Vinh skinął w myślach głową, dumny z siebie. Może któregoś dnia Qiwi mu wybaczy, Trixia wróci do życia i …
ILU MAMY LUDZI? — wystukał do Księcia.
TAJEMNICA. TYLKO JA WTEM. KAŻDY MOŻE MÓWIĆ, ALE NIKT NIE ZNA NIKOGO INNEGO. Pauza. DO DZISIAJ.
Aha. Niemal idealna konspiracja. Członkowie mogli współpracować, ale nikt prócz księcia nie mógł zdradzić nikogo innego. Teraz wszystko będzie znacznie łatwiejsze.
JESTEM BARDZO ZMĘCZONY. CHCĘ SPAĆ. POROZMAWIAMY PÓŹNIEJ.
Pauza, Czy jego prośba była aż tak dziwna? Noc jest do spania.
DOBRZE. PÓŹNIEJ.
Kiedy powoli opuszczała go świadomość, Vinh wtulił się głębiej w hamak i uśmiechnął do siebie. Nie był sam. I przez cały czas sekret znajdował się tak blisko, bliżej niż na wyciągnięcie ręki. Zdumiewające!
Nazajutrz Vinh obudził się wypoczęty i dziwnie radosny. Hm… Co mogło go wprawić w taki stan?
Wsunął się do torby prysznicowej i namydlił. Wczorajszy dzień był tak posępny, tak wstydliwy. Gorzka rzeczywistość wracała do niego, choć zadziwiająco powoli. …Tak, miał pewien sen. To nie było takie niezwykłe, ale większość jego snów niosła ze sobą tylko ból i cierpienie. Vinh uruchomił suszenie i zawisł na chwilę w strumieniach ciepłego powietrza. Czego dotyczył ten sen?
Ach tak! Jeden z wariantów cudownej ucieczki, tym razem jednak nie skończył się źle. Nau i Brughel nie wyskoczyli z ukrycia w ostatniej chwili.
Więc jaka tym razem była ta sekretna broń? Ach, jak to we śnie, jakimś cudownym sposobem jego dłoń zamieniła się w łącze, przez które kontaktował się z głównym konspiratorem. Pham Trinli? Ezr zachichotał pod nosem. Niektóre sny są bardziej absurdalne od innych; dziwne tylko, że ten nadal wprawiał go w dobry nastrój.
Włożył ubranie i wyleciał na korytarz, rozpędzony odbijał się raz za razem od ścian, omijając tych, którzy poruszali się wolniej lub lecieli w przeciwnym kierunku. Pham Nuwen. Pham Trinli. Miliardy ludzi nosiły zapewne takie imię, setki okrętów zostały nazwane na cześć Phama Nuwena. Wspomnienia poszukiwań z poprzedniej nocy powoli przesączyły się do jego umysłu, przypomniał sobie wszystkie szalone pomysły, które zaprzątały jego umysł, nim położył się do łóżka.
Lecz prawda o kapitanie Parku nie była snem. Nim dotarł do salonu, poruszał się już wolniej.
Ezr wpłynął powoli do środka, przywitał się przy drzwiach z Hunte Wenem. Wśród obecnych panował raczej pogodny nastrój. Ezr dowiedział się wkrótce, że Reynolt przywróciła do służby wszystkich zainfekowanych fiksatów. Pham Trinli siedział pod sufitem i rozprawiał głośno o przyczynach wystąpienia wycieku i sposobach jego zahamowania. To był właśnie Pham Trinli, z którym Ezr miał do czynienia przez kilkanaście czy kilkadziesiąt sekund podczas każdej wachty od czasów zasadzki. Nagle sen i poszukiwania z poprzedniego wieczora zostały zredukowane do właściwej, zupełnie absurdalnej perspektywy.
Trinli musiał słyszeć, jak rozmawiał z Huntem. Stary oszust odwrócił się i przez chwilę patrzył na Vinha. Nic nie powiedział, nie skinął głową, nie zrobił nic, co mogłoby wzbudzić podejrzenia szpiegów. Lecz dla Ezra Vinha ta chwila trwała całą wieczność. W tej chwili zniknął stary Pham Trinli, gaduła i bufon, pojawił się ktoś o ogromnym autorytecie, ktoś, kto jednym spojrzeniem przypominał mu o rozmowie z minionej nocy. To nie był sen. Naprawdę nawiązali ze sobą łączność. A ten starzec naprawdę był zaginionym księciem Canberry.
Dwadzieścia siedem
-Ale to pierwszy śnieg. Nie chcesz zobaczyć? — Victory uderzyła w błagalny ton, który nie robił wrażenia na nikim prócz tego jednego starszego brata.
— Już się bawiłaś w śniegu.
Jasne, kiedy tata zabrał ich w podróż na daleką północ.
— Ale Brent! To pierwszy śnieg w Princeton. W radiu mówili, że po krył całe Poszarpańce.
Brent pochłonięty był swoją pracą, budowaniem coraz bardziej skomplikowanych konstrukcji z rurek, piast i profili. Sam nigdy by nawet nie pomyślał o wymknięciu się z domu. Pracował jeszcze przez kilkadziesiąt sekund, ignorując Viki. Właściwie Brent traktował tak wszystkie nieoczekiwane zdarzenia. Dobrze radził sobie z rękami, myślenie przychodziło mu jednak powoli. Poza tym był bardzo nieśmiały — gburowaty, mówili czasem dorośli. Nie poruszył głową, Viki wiedziała jednak, że na nią patrzy. Jego ręce poruszały się nieprzerwanie wokół modelu, budując nowe struktury lub zmieniając stare. Wreszcie Brent powiedział:
— Mieliśmy nigdzie nie wychodzić bez pozwolenia taty.
— Oj tam. Wiesz, że on jeszcze śpi. Ten poranek jest wyjątkowo zimny, ale nic nie zobaczymy, jeśli nie wyjdziemy już teraz. A o tatę się nie martw, zostawię mu wiadomość.
Gokna długo by się z nią spierała, zbijała każdy jej argument równie logicznym i sprytnym uzasadnieniem. Jirlib rozgniewałby się, słysząc taką propozycję. Brent nie spierał się jednak ani nie złościł. Jeszcze przez kilka minut pracował nad swoim modelem, część jego uwagi zajęta była Viki, część konstrukcją rosnącą pod jego rękami, część widokiem za oknem, gdzie ciągnęły się ośnieżone górskie szczyty. Ze wszystkich jej braci i sióstr tylko on naprawdę nie chciałby tam pójść. Z drugiej strony był jedynym, którego udało jej się dzisiaj znaleźć, a wyglądał nawet poważniej niż Jirlib.
Po kilku kolejnych minutach oświadczył wreszcie:
— Cóż, dobrze, skoro tego chcesz. — Victory uśmiechnęła się w duchu; od początku pewna była zwycięstwa. Przechytrzenie kapitana Downinga mogło być trudniejsze, choć i tu nie spodziewała się większych proble mów.
Był wczesny ranek. Promienie słońca nie dotarły jeszcze do ulic położonych poniżej Domu na Wzgórzu. Victory smakowała kryształowo czyste, zimne powietrze, każdy oddech, który przenikał jej klatkę piersiową delikatnym kłuciem. Kwiaty i leśne wróżki nadal leżały zwinięte ciasno w gałęziach drzew; być może w ogóle nie zamierzały wyjść dzisiaj na zewnątrz. W szronie najzimniejszych zagłębień pojawiły się kryształowe robaki. Ci odważni, mali pionierzy nie mieli przed sobą długiego żywota — w zeszłym roku Viki przygotowywała audycję radiową na ich temat, wiedziała więc, jak wygląda ich rozwój. Te najmniejsze robaki mogły żyć tylko wtedy, gdy przez cały dzień temperatura utrzymywała się na odpowiednio niskim poziomie. Nawet gdy taka sytuacja stawała się normą, musiało minąć jeszcze sporo czasu, by się przystosowały.
Viki maszerowała szybko przez zimny poranek, bez trudu dotrzymując kroku starszemu bratu. O tak wczesnej porze ulice były niemal całkiem puste. Gdyby nie odgłosy dalekiej budowy mogłaby sobie wyobrazić, że są zupełnie sami, że miasto zostało opuszczone przez wszystkich mieszkańców. Próbowała wyobrazić sobie, jak będzie to wyglądać w przyszłości, kiedy będą mogli wychodzić na zewnątrz w najgorszych nawet warunkach, jak ich tata podczas wojny z Tieferami. Przez całą drogę w dół wzgórza Viki rozwijała tę ideę, dopasowując każdy element mroźnego poranka do swej fantastycznej wizji. Brent słuchał jej z uwagą, podsuwając od czasu do czasu pomysły, które zdumiałyby większość dorosłych przyjaciół taty. Brent wcale nie był taki tępy i miał naprawdę bujną wyobraźnię.
Poszarpańce znajdowały się w odległości trzydziestu mil od Domu na Wzgórzu, za wysokim zamkiem króla, po drugiej stronie miasta. Nie mogli nawet marzyć o tym, by dotrzeć tam na piechotę. Dziś jednak wielu ludzi wybierało się w góry najbliższe Princeton. Pierwszy śnieg zawsze stanowił okazję do zabaw i festynów, choć oczywiście trudno było przewidzieć, kiedy nadejdzie. Viki wiedziała, że gdyby synoptycy spodziewali się dzisiaj tak dużych opadów, tata wstałby wcześniej, a mama przyleciałaby z Dowództwa Lądowego. Wycieczka w góry stałaby się ważnym rodzinnym wydarzeniem, ale nie byłaby ani w połowie tak ekscytująca jak wyprawa na własną rękę.