Twardogłowi z nawigacji byli całkowicie zdrowi. Szpiedzy Brughla zaatakowani zostali w umiarkowanym stopniu. Pham obserwował wszystkie poczynania Reynolt, starał się zapamiętać każdy szczegół, każdą wskazówkę. Gdybym mógł zrobić coś podobnego z siecią wspierania LI, gdybymmógł unieszkodliwić ludzi Brughla…
Annę Reynolt jakby była wszędzie. Wszyscy technicy zasięgali jej opinii. To ona uratowała większość fiksatów Ritsera; to ona doprowadziła do ponownego wznowienia działalności Strychu. Pham uświadomił sobie, że bez Annę Reynolt być może nie udałoby się niczego ocalić. W rodzimym układzie słonecznym tego rodzaju sytuacje stanowiły zapewne normalną rzecz. Tam istniały uniwersytety, z których czerpano materiał ludzki, setki klinik, w których fiksowano nowo stworzonych specjalistów. Tutaj, dwadzieścia lat świetlnych od cywilizacji Emergentów, sytuacja wyglądała całkiem inaczej. Drobne niepowodzenia mogły nabrać niebezpiecznych rozmiarów… a bez pomocy jakiegoś nieprawdopodobnie kompetentnego zarządcy, bez Annę Reynolt, operacja Tomasa Nau mogła zakończyć się fiaskiem.
Mózg Xopi Reung przestał funkcjonować wkrótce po tym, jak wyciągnięto ją z MRI. Reynolt przerwała na chwilę pracę przy ponownym uruchamianiu Strychu, próbowała ratować tłumaczkę. Bez powodzenia. Sto sekund później pleśń zaatakowała pień mózgu Reung… a reszta nie miała już znaczenia. Reynolt jeszcze przez sekundę patrzyła na nieruchome ciało, marszcząc brwi. Potem kazała technikom wynieść je na zewnątrz.
Pham patrzył, jak technicy wynoszą z kliniki Trixię Bonsol. Nadal żyła, odprowadzała ją sama Reynolt.
Trud Silipan ruszył za nią do drzwi. Nagłe jakby przypomniał sobie o dwójce towarzyszy. Gestem przywołał ich do wyjścia.
— Dobra, Trinli, koniec przedstawienia.
Twarz Silipana była blada i posępna. Bezpośrednia przyczyna ucieczki pleśni nadal pozostawała nieznana; musiała to być jakaś niejasna interakcja między fiksatami. Wykorzystanie sieci twardogłowych przez Silipana — pytanie zadane przezeń na początku debaty — powinno było być równie nieszkodliwe jak wykorzystanie zasobów informacyjnych. Trud miał jednak wyjątkowego pecha. Nawet jeśli jego pytanie nie wywołało wycieku, to było z nim mocno związane. Gdyby to Queng Ho badali tę sprawę, postępek Silipana byłby tylko dodatkową wskazówką. Niestety Emergenci definiowali grzech i winę w zupełnie inny sposób.
— Nic ci nie będzie, Trud?
Silipan wzruszył ramionami i gestem wyprosił ich z kliniki.
— Wracajcie do kwater… a ty dopilnuj, żeby Vinh dał na razie spokój swojej fiksatce. — Potem odwrócił się i ruszył za Reynolt.
Pham i Vinh przemierzali puste korytarze Hammerfest, śledzeni przez wszechobecne oczy szpiegów. Vinh milczał. W pewnym sensie dzisiejszy dzień był dlań najtragiczniejszy od wielu lat, prawdopodobnie od śmierci Jimmy’ego Diema. Jak na potomka w ntym pokoleniu Ezr Vinh miał niepokojąco znajomą twarz. Przypominał Phamowi młodego Ratko; miał też sporo cech Sury. Nie była to miła myśl. Może podświadomość próbujemi coś powiedzieć… Tak. Nie tylko w klinice, ale przez całą wachtę. Ten dzieciak często zerkał na niego… a spojrzenia te raczej wyrażały zaciekawienie niż pogardę. Pham sięgnął myślą wstecz, przypominając sobie zachowanie Trinlego. Z pewnością trochę ryzykował, tak mocno interesując się fiksacją. Podejrzane układy z Trudem stanowiły jednak dobry pretekst. Nie, nawet wtedy gdy stali w klinice, a umysł Phama był całkowicie skoncentrowany na Reynolt i Bonsol — nawet wtedy wyglądał tylko jak nieco oszołomiony, stary szarlatan, który martwi się jedynie o swoje interesy. A jednak ten młody Vinh jakoś go przejrzał. Jak? I co z tym zrobić?
Wyszli z głównego korytarza pionowego i ruszyli w dół korytarza, do śluz taksówek. Płaskorzeźby stworzone przez fiksatów były wszędzie, na sufitach, ścianach, podłogach. Miejscami diamentowe ściany miały zaledwie kilka centymetrów grubości. Błękitne światło — światło Arachny — sączyło się łagodnie przez kryształ, mocniejsze lub słabsze w zależności od głębokości rzeźby. Ponieważ diamenty w LI zawsze zwrócone były tą samą stroną do Arachny, natężenie światła nie zmieniało się od lat. Być może w innych okolicznościach Pham Nuwen zachwycałby się tą sztuką, lecz wiedział, jak ją stworzono. Wachta po wachcie przemierzał ten korytarz wraz z Trudem Silipanem i widział rzeźbiarzy pochylonych nad swą pracą. Nau i Brughel marnowali życie zwykłych fiksatów, by stworzyć to dzieło. Pham przypuszczał, że co najmniej dwoje z nich umarło już ze starości. Pozostali także byli dziś nieobecni, być może kończyli rzeźby w mniejszych korytarzach.
Kiedy ja to przejmę, wszystko się zmieni. Fiksacja była straszliwym narzędziem, którego należało używać tylko w naprawdę krytycznych sytuacjach.
Przeszli bocznym korytarzem o ścianach wyłożonych drewnem. Korytarz ten prowadził do prywatnych kwater Tomasa Nau.
Była tam Qiwi Lin Lisolet. Usłyszała ich z dala czy widziała, jak wychodzą z kliniki? Tak czy inaczej, musiała czekać już od dłuższego czasu, stała bowiem stopami na podłodze, jak przy normalnej grawitacji planetarnej.
— Ezr, proszę. Możemy porozmawiać przez chwilę? Nigdy nie przy puszczałam, że te audycje…
Vinh leciał przed Phamem, zatopiony w myślach. Poderwał gwałtownie głowę, usłyszawszy Qiwi. Przez moment wydawało się, że nie zauważy jej i poleci dalej. Wtedy Qiwi przemówiła. Vinh odepchnął się od ściany, nurkując szybko w jej kierunku. Był to gest równie brutalny i wrogi, jak uderzenie pięścią w twarz.
— Hej, spokojnie! — krzyknął Pham i zmusił się do pozostania w miej scu, jakby nie potrafił podjąć szybko decyzji. Już raz zasadził się dzisiaj na tego chłopca, a tym razem sytuacja byłaby dla szpiegów aż nazbyt jed noznaczna. Poza tym Pham widział, jak Qiwi pracuje na zewnątrz. Miała lepszą kondycję niż ktokolwiek inny na LI, a do tego była urodzoną akrobatką. Może Vinh powinien dostać od niej porządną nauczkę i zrozumieć, że nie może wyładować gniewu na innych.
Lecz Qiwi nie broniła się, nawet nie drgnęła. Vinh wziął szeroki zamach i wymierzył jej siarczysty policzek, który odsunął ich od siebie na moment.
— O tak, porozmawiamy! — powiedział chrapliwym głosem. Znów ode pchnął się od ściany, dogonił Qiwi i uderzył ją po raz drugi. I znów Qiwi się nie broniła, nie podniosła nawet ręki, by osłonić twarz.
A Pham Nuwen leciał do przodu, nim zdążył nawet pomyśleć o tym, co robi. Jakaś część jego umysłu śmiała się zeń, kpiła ze starego głupca, który ryzykował lata maskarady, by obronić jedną dziewczynę. Lecz ta sama część zagrzewała go do czynu.