Выбрать главу

Digby i wielebna Pedure słuchali z otwartymi paszczami wywodów taty, który z coraz większym zapałem rozwijał swoją teorię. Digby zawsze lubił część audycji poświęconą nauce, a teraz siedział jak zahipnotyzowany.

Pedure z kolei… szybko otrząsnęła się z szoku. Albo słyszała to już wcześniej, albo uznała za pomysł niedorzeczny i niegodny jej uwagi.

Wskazówki zegara zawieszonego na ścianie sali nagraniowej odmierzały ostatnie minuty dzielące ich od orgii reklam, którymi zawsze kończyła się audycja. Wyglądało na to, że to tata będzie miał ostatnie słowo… Viki była jednak pewna, że wielebna Pedure obserwuje zegar uważniej 2niż ktokolwiek inny w studiu, czekając na jakąś strategiczną, starannie wybraną chwilę.

I rzeczywiście, kilkanaście sekund później Pedure pochwyciła mikrofon i przemówiła na tyle głośno, by zagłuszyć słowa Sherkanera.

— Bardzo interesujące, ale kolonizacja przestrzeni między gwiazda mi z pewnością leży poza możliwościami obecnego pokolenia.

Tata machnął lekceważąco rękami.

— Być może, ale…

Wielebna Pedure kontynuowała, pytając z akademickim zaciekawieniem:

— Więc wielka zmiana naszych czasów polega jedynie na podboju następnej Ciemności, tej, która kończy obecny cykl słońca?

— Zgadza się. My wszyscy — również wszyscy, którzy słuchają tej audycji — nie będziemy potrzebowali już otchłani. Wszystkie wielkie miasta otrzymają dość energii, by utrzymać odpowiednią temperaturę przez ponad dwa wieki — przez całą Ciemność. Więc…

— Rozumiem. Wiąże się to z wielkimi projektami budowlanymi, jakimiś kopułami, w których zamknięto by miasta?

— Tak. Potrzebne będą też odpowiednio duże farmy i…

— I to jest także jeden z powodów, dla którego chce pan stworzyć dodatkowe pokolenie dorosłych. Dlatego propaguje pan narodziny poza fazą.

— Och, niezupełnie. To po prostu jedna z cech nowej sytu…

— Zatem Akord wkroczy w nadchodzącą Ciemność z setkami milionów żywych ludzi. A co z resztą świata?

Tata zrozumiał wreszcie, że może mieć poważne kłopoty.

— Hm, ale inne zaawansowane technicznie kraje mogą zrobić to sa mo. Biedniejsze nacje będą miały swoje konwencjonalne otchłanie, a ich przebudzenie nadejdzie później.

Teraz głos Pedure dźwięczał twardo, jakby ta pewna już była wygranej.

— „Ich przebudzenie nadejdzie później”. Podczas Wielkiej Wojny cztery osoby pokonały najpotężniejszy kraj świata. W czasie następnej Ciemności będą ich miliony. To wygląda jak przygotowania do największej masakry w historii.

— Nie, to wcale nie tak. Nie zrobilibyśmy…

— Przykro mi, ale nasz czas dobiegł już końca.

— Ale…

Digby nie zważał na protesty taty.

— Dziękuję państwu za wizytę w studio… — ple, ple, ple.

Pedure wstała z miejsca, gdy tylko Digby oficjalnie zakończył audycję.

Mikrofony zostały już wyłączone, Viki nie mogła więc słyszeć jej słów.

Wielebna najwyraźniej wymieniała uprzejmości z prowadzącym. Tata miał bardzo niewyraźną minę. Kiedy wielebna Pedure przechodziła obok niego, poderwał się z grzędy i ruszył za nią, coś jej tłumacząc i żywo gestykulując.

Jedyną reakcją Pedure był uśmiech wyższości.

Tymczasem Didi Ultmot przesuwała dźwignie, nagłaśniając najważniejszą część programu, reklamy. Wreszcie odwróciła się od pulpitu. Jej oblicze wyrażało zdumienie i zakłopotanie zarazem.

— Wiecie co, wasz tata ma naprawdę… dziwne… pomysły.

W głośnikach rozbrzmiały głośne akordy — prawdopodobnie pajęcza muzyka — potem dołączyły do nich słowa.

— Ostre ręce to szczęśliwe ręce. Używajcie cynowych…

Reklamy były czasami najciekawszym punktem programów Radia Princeton. Odświeżacz pancerza, gładzik do oczu, nogawice — nazwy niektórych produktów miały nawet jakiś sens, w odróżnieniu od punktów sprzedaży. Inne wydawały się bezsensownymi zbitkami słów, szczególnie jeśli był to jakiś nieznany do tej pory produkt, a przekładu dokonywał podrzędny tłumacz.

Tak właśnie było dzisiaj. Reung, Broute iTrbda siedzieli nieruchomo, odcięci od strumienia słów. Opiekunowie biegli już, by sprowadzić ich ze sceny. Dziś także tłum zgromadzony w saloniku Benny’ego zupełnie ignorował reklamy.

— Dzieci były zabawniejsze, ale…

— Słyszeliście, co mówił o lotach kosmicznych? Ciekawe, czy to wpły nie jakoś na harmonogram. Jeśli…

Ezr nie zwracał uwagi na rozmowy. Nadal wpatrywał się w ścianę, nieświadom tego, co dzieje się wokół. Trucia wyglądała gorzej niż zwykle.

Wydawało mu się, że widzi na jej twarzy złość i rozpacz. Często miał takie wrażenie, ale Reynolt twierdziła, że to zachowanie to nic innego, jak pragnienie szybkiego powrotu do pracy.

— Ezr? — Ktoś dotknął delikatnie jego ramienia. Qiwi. Podczas programu musiała wśliznąć się niezauważenie do saloniku. Robiła to już wcześniej, oglądała program zaszyta gdzieś w kącie, milcząca. Teraz miała czelność zachowywać się jak przyjaciółka. — Ezr, ja…

— Poczekaj. — Ezr odwrócił się od niej.

Patrzył więc prosto na Trixię, kiedy to się wydarzyło; opiekunowie usunęli Broute’a z pokoju. Kiedy prowadzili Xopi Reung obok Trixii, ta krzyknęła przeraźliwie, poderwała się z krzesła i zacisnąwszy pięści, uderzyła młodszą kobietę w twarz. Xopi odleciała do tyłu, wyrywając się z uścisku opiekuna. Przez moment wpatrywała się w osłupieniu w krew płynącą z jej nosa, potem otarła twarz wierzchem dłoni. Tymczasem drugi technik pochwycił rozkrzyczaną Trixię, nim ta mogła znów zrobić komuś krzywdę. Słowa Trixii przedostały się jakoś na ogólny kanał audio.

— Zła Pedure! Giń! Giń!

— O Boże. — Trud Silipan poderwał się z miejsca i przepychał przez tłum w stronę wyjścia. — Reynolt się wścieknie. Muszę wracać do Hammerfest.

— Idę z tobą. — Ezr minął Qiwi i zanurkował do drzwi. W saloniku jeszcze przez moment panowała pełna zdumienia cisza, potem wszyscy zaczęli mówić jednocześnie…

…ale Ezr był już wtedy daleko, ścigał Silipana. Szybko pokonali korytarz, zmierzając do śluz taksówek. Silipan zatrzymał się przy wejściu, wystukał coś na planerze, potem odwrócił się do Ezra.

— A wy dwaj czego chcecie?

Ezr obejrzał się przez ramię, zobaczył Phama Trinli, który także opuścił salonik Benny’ego, i ruszył za nimi.

— Muszę tam pójść, Trud — powiedział Ezr. — Muszę zobaczyć Trixię.

Trinli także wyglądał na zmartwionego.

— Czy to wpłynie jakoś na naszą umowę, Silipan? Będziemy musieli upewnić się…

— O cholera. Tak, trzeba się będzie nad tym zastanowić. Dobrze.

Chodź. — Spojrzał na Ezra. — Ty nie. I tak w niczym nie pomożesz.

— Idę tam, Trud. — Ezr uniósł zaciśnięte pięści, naparł całym ciałem na Silipana.

— Dobra, już dobra! Tylko nie wchodź nam w drogę. — Po chwili zamek śluzy zamrugał na zielono i wszyscy znaleźli się we wnętrzu pojazdu.