Выбрать главу

Przez chwilę Viki próbowała sobie wyobrazić, jak wyglądało to miejsce tuż po przebudzeniu słońca; budynek tulił się do ziemi, smagany 3wiatrami pędzącymi z szybkością dźwięku, słońce prażyło go piekielnie gorącymi promieniami o barwach sięgających od ultrado nadczerwieni. Więc dlaczego król Długoręki budował na powierzchni, w tak odsłoniętym miejscu? By rzucić wyzwanie Ciemności i Słońcu, oczywiście. By wznieść się ponad głębię małych kryjówek i rządzić.

— Hej, wy dwie, zasnęłyście czy co? — poderwał je nagle głos Jirliba, który wraz z Brentem stał już przy wejściu do budynku. Dziewczynki szybko, bez słowa wspięły się na schody.

Jirlib szedł dalej, mrucząc do siebie coś o roztargnionych smarkulach.

Brent został nieco z tyłu, utrzymywał jednak stałą odległość.

Weszli do mrocznego wejścia, zostawiając za sobą odgłosy miasta.

Dwaj żołnierze z gwardii królewskiej pełnili straż w ciemnych niszach po bokach wejścia. Z przodu czekał prawdziwy strażnik — bileter. Starożytne ściany holu obwieszone były plakatami reklamującymi aktualne wystawy.

Jirlib nic już nie mówił, kręcił się tylko podekscytowany wokół „artystycznej wizji” fosyliów Khelma. Teraz iViki zrozumiała, jakim to sposobem taka bzdura trafiła do Królewskiego Muzeum. Tematem sezonu w muzeum były „Pseudonauka we wszystkich swych odmianach”. Plakaty zapraszały więc na wystawy dotyczące szamanizmu otchłannego, samospalania, wideomancji ita da! — fosyliów Khelma. Jirlib jednak jakby nie zauważał, w jakim towarzystwie znalazło się jego ukochane hobby.

Wystarczał mu tylko fakt, że muzeum wreszcie je uhonorowało.

Wystawy czasowe znajdowały się w nowym skrzydle. Sale miały tutaj bardzo wysokie sufity, a lustrzane rury rzucały na marmurowe podłogi złote odbicia słonecznego światła. W tej chwili byli całkiem sami, co jeszcze wzmacniało aurę niesamowitości, która wypełniała te wielkie, jasne pomieszczenia. Kiedy nie rozmawiali, nawet odgłosy ich kroków odbijały się echem od ścian. Odnosiło to większy skutek niż wszystkie tabliczki z prośbami o zachowanie ciszy. Viki z fascynacją przyglądała się wszystkim dziwacznym eksponatom. Tata uważał, że takie rzeczy są zabawne — „jak religia, choć nie tak groźne”. Niestety Jirliba interesowały tylko jego własne dziwactwa. Nieważne, że Gokna zapomniała niemal o całym świecie, pochłonięta wystawą dotyczącą samospalania. Nieważne, że Viki chciała zobaczyć lśniące lampy obrazowe w sali wideomancji. Jirlib szedł prosto na wystawę fosyliów i nie zamierzał pozwolić swym siostrom na jakieś samodzielne wycieczki.

Ach, cóż… Właściwie fosylia zawsze intrygowały Viki. Odkąd sięgała pamięcią, Jirlib był nimi zafascynowany; tutaj wreszcie mogli zobaczyć prawdziwe eksponaty.

Przy wejściu do sali znajdowała się ogromna wystawa diamentowych otwornic, sięgająca od sufitu aż do podłogi. Ile ton pyłu skalnego trzeba przesiać, by znaleźć tak doskonałe próbki? Typy skamieniałości starannie oznaczono zgodnie z różnymi teoriami naukowymi, lecz same kryształowe szkielety zostały umieszczone na płytkach za szkłami powiększającymi; w blasku słońca iskrzyły się i migotały niczym diademy, bransolety i zdobione klejnotami peleryny. W porównaniu z tym zbiorem kolekcja Jirliba była niczym. Pośrodku sali znajdował się stół z mikroskopami, dzięki którym każdy zainteresowany mógł przyjrzeć się lepiej diamentom. Viki popatrzyła przez okular. Widziała już takie rzeczy wiele razy, lecz te skamieniałości znajdowały się w idealnym stanie, a ich różnorodność wydawała się wręcz przytłaczająca. Większość była symetryczna w sześciu płaszczyznach, wiele jednak miało małe haczyki i wypustki, które zapewne pomagały żywym stworzeniom poruszać się w ich mikroskopijnym środowisku. Żadna z tych istot nie żyła już od ponad pięćdziesięciu milionów lat. Lecz w niektórych skałach osadowych warstwa diamentowych skamieniałości miała setki stóp grubości; na wschodzie diament był paliwem tańszym od węgla. Największe spośród tych stworzeń było niewiele większe od muchy, kiedyś jednak to właśnie one rządziły światem. Potem, przed jakimiś pięćdziesięcioma milionami lat — ba. Zostały po nich jedynie szkielety. Wuj Hrunkner mówił, że warto o tym pamiętać, kiedy realizuje się szalone pomysły taty.

— Chodźcie, chodźcie. — Jirlib mógł całymi godzinami przeglądać wła sną kolekcję skamieniałości. Dziś jednak poświęcił królewskiej wysta wie niecałe trzydzieści sekund; napis na kolejnych drzwiach zapraszał do obejrzenia fosyliów Khelma. Wszyscy czworo w milczeniu ruszyli pospiesz nym krokiem w tamtą stronę. Pojedynczy snop światła padał na stoły usta wione pośrodku sali. Ściany tonęły w ciemnościach rozpraszanych tylko tu i ówdzie przez małe, kolorowe lampki.

Weszli cicho do sali. Gokna pisnęła ze strachu. W mroku majaczyły jakieś postacie… o wiele wyższe niż nawet najwięksi dorośli. Stały na trzech długich nogach, wznosząc ręce i przednie nogi niczym gałęzie drzewa. Właśnie tak wyobrażał sobie istoty sprzed tysiącleci Chundra Khelm — wydawało się, że wystawa spełni więc wszelkie oczekiwania zwolenników jego teorii.

Viki przeczytała podświetlone napisy pod figurami i uśmiechnęła się lekko.

— Nieźle, co? — zwróciła się do swej siostry.

— Tak, nigdy nie przypuszczałam… — Potem i ona przeczytała opis. — Och, to tylko kukły.

— Nie kukły — odparł Jirlib — ale rekonstrukcja oparta na wykopaliskach.

— Viki słyszała jednak rozczarowanie w jego głosie. Szli powoli przez ciemną salę, przyglądając się kolejnym postaciom. Przez kilka minut te dziwne kształty wydawały się kuszącą tajemnicą, niedostępną zwykłym śmiertelnikom. Znajdowały się tu wszystkie rasy opisane przez Khelma, w sumie ponad pięćdziesiąt modeli. Większość wykonano jednak dość nieudolnie, jakby zajmował się tym jakiś niedoświadczony lalkarz. Entuzjazm Jirliba przygasał coraz bardziej przy każdym kolejnym opisie. Niektóre z nich były dość obszerne. „Rasy starsze od naszej o długie tysiąclecia… stworzenia, które prześladowały Arachnan starożytności… Najciemniejsze otchłanie być może nadal kryją ich potomstwo, z których kiedyś wyrośnie zguba naszej cywilizacji”. Ten ostatni napis znajdował się obok figury przypominającej ogromnego taranta szykującego się do ataku na zwiedzających. Wszystko to było jedną wielką kpiną, czego domyśliłby się nawet najmniejszy braciszek i siostrzyczka Viki. Chundra Khelm przyznawał, że ślady jego „zaginionej cywilizacji” znajdują się pod warstwą skamieniałości. Gdyby tak było, te legendarne istoty wyginęłyby co najmniej przed pięćdziesięcioma milionami lat — na długo przed tym, nim pojawili się najstarsi proto-Arachnanie.

— Myślę, że oni się z tego wyśmiewają, Jirl — powiedziała Viki. Tym razem jednak wcale nie chciała dokuczyć starszemu bratu. Nie lubiła, kiedy obcy ludzie kpili z jej rodziny, nawet jeśli robili to nieświadomie.

Jirlib westchnął ciężko.

— Tak, masz rację. Im dalej w głąb sali, tym bardziej starają się być zabawni. Cha, cha. — Zatrzymał się przy ostatnim napisie. — Ba, nawet przy znają się do tego! Patrz, co tu napisali: Jeśli doszliście do tego miejsca, rozumiecie już, jak niedorzeczne są hipotezy Chundry Khelma. Czym jed nak są fosylia Khelma? Mistyfikacją na niespotykaną dotąd skalę? Czy jakimś rzadkim fenomenem skał metamorficznych? Osąd należy do was…”.