Выбрать главу

Zakładali więc, całkiem logicznie, że małżeństwo Suabisme to nasi ochroniarze.

Boże w zimnych głębiach ziemi. Unnerby wyjrzał przez wąskie okno.

Wydawało się, że jest tam teraz jaśniej niż przedtem, światło pochodziło jednak z aktynicznych lamp strażników. Wiatr wciąż przybierał na sile, ciskając kroplami deszczu o szybę i kołysząc liśćmi paproci. Czekała ich niespokojna, burzowa noc.

Więc Kindred popełnili błąd, bo mieli zbyt dobrą opinię o ochronie Akord. No tak, to oczywiste, że ktoś powinien być z dziećmi.

— Sporo się dowiedzieliśmy od tych dwojga, generale; wiemy, co mó wili porywacze, kiedy weszli do sali i gdy sytuacja wymknęła im się spod kontroli… Ci ludzie nie zamierzali zostawiać żadnych świadków. Suabi sme mieli dzisiaj niezwykłe szczęście, choć oni zapewne tak nie uważa ją. Ta dwójka, którą zabił pani syn, oddzielała ich od dzieci. Jeden trzy mał w ręce odbezpieczony karabin. Pułkownik Undeirille przypuszcza, że napastnicy mieli za zadanie porwać wszystkie dzieci i nie zostawić żadnych świadków. Właściwie martwi cywile i rozlew krwi nawet pasował do ich scenariusza, bo winą można by obarczyć nasze grupy tradycjonalistów.

— W takim razie dlaczego nie mieliby też zostawić kilku martwych dzieci? To ułatwiłoby im ucieczkę. — Victory zadała to pytanie spokojnym, niemal obojętnym tonem, ale Unnerby wyczuwał w nim ogromne napięcie.

— Nie wiemy, proszę pani. Pułkownik Underville przypuszcza jednak, że porywacze nadal są w kraju, być może nawet w Princeton.

— Och? — Sceptycyzm walczył z nadzieją. — Wiem, że Belga zareagowała bardzo szybko, a druga strona też miała swoje problemy. Dobrze. To będzie twoja pierwsza duża akcja w kraju, Rachner, ale chcę, żebyś ściśle współpracował z wywiadem wewnętrznym. Będziesz też musiał wciągnąć do tego policję miejską i handlową. — Klasyczna anonimowość wywiadu Akord miała zostać w najbliższym czasie wystawiona na ciężką próbę. — Staraj się być miły dla ludzi z miasta i handlu. Nie jesteśmy w stanie wojny.

Oni mogą narobić Koronie sporo kłopotów.

— Tak, proszę pani. Wraz z pułkownik Underville uruchomiliśmy już wspólne patrole z policją miejską. Kiedy zainstalujemy telefony, będziemy mieli tutaj wspólny punkt dowodzenia.

— Doskonale… Zdaje się, że pomyślałeś o wszystkim wcześniej niż ja, Rachner.

Thract uśmiechnął się lekko, wstając z miejsca.

— Uratujemy pani dzieci, generale.

Smith zaczęła odpowiadać, zauważyła jednak dwie małe główki wyglądające zza drzwi.

— Wiem, że to zrobicie, Rachner. Dziękuję ci.

Thract odsunął się od stołu, a w pokoju zapanowała na moment niezręczna cisza. Dwoje najmłodszych dzieci Underhilla — może jedyne, jakie pozostały przy życiu — weszło nieśmiało do pokoju. Tuż za nimi postępował dowódca ochrony i trzech żołnierzy. Kapitan Downing niósł złożony parasol, najwyraźniej jednak ani Rhapsa, ani Mały Hrunk nie korzystali z tej osłony. Ich kurtki były przemoczone, a na czarnych pancerzach błyszczały krople deszczu.

Victory nie uśmiechnęła się do dzieci. Ogarnęła spojrzeniem mokre ubrania i parasol.

— Biegaliście po podwórzu?

Odpowiedziała jej Rhapsa; Hrunkner nigdy jeszcze nie widział tej małej diablicy tak potulnej i skruszonej.

— Nie, mamo. Byliśmy z tatą, ale on jest teraz zajęty. Zostaliśmy więc z kapitanem Downingiem… — Umilkła, spoglądając niepewnie na swego strażnika.

Młody kapitan natychmiast stanął na baczność, wyglądał jednak jak żołnierz, który był świadkiem straszliwej klęski swych wojsk.

— Przepraszam, pani generał. Postanowiłem nie korzystać z parasola.

Chciałem mieć dobry widok na wszystkie strony.

— Słusznie, Daram. I… dobrze, że je tutaj przyprowadziłeś. — Umilkła, wpatrując się w swe dzieci. Rhapsa i Mały Hrunk stali przez chwilę w bezruchu, także odpowiadając jej niemym spojrzeniem. Nagle, jakby pchnięte tym samym impulsem, rzuciły się przez pokój ku matce. Chlipiąc głośno i popiskując, wspięły się na Smith, obejmując ją jak ojca. Teraz, kiedy pękła wreszcie tama ich uczuć, płakały głośno i zasypywały matkę pytaniami. Czy wiadomo już coś o Goknie, Viki, Jirlibie i Brencie? Co się teraz stanie? Nie chciały być same.

Uspokoiły się dopiero po dłuższej chwili. Smith patrzyła na nie, przechylając lekko głowę. Unnerby ciekaw był, o czym teraz myśli. Nadal miała dwoje dzieci. Przedziwnym zbiegiem okoliczności napastnicy porwali dwoje innych maluchów. Podniosła rękę w stronę Unnerby’ego.

— Hrunkner, mam do ciebie prośbę. Znajdź małżeństwo Suabisme.

Poproś ich… zaoferuj im moją gościnę. Jeśli chcą to przeczekać w Domu na Wzgórzu… będę zaszczycona.

Byli bardzo wysoko, w jakimś pionowym szybie wentylacyjnym.

— Nie, to nie jest szyb wentylacyjny! — zaoponowała Gokna. — W praw dziwym szybie pełno jest jakichś rur i kabli.

Nie słyszeli szumu wentylatorów, tylko świst wiatru dochodzący gdzieś z góry. Viki skierowała spojrzenie właśnie w tamtą stronę. Dojrzała zakratowane okienko pod sufitem, na wysokości jakichś pięćdziesięciu stóp.

Wąska smuga światła wpadająca przez okno odbijała się od metalowych ścian szybu. Tu, w dole, panował półmrok, było jednak dość jasno, by mogli dojrzeć maty do spania, chemiczną toaletę i metalową podłogę. W miarą upływu czasu w ich więzieniu robiło się coraz cieplej. Gokna miała rację. Znali się wystarczająco dobrze na technice, by wiedzieć, jak wyglądają pomieszczenie użytkowe, takie jak szyb wentylacyjny. Lecz czym w takim razie był ten dziwny pokój?

— Spójrzcie na to. — Wskazała na metalowe dyski przyspawane niechlujnie w różnych punktach ścian. — Może to miejsce zostało porzucone…

albo nie, jest jeszcze w budowie!

— Tak — zgodził się z nią Jirlib. — To wszystko jest jeszcze bardzo świeże. Zaspawali prowizorycznie otwory wejściowe, nie zajęło im to pewnie więcej niż godzinę. — Gokna skinęła głową, nie próbując nawet zatrzymać dla siebie ostatniego słowa. Tak wiele zmieniło się od dzisiejszego ranka.

Jirlib nie był już wyniosłym, zirytowanym rozjemcą ich sporów. Znajdował się teraz pod ogromną presją, musiał też mieć paskudne poczucie winy.

Wraz z Brentem byli przecież najstarsi z całego rodzeństwa, a pozwolił, by do tego doszło. Nie okazywał jednak otwarcie bólu ani zmartwienia, był tylko bardziej cierpliwy niż zwykle.

A kiedy mówił, jego siostry słuchały. I to nie ze względu na jego wiek, po prostu był najinteligentniejszy z nich wszystkich.

— Wydaje mi się, że wiem już, gdzie jesteśmy. — Przerwały mu dzieci, które znów zaczęły się wiercić na jego grzbiecie. Futro Jirliba było jeszcze o wiele za krótkie, by zapewnić im odpowiednie warunki, a on sam już zaczynał śmierdzieć. Aleąuere i Birbop na przemian płakali za swymi rodzicami, to znów niepokojąco milczeli, przywierając ciasno do grzbietu biednego Jirliba. Wyglądało na to, że teraz znów zaczną hałasować. Viki wyciągnęła ręce, zapraszając do siebie małą Aleąuere.

— To znaczy gdzie? — spytała Gokna zadziwiająco pokojowym tonem.

— Widzisz te sieci aterkopów? — odparł Jirlib, wskazując na górę. Sieci były świeże, maleńkie kawałki jedwabiu powiewające na wietrze obok zakratowanego okna. — Każdy podgatunek ma własny wzór. Ten występuje w okolicach całego Princeton, ale gnieżdżą się tylko w najwyższych miejscach. Szczyt Domu na Wzgórzu jest dla nich prawie za niski. Więc…