Выбрать главу

Przedsmak przygody czekał ich już na dole wzgórza. Brent miał teraz szesnaście lat i był dość duży jak na swój wiek. Mógł uchodzić za dziecko z fazy. Często już wcześniej wychodził sam do miasta. Powiedział, że wie, gdzie zatrzymują się autobusy ekspresowe. Dzisiaj jednak nie kursowały żadne autobusy, na ulicach z rzadka tylko pojawiały się jakiekolwiek samochody. Czyżby wszyscy już wyjechali w góry?

Brent maszerował od przystanku do przystanku, coraz mocniej poirytowany. Viki szła za nim w milczeniu, choć raz nie czyniąc żadnych sugestii; Brent miał o sobie tak niskie mniemanie, że rzadko przejawiał jakąkolwiek inicjatywę. Viki było bardzo przykro, gdy w takich sytuacjach okazywało się, że popełnił jakiś błąd. Po trzecim falstarcie Brent przysiadł w miejscu. Przez moment Viki myślała, że zamierza czekać na pustym przystanku aż do skutku — nie była to szczególnie miła perspektywa. Znajdowali się na zewnątrz już od godziny, a nie widzieli jeszcze nawet autobusu miejskiego. Może powinna jednak zająć się tym problemem… Po minucie jednak Brent wstał i ruszył na drugą stronę ulicy.

— Założę się, że robotnicy z Wielkiej Budowy nie dostali dzisiaj wolnego. To tylko o milę na południe stąd. Tam zawsze jeżdżą autobusy.

Ha. Właśnie to miała zaproponować Viki. Chwała cierpliwym.

Na ulicy nadal zalegał poranny cień. Tu i tam, w co ciemniejszych zagłębieniach szron był tak głęboki, że mógł właściwie uchodzić za śnieg. Szli przez zaniedbany, zapuszczony tereny na którym rosły tylko jakieś kłącza i chwasty. W gorące, wilgotne dni pomiędzy sztormami roiłoby się tutaj od muszek i pijaków.

Po drugiej stronie ulicy ciągnęły się wielopiętrowe magazyny. Panowały tu cisza i bezruch, tylko ziemia drżała lekko, wstrząsana wielkimi maszynami Kopaczy. Przez bramę budowy wjeżdżały i wyjeżdżały ciężarówki. Po jakimś czasie Viki i Brent stanęli przed ogrodzeniem, za którym mogli przebywać tylko pracownicy budowy. Viki pociągnęła starszego brata za rękę, namawiając go, by przeczołgali się pod ogrodzeniem.

— Hej, bez naszego taty nie byłoby tego wszystkiego. Mamy prawo to zobaczyć! — Brent nigdy nie przyjąłby takiej argumentacji, ale jego mała siostra była już po drugiej strome ogrodzenia. Musiał iść, by ją ochraniać.

Przeczołgali się obok wysokich stosów stali zbrojeniowej i stert kamieni. To miejsce wydawało się dziwnie obce i niebezpieczne. W Domu na Wzgórzu wszystko było tak bezpieczne, tak uporządkowane…Tutaj znajdowały się setki intrygujących miejsc, w których ktoś nieostrożny mógłby stracić nogę czy oko. Ba, gdyby przewrócić jedną z tych wielkich płyt, zgniotłaby człowieka na miazgę. Wszystkie te przerażające i… ekscytujące wizje rysowały się jasno w umyśle Viki. Ostrożnie podkradli się na skraj kesonu, unikając spojrzeń robotników i okazji do spowodowania groźnego wypadku.

Krawędź kesonu zabezpieczona była tylko prowizorycznym sznurkowym ogrodzeniem. Jeśli chcesz jeszcze pożyć, nie spadaj stąd! Viki i jej brat przylgnęli mocniej do gruntu i wysunęli głowy ponad skraj przepaści.

Musieli odczekać chwilę, aż ich wzrok przywyknie do ciemności. Fale rozgrzanego powietrza wędrujące w górę otchłani niosły ze sobą zapach palonego oleju i gorącego metalu, tak intensywny, że Viki kręciło się od niego w głowie. I dźwięki; krzyki robotników, zgrzyt metalu o metal, dziwne syczenie. Viki przesunęła się jeszcze trochę do przodu, opuszczając niżej głowę. W półmroku jarzyły się dziwne, niesamowite światła. Viki widziała już kiedyś małe lampy łukowe w laboratorium taty. Te były ogromne; rozpalone kolumny światła emitowały kolory, które można ujrzeć wyraźnie tylko na dysku słońca. Blask odbijał się od zakapturzonych robotników, lekko przygasał, to znów przybierał na sile… Obok płonęły także lampy elektryczne, które rzucały kręgi jednolitych barw w różnych punktach otchłani. Do Ciemności zostało jeszcze dwanaście lat, a tam w dole budowano całe miasto. Viki widziała kamienne aleje, ogromne tunele wydrążone w ścianach szybu. Wydawało jej się także, że od tych tuneli odchodzą mniejsze korytarze… przejścia do innych budowli? Domy i ogrody miały powstać dopiero w następnej kolejności, ale większość jaskiń została już wykopana. Spoglądając w dół,Viki doznawała całkiem nowego uczucia, naturalnej tęsknoty do bezpiecznego schronienia otchłani. Lecz to, co tworzyli ci robotnicy, było tysiąc razy większe od jakiejkolwiek zwykłej otchłani. Do przespania całej Ciemności wystarczyła odrobina miejsca w sadzawce i zapasy na pierwsze lata Jasności. Takie miejsca istniały już w miejskiej otchłani pod centrum starego miasta — i to istniały tam już niemal od dwudziestu pokoleń. Ta nowa konstrukcja miała służyć do życia, do aktywności. W niektórych miejscach, gdzie można było zapewnić odpowiednią izolację termiczną i dopływ powietrza, miasto powstawało 3na poziomie gruntu. Gdzie indziej sięgało setki stóp w głąb ziemi, tworząc jakby odwrócony obraz budynków, które wznosiły się teraz na powierzchni Princeton.

Viki patrzyła i patrzyła, pogrążając się w marzeniach. Do tej pory była to dla niej tylko odległa, niezbyt rzeczywista przyszłość. Mała Victory czytała o tym, słyszała rozmowy rodziców i audycje radiowe na ten temat.

Wiedziała, że wielu ludzi właśnie dlatego nienawidzi ich rodziny.

Nienawidzono ich także za „pozafazową perwersję”, jak nazywali to ich najzagorzalsi przeciwnicy. Z tych dwóch powodów nie mogli wychodzić sami do miasta. Tata często mówił o ewolucji dokonującej się w ich czasach, o tym, jak ważne dla rozwoju cywilizacji jest stwarzanie nowych szans i zadań małym dzieciom. Problem w tym, że wcale nie stosował tego w praktyce. Zawsze gdy Viki chciała podjąć jakieś ryzyko, tata stawał się nadopiekuńczy i otaczał jej projekt kordonem bezpieczeństwa.

Viki uświadomiła sobie nagle, że chichocze z satysfakcją.

— Co? — spytał Brent.

— Nic. Pomyślałam tylko, że dzisiaj zobaczymy wreszcie prawdziwy świat, czy tacie się to podoba, czy nie.

Brent był wyraźnie zakłopotany. Ze wszystkich jej braci i sióstr on traktował zasady ustalane przez tatę najpoważniej i bardzo nie lubił ich łamać.

— Chyba powinniśmy już stąd iść. Na powierzchni są robotnicy i idą w naszą stronę. Poza tym, jak długo jeszcze będzie leżał ten śnieg?

Viki niechętnie podporządkowała się bratu i ruszyła jego śladem przez labirynt cudownie wielkich i masywnych rzeczy, które wypełniały skład przy placu budowy. W tej chwili nawet perspektywa jazdy po śniegu nie wydawała jej się taka kusząca.

Kiedy dotarli wreszcie na przystanek autobusowy, czekało ich tam spore zaskoczenie; w niewielkim oddaleniu od tłumu pasażerów stali Jirlib i Gokna. Nic dziwnego, że nie mogła znaleźć ich dzisiaj rano. Wymknęli się bez niej! Viki szła spokojnie w ich kierunku, starając się zachować obojętną minę. Gokna uśmiechała się przemądrzale, jak to ona, Jirlib miał dość przyzwoitości, by wyglądać na zakłopotanego. On i Brent, jako najstarsi z rodzeństwa, powinni zapobiec temu wyjściu. Wszyscy czworo zbili się w ciasną grupkę, odwrócili się od pełnych potępienia spojrzeń tłumu.

— Co tak późno? Nie mogliście wymknąć się strażnikom Downinga?

— ciche mamrotanie panny Przemądrzalskiej.

Viki:

— Nie przypuszczałam, że ty w ogóle ośmielisz się spróbować. I tak sporo już dzisiaj zrobiliśmy.