Выбрать главу

— Znajdziemy ich, musi być przecież jakiś sposób. Musi być. Mam komputery i mikrofalowe połączenie z Dowództwem Lądowym. — Wszyst kie środki, które dotąd tak dobrze mu służyły. — Mogę je tu bezpiecznie sprowadzić, wiem, że mogę.

Smith przez chwilę trwała w bezruchu. Potem przysunęła się bliżej do 3Sherkanera, położyła rękę na jego ramionach, pieszcząc jego futro. Przemawiała łagodnym, choć stanowczym głosem, niemal jak żołnierze pocieszający innego po utracie towarzyszy broni.

— Kochanie, na pewno zrobisz wszystko, co w twojej mocy. — Na ze wnątrz zrobiło się nagle ciemno. Wiatr uderzał w uchylone okna, liście paproci kołysały się gwałtownie. Do pokoju wpadał tylko nikły blask przefiltrowany przez warstwę burzowych chmur i gęste krzewy paproci.

Generał stała obok Sherkanera, oboje patrzyli na siebie w milczeniu.

Unnerby czuł niemal fale strachu i wstydu przepływające między nimi.

Nagle Sherkaner postąpił do przodu i objął mocno swą żonę. Do świstu wiatru dołączył cichy szelest jego płaczu. Po chwili Smith uniosła jedną z tylnych rąk, gestem prosząc Hrunknera, by opuścił pokój.

Unnerby odpowiedział jej skinieniem głowy. Gruby dywan zasłany był zabawkami — Sherkanera i dzieci — sierżant stąpał jednak ostrożnie i wymknął się bezszelestnie na korytarz.

Kiedy ukryte za burzowymi chmurami słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, półmrok zamienił się niemal w całkowitą ciemność. Unnerby nie widział, co dzieje się na zewnątrz, gdyż stanowisko dowodzenia w Domu na Wzgórzu miało tylko maleńkie, wąskie okna. Smith pojawiła się tam prawie pół godziny po Unnerbym. Przyjęła skinieniem głowy honory, które oddali jej podwładni, po czym zajęła miejsce na grzędzie obok Hrunknera.

Ten pomachał pytająco rękami.

— Sherk sobie poradzi — odparła. — Jest teraz ze studentami, próbu je coś zrobić. No dobrze, jak wygląda sytuacja?

Unnerby pchnął w jej stronę stertę raportów.

— Kapitan Downing i jego zespół nadal tu są, jeśli chce pani z nimi porozmawiać, ale wszyscy… — wszyscy, którzy przylecieli tu z Dowództwa Lądowego — …uważamy, że to nie ich wina. Dzieciaki były po prostu zbyt sprytne. — Dzieci ośmieszyły zespół profesjonalnych ochroniarzy. Oczywi ście żyły z nimi już od dłuższego czasu, znały ich zwyczaje, przyjaźniły się z niektórymi członkami zespołu. I aż do tej pory zewnętrzne zagrożenie pozostawało tylko w sferze teorii i plotek. Wszystko pracowało na korzyść koblików, kiedy te zdecydowały się wybrać na wycieczkę… Lecz ten ze spół ochroniarzy wywodził się z personelu generał Victory Smith, jego członkowie byli inteligentnymi, oddanymi ludźmi; to, co się wydarzyło, bolało ich niemal tak samo jak Sherkanera Underhilla.

Smith odsunęła raporty.

— Dobrze. Niech Daram i jego zespół wracają do pracy. Zajmij ich czymś. Co z wynikami badań? — Gestem przyzwała do siebie pozostałych współpracowników.

Punkt dowodzenia w domu miał bardzo dobre mapy, prawdziwy stół sytuacyjny. Dzięki łączu mikrofalowemu mógł praktycznie zastąpić centrum dowodzenia w Dowództwie Lądowym.

Przez pokój przewijali się ciągle jacyś ludzie. Wielu z nich przyleciało niedawno z Dowództwa Lądowego i nie zdążyło jeszcze zarazić się ponurą atmosferą panującą w Domu na Wzgórzu; wnosili doń powiew świeżości i podnosili nieco na duchu tych, którzy poddawali się rozpaczy. Mieli pewne tropy, dokonywali pewnych postępów… niosących zarówno nadzieję, jak i złowieszcze oznaki klęski.

Szef działu zajmującego się inwigilacją Kindred przybył godzinę później. Rechner Thract zajmował to stanowisko od niedawna, był młodym koberem i imigrantem z Tiefstadtu. Hrunkner dziwił się początkowo, że to właśnie jemu powierzono tak odpowiedzialne zadanie. Rechner był bardzo inteligentny, ale wydawał się raczej typem naukowca niż żołnierza. Może jednak to właśnie czyniło go właściwą osobą na właściwym miejscu; ogromnie potrzebowali ludzi naprawdę rozumiejących Kindred. Podczas Wielkiej Wojny Kindred należał oficjalnie do Imperium Tief stadtu, potajemnie jednak wspierał Akord. Victory Smith uważała, że właśnie to państwo będzie następnym wielkim zagrożeniem — choć może było to tylko wynikiem podejrzliwości, jaką żywiła do wszystkich tradycjonalistów.

Thract zawiesił płaszcz przeciwdeszczowy na wieszaku i otworzył swój kosz. Wyjął z niego plik dokumentów i położył je przed Smith.

— To sprawka Kindred, generale.

— Czemu mnie to nie dziwi? — mruknęła Smith. Unnerby wiedział, że musi być ogromnie zmęczona, lecz wydawała się świeża i niemal normalna.

Niemal. Była równie spokojna, równie uprzejma jak na każdej naradzie. Jak zawsze zadawała rzeczowe, inteligentne pytania. Unnerby dostrzegał jednak różnicę, lekkie rozproszenie. Nie przypominało to niepokoju czy strachu; wydawało się raczej, że umysł generał jest gdzieś indziej, jej myśli krążą wokół innego tematu. — Ale jeszcze dziś rano wcale nie byliśmy tego tacy pewni. Co się zmieniło, Rachner?

— Mamy dwa ważne zeznania i wyniki sekcji zwłok. Koberzy, którzy zginęli w muzeum, byli bardzo wysportowani, ale nie wyglądali na atletów; ich pancerze były mocno poobijane, w jednym znaleźliśmy nawet zasklepiony otwór po kuli.

Victory wzruszyła ramionami.

— To oczywiste, że zajmowali się tym profesjonaliści. Jak wiesz, otrzymywaliśmy różne groźby od zorganizowanych grup tradycjonalistów. Mogli kogoś wynająć.

— Tak, ale to był Kindred, nie miejscowi tradycjonaliści.

— Mamy jakieś konkretne dowody? — spytał Unnerby, oddychając w duchu z ulgą i wstydząc się jednocześnie tego uczucia.

— Hm… — Thract zastanawiał się nie tylko nad odpowiedzią, ale i nad osobą pytającego. Kober nie mógł zdecydować, jakie miejsce zajmuje Unnerby — cywil nazywany „sierżantem” — w hierarchii dowodzenia. Przyzwyczaj się do tego, synu. — Kindred przywiązuje wielką wagę do swych religijnych korzeni, ale do tej pory starali się nie mieszać do naszych spraw wewnętrznych, co najwyżej wspierali skrycie lokalne grupy tradycjonalistów.

Ale… dzisiaj zdecydowali się na radykalny krok. To byli profesjonaliści z Kindred. Zrobili wszystko, co w ich mocy, żeby to ukryć, nie wiedzieli jednak, jak zaawansowana jest nasza medycyna sądowa. Pomógł nam test wymyślony przez jednego ze studentów pani męża. Pyłek, jaki znaleźliśmy w drogach oddechowych obu ciał, jest obcy; mogę pani nawet powiedzieć, z której bazy Kindred wylecieli ci ludzie. Ci dwaj nie byli u nas dłużej niż przez piętnaście dni. Smith skinęła głową.

— Gdyby byli dłużej, pyłek by zniknął?

— Zgadza się, zostałby przechwycony przez ich układ odpornościowy i wyrzucony. Ale i tak poznalibyśmy większą część prawdy.

Widzi pani, druga strona miała dzisiaj większego pecha niż my. Zostawili dwóch żywych świadków. — Thract zawahał się na moment, najwyraźniej przypomniawszy sobie, że nie jest to zwyczajne zebranie sztabu, że to, co on nazwie sukcesem operacyjnym, dla Smith może okazać się tragiczną porażką.

Generał jakby tego nie zauważała.

— Tak, ta para. Małżeństwo, które przyprowadziło dzieci do muzeum.

— Właśnie. Po części to przez nich nie powiódł się pierwotny plan nieprzyjaciela. Ludzie pułkownik Underville — szefowej służb wewnętrznych — rozmawiali z nimi przez całe popołudnie; bardzo chcą nam pomóc.

Zna pani ich pierwsze zeznania, jeden z pani synów przewrócił regał i zabił dwóch porywaczy.

— Wszystkie dzieci były żywe, kiedy je porywano.

— Tak. Ale pułkownik Undeirille dowiedziała się czegoś jeszcze. Jesteśmy już niemal całkiem pewni. Porywacze zamierzali zabrać wszystkie pani dzieci. Kiedy zobaczyli maluchy Suabisme, byli przekonani, że to pani kobliki. Na świecie nie ma zbyt wielu dzieci spoza fazy, nawet teraz.