Выбрать главу

Panna Przemądrzalska:

— Na przykład co?

Viki:

— Na przykład byliśmy w Nowym Podziemiu.

Panna Przemądrzalska:

— Phi…

Jirlib:

— Zamknijcie się obie. W ogóle nie powinno was tu być.

— Ależ my jesteśmy gwiazdami radia, Jirlib — oświadczyła z dumą Gokna. — Ludzie nas kochają.

Jirlib przysunął się jeszcze bliżej i zniżył głos.

— Przestań. To prawda, że sporo ludzi lubi „Dziecięcą godzinę”, ale znacznie więcej chętnie uciszyłoby was na zawsze.

Prowadzenie audycji radiowej było najwspanialszą rzeczą, jaką robiła do tej pory Viki, ale od dyskusji z wielebną Pedure nie była już taka sama.

Teraz, gdy wszyscy znali ich wiek, Viki czuła się tak, jakby nieustannie musiała coś udowadniać. Znaleźli nawet inne dzieci spoza fazy, ale żadne z nich nie nadawało się do radia. Viki i Gokna nie zaprzyjaźniły się z innymi koblikami, nawet z parą w ich wieku. To były dziwne, nieprzyjazne istoty, doskonale pasujące do stereotypu pozafazowych dzieci. Tata mówił, że to wina ich wychowania, lat spędzonych w ukryciu. To właśnie było najbardziej przerażające; Viki rozmawiała o tym tylko z Gokną, i to szeptem w środku nocy. A jeśli to Kościół miał rację? Może ona i Gokna tylko sobie wyobrażały, że mają dusze.

Przez chwilę wszyscy czworo stali w milczeniu, myśląc o tym, co powiedział Jirlib. Potem Brent spytał:

— Więc co tutaj robisz, Jirlib? — To pytanie zadane przez kogokolwiek innego byłoby zaczepką, wezwaniem do kłótni. Słowne utarczki pozosta wały jednak poza obszarem zainteresowań Brenta. On pytał ze zwykłej ciekawości, po prostu chciał znać przyczynę.

Dlatego właśnie jego słowa ugodziły Jirliba mocniej, niż mogłaby to zrobić jakakolwiek złośliwość.

— Um, ee… Jadę do centrum. W Muzeum Królewskim jest wystawa fosyliów Khelma… Ale to nie ja jestem tu problemem. Wyglądam dość poważnie, by uchodzić za dorosłego. — Tak było w istocie. Jirlib nie był może tak duży jak Brent, ale w szparach jego kurtki pojawiało się już ojcowskie futro. Viki nie zamierzała jednak pozwolić, by tak łatwo wykręcił się od odpowiedzi. Wyciągnęła rękę w stronę Gokny.

— Więc co to jest? Twój oswojony tarant?

Mała panna Przemądrzalska uśmiechnęła się słodko. Jirlib przeszył ją wściekłym spojrzeniem.

— Wy dwie jesteście chodzącymi katastrofami, wiecie o tym? — Cie kawe, jak Gokna namówiła Jirliba, by wziął ją ze sobą? Pytanie to rozbu dziło profesjonalną ciekawość Viki. Bez wątpienia to właśnie ona i Gok na w całej rodzinie potrafiły najlepiej manipulować ludźmi. Dlatego też czasem tak trudno było im się porozumieć.

— Nasza podróż ma przynajmniej poważny, naukowy cel — powiedzia ła Gokna. — A wy dokąd się wybieracie?

Viki machnęła rękami pożywiającymi przed twarzą siostry.

— My jedziemy zobaczyć śnieg. To bardzo pouczające doświadczenie.

— Ha! Przyznaj lepiej, że chciałaś się w nim wytarzać.

— Zamknijcie się. — Jirlib uniósł głowę i ogarnął spojrzeniem innych ludzi stojących na przystanku. — Wszyscy powinniśmy wracać do domu.

Gokna przybrała bardziej pojednawczy ton.

— Ale Jirlib, to byłoby jeszcze gorsze. Mamy kawał drogi do domu.

Pojedźmy autobusem do muzeum… o popatrz, już jest. — Autobus nadjechał w idealnym momencie. — Kiedy tam dotrzemy, wszyscy ci śniegowi maniacy wrócą już do miasta i będziemy mogli pojechać autobusem prosto do domu.

— Hej, nie przyszłam tu po to, żeby oglądać jakieś podrabiane skamieniałości! Chcę zobaczyć śnieg.

Gokna wzruszyła ramionami.

— No to masz pecha, Viki. Zawsze możesz wsadzić głowę do zamrażalnika, kiedy wrócimy do domu.

— Ja… — Viki widziała, że cierpliwość Jirliba już się wyczerpuje, poza tym nie miała żadnego dobrego argumentu. Wystarczyło teraz jedno słowo Brenta, a chcąc nie chcąc, musiałaby wracać do domu. — …ee, doskonały dzień na wycieczkę do muzeum.

Jirlib uśmiechnął się kwaśno.

— Tak, a kiedy tam przyjedziemy, Rhapsa i Mały Hrunk już pewnie będą na nas czekać. — Gokna i Viki roześmiały się głośno. Rhapsa i Hrunk nie byli już małymi dziećmi, nadal jednak niemal przez cały dzień prze bywali w towarzystwie taty. Wizja dwóch maluchów przechytrzających ochroniarzy mamy była zarazem zabawna i nieprawdopodobna.

Wszyscy czworo zbliżyli się do tłumu pasażerów i ostatni wsiedli do autobusu… A niech tam. We czwórkę na pewno byli bezpieczniejsi niż tylko we dwoje, a w Muzeum Królewskim nic im nie groziło. Nawet jeśli tata ich złapie, powiedzą, że nie podejmowali niepotrzebnego ryzyka. A będzie miała jeszcze wiele okazji, by zobaczyć z bliska śnieg.

* * *

Autobusy komunikacji miejskiej różniły się bardzo od samochodów i samolotów, którymi podróżowała do tej pory Viki. Tutaj panował tłok.

Przez całą długość autobusu ciągnęły się sznurowe sieci — niemal takie jak w dziecięcych salach zabaw — rozwieszone co pięć stóp. Pasażerowie czepiali się ich rękami i nogami i zwisali pionowo na sznurach. Dzięki temu w autobusie mogło się zmieścić więcej ludzi, choć wyglądało to idiotycznie.

Tylko kierowca miał prawdziwą grzędę.

Ten autobus nie byłby taki zatłoczony, gdyby wszyscy pasażerowie nie odsunęli się daleko od czwórki dzieci. No i dobrze, niech się odsuwają.

Me obchodzi mnie to. Viki przestała przyglądać się innym pasażerom i wyjrzała za okno. Ze względu na ogrom prac wykonywanych przy budowie podziemnego miasta brakowało środków na remonty niektórych ulic. Każda dziura i nierówność kołysała mocno obciążonymi sieciami — było to nawet zabawne. Potem nawierzchnia wyrównała się — wjeżdżali do najmodniejszej dzielnicy nowego centrum. Rozpoznawała niektóre napisy umieszczone na wysokich budynkach, korporacje takie jak Podziemna Moc czy Królewska Radiofonika. Niektóre spośród największych przedsiębiorstw w Princeton w ogóle by nie istniały, gdyby nie jej ojciec. Z dumą patrzyła na wszystkich ludzi wchodzących do tych budynków i wychodzących z nich. Tata był ważny dla wielu z nich, i to w dobry, kreatywny sposób. Brent przesunął się bliżej Viki i pochylił się do niej.

— Wiesz co, wydaje mi się, że ktoś nas śledzi. Jirlib także usłyszał te słowa i zesztywniał na sieci.

— Co takiego? Gdzie?

— Te dwa roadmastery. Jadą tuż za autobusem.

Przez sekundę Viki czuła zimny strach, a potem ogromną ulgę. Roześmiała się głośno.

— Pewnie wcale nikogo nie przechytrzyliśmy dziś rano. Tata po prostu pozwolił nam iść, a ludzie kapitana Downinga pilnują nas jak zawsze.

— Te samochody nie wyglądają jak nasze — odparł Brent.

Dwadzieścia osiem

Przystanek znajdował się obok Muzeum Królewskiego, tak że po wyjściu z autobusu Viki i jej rodzeństwo stanęli tuż pod schodami prowadzącymi do starego gmachu.

Przez chwilę Viki i Gokna milczały jak zaklęte, wpatrując się w wielki kamienny łuk. Robiły kiedyś audycję o tym miejscu, nigdy jednak go nie widziały. Muzeum Królewskie miało tylko trzy piętra, nie dorównywało wysokością nowoczesnym budynkom. Lecz ten gmach był czymś więcej niż wszystkie drapacze chmur. Obok fortyfikacji muzeum należało do najstarszych, nienaruszonych konstrukcji na powierzchni Princeton. Już od pięciu pełnych cyklów słońca pełniło funkcję najważniejszego muzeum Rodziny Królewskiej. Oczywiście w tym czasie budynek powiększył się o kilka mniejszych pomieszczeń, lecz zgodnie z tradycją ogólna forma musiała pozostać wierna wizji króla Długorękiego. Z zewnątrz budynek przypominał fragment odwróconego skrzydła samolotu. Ten aerodynamiczny łuk był wynalazkiem architektów, którzy żyli dwa pokolenia przed erą nauki. Stare budynki w Dowództwie Lądowym nie wyróżniały się przy tym niczym szczególnym, chroniły je przecież ściany głębokiej doliny.