krwią? Powoli, przed publicznością.
— Chyba niezbyt dobrze. Ale przecież nie jestem Scorpiem.
— Co ma znaczyć takie stwierdzenie?
— Kompetentnie nam przewodził podczas nieobecności Clavaina i wiem, że masz o nim dobre zdanie, ale to nie czyni z niego anioła. Już mówiłeś, że świnia i Clavain znają się jeszcze z Chasm City.
Vasko patrzył, jak światła ślizgają się przez zenit, rysując koliste wzory, jak te, które widział czasami, gdy przyciskał palcami zamknięte powieki.
— Tak — przyznał niechętnie.
— Jak sądzisz, co Scorpio robił w Chasm City? Nie zajmował się karmieniem biednych i potrzebujących. Był przestępcą, mordercą.
— Łamał prawo w czasach, kiedy prawo było brutalne i nie ludzkie.
— Owszem, była tam wojna. Studiowałam te same podręczniki historii co ty. Tak, prawo stanu wyjątkowego było drakońskie, ale czy usprawiedliwia to morderstwa? Nie mówimy o samoobronie czy własnych interesach. Scorpio mordował dla sportu.
— Był zniewolony i torturowany przez ludzi — powiedział Vasko. — I ludzie zrobili z niego to, czym teraz jest.
— Więc to go usprawiedliwia?
— Niezupełnie rozumiem, do czego zmierzasz, Urton.
— Chcę tylko powiedzieć, że Scorpio nie jest takim wrażliwym osobnikiem, jakim chciałbyś go widzieć. Tak, jestem pewna, że jest wytrącony z równowagi tym, co zrobił Clavainowi…
— Do czego został zmuszony — poprawił ją Vasko.
— Nieważne. Wniosek jest taki sam: pogodzi się z tym, tak jak pogodził się ze wszystkimi popełnionymi przez niego okrucieństwami. — Podniosła daszek czapki i przyglądała się Vaskowi dokładnie, jakby szukała jakiegoś zdradzieckiego tiku na jego twarzy. — Wierzysz w to?
— Nie jestem tego taki pewien.
— Musisz w to wierzyć, Vasko. — Przestała nazywać go Malininem. — Ponieważ alternatywą jest zwątpienie w jego zdolności przywódcze. Nie posunąłbyś się tak daleko, prawda?
— Nie, oczywiście, że nie. Bezgranicznie wierzę w jego przywództwo. Spytaj tutaj kogokolwiek, a uzyskasz taką samą odpowiedź. I wiesz co? Jest prawdziwa.
— Oczywiście, że jest.
— A co z tobą, Urton? Wątpisz w niego?
— Absolutnie nie — odparła. — Szczerze mówiąc, wątpię, czy z powodu dzisiejszych wydarzeń choć trochę będzie go trapiła bezsenność.
— Strasznie surowa ocena.
— Chcę, aby była surowa. Chcę, żeby on był bezwzględny. O to właśnie chodzi. Dokładnie tego oczekujemy teraz od lidera. Zgadzasz się?
— Nie wiem. — Czuł, jak ogarnia go wielkie znużenie. — Wiem tylko, że nie chcę rozmawiać o tym, co się dzisiaj zdarzyło. Wy szedłem rozjaśnić umysł i zapomnieć.
— Ja też — powiedziała Urton i głos jej złagodniał. — Przepraszam. Nie chciałam rozgrzebywać tego, co się stało. Przypuszczam, że taka rozmowa jest moim sposobem radzenia sobie z tym. To nas wszystkich bardzo udręczyło.
— Owszem. Skończyłaś? — Czuł, jak wzbiera w nim gniew, zalewający szkarłatną falą jego uprzejmość. — Wczoraj i dzisiaj miałem wrażenie, że nie możesz znieść przebywania ze mną na tej samej półkuli, nie mówiąc już o tym samym pokoju. Skąd ta nagła zmiana nastawienia?
— Ponieważ żałuję, że tak się zachowywałam.
— Pozwól, że wyrażę swoje zdanie: sądzę, że to trochę zbyt późno na refleksje.
— W taki sposób sobie radzę, Vasko. Nie było w tym żadnej osobistej urazy.
— Ach, wiedząc o tym, czuję się znacznie lepiej.
— Udawaliśmy się z niebezpieczną misją. Szkoliliśmy się do niej. Wszyscy znaliśmy się wzajemnie i wiedzieliśmy, że możemy na siebie liczyć. I nagle w ostatniej minucie pojawia się osoba, której nie znam, ale mam jej powierzyć swe życie. Mogę wymienić kilkunastu oficerów Bezpieczeństwa, którzy mogliby zająć twoje miejsce w tamtej łodzi i z którymi czułabym się bezpieczniej, gdyby pilnowali moich pleców.
Prowadziła go ku wybrzeżu, gdzie tłum rzedł. Ciemne kształty łodzi zasłaniały gęstniejący mrok między lądem a wodą. Niektóre były zacumowane, gotowe do odpłynięcia, inne stały na lądzie.
— To Scorpio włączył mnie do misji — powiedział Vasko. — Kiedy już podjęto decyzję, powinnaś była z tym się pogodzić. A może nie ufasz jego osądowi?
— Pewnego dnia znajdziesz się na moim miejscu, Vasko, i też ci się to nie spodoba. Wtedy przyjdź do mnie i wygłoś mi wykład o ufaniu osądom, a zobaczysz, jak brzmi przekonująco. — Urton spojrzała w niebo, które przecinała od horyzontu do horyzontu cienka szkarłatna linia. Uniknęła odpowiedzi na jego pytanie. — To jakoś źle wyszło. Nie zawołałam cię w tłumie po to, by rozpocząć nową potyczkę. Chciałam powiedzieć: przepraszam. Chciałam również wytłumaczyć, dlaczego wtedy zachowałam się w ten sposób.
Trzymał gniew na wodzy.
— Dobra.
— I przyznaję, że się myliłam.
— Nie mogłaś wiedzieć, co się za chwilę wydarzy — odparł. Wzruszyła ramionami i westchnęła.
— Nie, raczej nie. Bez względu na to, co mówią, pokazał, że kiedy należało narażać życie, zrobił to.
Dotarli do łodzi. Większość z tych, które jeszcze pozostały na lądzie, miała podziurawione kadłuby, zżarte przez morskie organizmy. Kiedyś wraki zostaną odciągnięte do fabryki, gdzie zrobi się z nich nowe pojazdy. Metalurdzy pedantycznie wykorzystają każdy kawałek metalu. Ale odzyskana ilość nigdy nie będzie równa tej w oryginalnych łodziach.
— Spójrz. — Urton wskazała na zatokę. Vasko skinął głową.
— Wiem. Już otoczyli statek.
— Nie to mam na myśli. Spójrz nieco wyżej, Sokole Oko. Widzisz ich?
— Tak — powiedział po chwili. — Widzę. Boże. Nie uda im się. Wokół podstawy statku mrugały świetlne iskierki, nieco wyżej niż kołyszący się pierścień łodzi, który Vasko zauważył wcześniej. Oceniał, że wspięły się najwyżej kilkadziesiąt metrów nad poziom morza. Nad nimi były jeszcze tysiące metrów.
— W jaki sposób się wspinają? — spytał.
— Widziałeś, jak statek wygląda z bliska. Jest jak krusząca się skalna ściana, pełna uchwytów i półek. Prawdopodobnie nie jest to takie trudne.
— Ale najbliższe wejście musi być co najmniej setki metrów nad poziomem morza. Samoloty zawsze lądują przy wierzchołku. Nie uda im się — powtórzył. — Są szaleni.
— Nie są szaleni, tylko przestraszeni. Naprawdę bardzo prze straszeni. Jednak odpowiedzmy sobie na pytanie: czy nie powinniśmy do nich dołączyć?