Выбрать главу

— Jirlib umilkł raptownie, ujrzawszy jasno oświetloną grupę skał pośrod ku sali, zakrytą do tej pory przez regał z eksponatami.

Jirlib znalazł się przy niej jednym długim skokiem. Drżąc z podniecenia, oglądał wielkie kryształy. Każdy z nich wystawiony był oddzielnie, doskonale widoczny we wszystkich kolorach światła słonecznego. Właściwie te odłamki skalne wyglądały jak nieoszlifowane kawałki marmuru.

Jirlib westchnął, tym razem jednak z podziwu.

— To są prawdziwe fosylia, chyba najlepsze prócz tych, które znalazł sam Chundra Khelm.

Gdyby je wyszlifować, niektóre kryształy nawet stałyby się ładne.

Kryły się w nich ciemniejsze plamy i wstęgi przypominające barwą raczej podstawową formę węgla niż marmur. Wysiliwszy odrobinę wyobraźnię, można było ujrzeć w nich regularne kształty, nieco powykręcane i wykrzywione. Nadal jednak nie przypominały niczego, co kiedyś mogło żyć.

Po drugiej stronie wystawy znajdował się kryształ pocięty starannie na plastry grubości jednej dziesiątej cala, tak cienkie, że przeświecało przez nie słońce. Ponad setkę takich plastrów, ustawionych w odległości kilku dziesiętnych cala od siebie, umocowano na stalowej ramie. Obserwator stojący tuż obok ramy i przesuwający głową w górę i w dół mógł się przekonać, jak ów ciemny kształt ułożony jest we wnętrzu kryształu. Było to naprawdę piękne. Jirlib stał z głową przy ramie, przesuwając się tylko na boki, by zajrzeć do wszystkich szpar.

— To było kiedyś żywe. Wiem to, wiem to na pewno — powtarzał. — Milion razy większe od jakiegokolwiek owada, ale oparte na tych samych zasadach. Gdybyśmy tylko mogli zobaczyć, jak to wszystko wyglądało wtedy, przed katastrofą. — Powtarzali to wszyscy zwolennicy teorii Khelma — ale ta rzecz była prawdziwa. Nawet Gokna nie mogła się od niej oderwać; Viki musiała długo czekać na swoją kolej. Obeszła powoli całą grupę skał, obejrzała kilka widoków pod mikroskopem, przeczytała pozostałe opisy.

Według autorów wystawy te kryształy stanowiły jedne z najlepszych próbek fosyliów na całym świecie. Viki pomyślała, że to powinno zniechęcić biednego Jirliba bardziej niż idiotyczne figurki i prześmiewcze napisy.

Nawet jeśli rzeczywiście były to kiedyś żywe stworzenia, to z pewnością nie pozostawiły żadnego śladu swej inteligencji. Jeśli istoty sprzed milionów lat miały być tym, czym chciał je widzieć Jirlib, ich osiągnięcia powinny zdumiewać. Więc gdzie się podziały ich maszyny, ich miasta?

Westchnienie. Viki odsunęła się cicho od Gokny i Jirliba. Oddaliła się od nich kilkanaście kroków, ci jednak byli tak pochłonięci przezroczystym kamieniem, że w ogóle tego nie zauważyli. Może udałoby jej się wymknąć do sąsiedniej sali, by obejrzeć wystawę wideomancji. Wtedy zobaczyła Brenta. Ten wcale nie zaprzątał sobie głowy wystawą. Przyczaił się za wielkim stołem w rogu sali, tuż obok wyjścia, do którego zmierzała Viki.

Nie zauważyłaby go, gdyby nie jego oczy błyszczące w kolorowym świetle lamp. Ze swej kryjówki Brent mógł widzieć oba wejścia i jednocześnie obserwować ich poczynania przy głównych stołach.

Viki pomachała doń i ruszyła do drzwi. Brent nie poruszył się ani jej nie zawołał. Może bawił się w jakieś podchody albo rozmyślał o swoich zabawkach budowlanych. Może nie będzie próbował jej zatrzymać, aż zniknie mu z widoku. Viki przeszła pod wysoko sklepionym łukiem do sali wideomancji.

Wystawa zaczynała się od obrazów i mozaik sprzed wielu pokoleń. Idee związane z wideomancją sięgały daleko w przeszłość, do starożytnych przesądów, które głosiły, że jeśli ktoś stworzy doskonały obraz swego przeciwnika, zdobędzie nad nim władzę. To przekonanie inspirowało wielu artystów, doprowadziło do stworzenia nowych barwników i nowych sposobów mieszania farb. Lecz nawet teraz najdoskonalsze obrazy były tylko cieniem tego, co mogły zobaczyć oczy Pająków. Współczesna wideomancją głosiła, że nauka może stworzyć obraz doskonały i zrealizować w ten sposób odwieczne marzenia.

Tata uważał, że wideomancją to jedna wielka bzdura.

Viki szła między wysokimi stojakami ze świecącymi lampami obrazowymi. Setki krajobrazów, zamglonych i niewyraźnych… lecz najbardziej zaawansowane technicznie lampy pokazywały kolory, któjre można zobaczyć tylko w słońcu i najlepszych laboratoriach. Z roku na rok lampy ulepszano. Ludzie zaczynali nawet mówić o radiu obrazkowym. Ten pomysł naprawdę fascynował Małą Victory — choć oczywiście cała ta gadanina o kontrolowaniu umysłów to absurd.

Gdzieś z drugiej strony sali dobiegły ją strzępy jakiejś rozmowy, dziecięcy szczebiot przypominający głosy Rhapsy i Małego Hrunka. Viki znieruchomiała ze zdumienia. Minęło kilka sekund… a w przeciwległym wyjściu ukazała się dwójka dzieci. Viki przypomniała sobie sarkastyczną prognozę Jirliba, że spotkają tu również Rhapsę i Hrunka. Przez moment myślała, że rzeczywiście miał rację. Lecz nie, do sali weszła dwójka nieznanych jej dorosłych, a dzieci były nieco młodsze niż jej mały brat i siostrzyczka.

Viki pisnęła coś w podnieceniu i ruszyła w głąb sali, w stronę dzieci.

Dorośli — rodzice? — zastygli na moment, potem porwali dzieciaki i ruszyli pospiesznie do wyjścia.

— Proszę zaczekać! Halo, proszę zaczekać! Chcę tylko porozmawiać.

— Viki zwolniła krok i podniosła ręce w przyjaznym uśmiechu. Widziała, że Gokna i Jirlib oderwali się wreszcie od wystawy fosyliów i patrzą ze zdumieniem w jej stronę.

Rodzice zatrzymali się, powoli ruszyli z powrotem. Zarówno Gokna, jak i Viki na pierwszy rzut oka wyglądały na dzieci spoza fazy. To chyba ośmieliło nieznajomych bardziej niż cokolwiek innego.

Rozmawiali przez kilka minut, wymieniając uprzejmości. Trenchet Suabisme zajmowała się planowaniem w przedsiębiorstwie budującym Nowe Podziemie; jej mąż był tam badaczem.

— Wydawało nam się, że dziś jest dobry dzień na wycieczkę do muzeum, bo prawie wszyscy wyjechali w góry, na śnieg. Wy też mieliście taki plan?

— O tak — odparła Gokna; w przypadku jej i Jirliba była to może nawet prawda. — Cieszymy się jednak bardzo, że mogliśmy poznać państwa i… i państwa dzieci. Jak się nazywają? — Czuli się naprawdę przedziwnie, poznawszy ludzi, którzy wydawali im się bliżsi niż ktokolwiek prócz członków własnej rodziny. Trenchet i Alendon najwyraźniej doświadczali tego samego uczucia. Dzieci kręciły się zniecierpliwione w ich ramionach, nie chcąc powrócić na grzbiet Alendona. Po kilku minutach rodzice posadzili je z powrotem na podłodze. Dzieci natychmiast wskoczyły na ręce Gokny i Viki. Bez ustanku wydawały z siebie jakieś niezrozumiałe dźwięki, rozglądały się dokoła z podnieceniem swymi dziecięcymi oczyma. To, które wspięło się na Viki — była to zdaje się Aleąuere — nie mogło mieć więcej niż dwa lata. Viki stwierdziła z zaskoczeniem, że Rhapsa i Mały Hrunk nie wydawali jej się kiedyś tacy słodcy. Ale kiedy oni mieli dwa lata, Viki miała dopiero lat siedem i nadal starała się całkowicie zajmować sobą rodziców. Ta para w niczym nie przypominała ponurych, gburowatych dzieci spoza fazy, które poznawali do tej pory.

W największe zakłopotanie wprawiła jednak Viki reakcja dorosłych, kiedy ci dowiedzieli się, kim są ich rozmówcy. Trenchet Suabisme była naprawdę zszokowana.

— Właściwie powinnam się była tego domyślić. Kim innym moglibyście być?… Wiecie, kiedy byłam nastolatką, słuchałam waszych programów radiowych. Wydawałyście się tak okropnie młode, jedyne dzieci spoza fazy, jakie kiedykolwiek słyszałam. Naprawdę bardzo lubiłam ten program.

— Tak — zgodził się z nią Alendon. Uśmiechnął się, kiedy Aleąuere wsunęła się do bocznej kieszeni w kurtce Viki. — Dzięki temu, że wiedzie liśmy o waszym istnieniu, sami zdecydowaliśmy się z Trenchet na dzieci.