Przypuszczam, że nadal jesteśmy w mieście i to w miejscu tak wysokim, że musi być widoczne z odległości wielu mil. Jesteśmy albo w dzielnicy wzgórz, albo w tym nowym drapaczu chmur w centrum.
Aleąuere znów zaczęła płakać. Viki pokołysała ją łagodnie. Zawsze potrafiła uciszyć w ten sposób Małego Hrunka, ale… Cud! Płacz Aleąuere ustał. Może była po prostu tak przybita, że nie miała już siły hałasować.
Lecz nie, po kilku sekundach dziewczynka uśmiechnęła się do niej i odwróciła tak, by mogła wszystko widzieć. Dobry mały koblik! Viki kołysała ją jeszcze przez chwilę, po czym przemówiła:
— Zgoda. Może wozili nas w kółko… ale centrum miasta? Słyszeliśmy kilka samolotów, ale co z hałasem ulicznym?
— Słychać go wszędzie dokoła. — Były to niemal pierwsze słowa, które wypowiedział Brent od chwili porwania. Tępy i powolny, taki był Brent. I był też jedynym spośród nich, który zrozumiał we właściwym czasie, co miało się wydarzyć tego ranka. To on odłączył się od pozostałych i ukrył w ciemności. Brent był równie duży jak dorosły — wspinaczka na półkę z lampami obrazowymi mogła przyprawić go o kalectwo. Kiedy wyciągnięto ich z budynku muzeum, Brent utykał. Nie powiedział ani słowa podczas podróży do ich obecnego więzienia, machał tylko ręką, kiedy Jirlib i Gokna pytali go, czy dobrze się czuje.
Wyglądało na to, że złamał jedną przednią nogę i zranił jeszcze co najmniej jedną inną, nie pozwolił im jednak obejrzeć obrażeń. Viki dobrze go rozumiała. Brent czuł się równie zawstydzony jak Jirlib — i nawet bardziej bezużyteczny. Niemal przez godzinę leżał nieruchomo, milczący i ponury, wreszcie wstał i zaczął kuśtykać po więzieniu, opukując ściany. Od czasu do czasu przypadał do podłogi, jakby udawał martwego albo dręczyła go rozpacz. Właśnie tak teraz wyglądał.
— Nie słyszycie ich? — spytał ponownie. — Posłuchajcie brzuchem.
Viki nie bawiła się w to od lat. Podobnie jednak jak wszyscy pozostali ułożyła się zupełnie płasko, przywierając do podłogi. Aleąuere wyskoczyła z jej ramion. Birbop dołączył do siostry. Maluchy biegały między starszymi dziećmi, poszturchując je i zaczepiając. Po chwili zaczęły chichotać.
— Szsz… — poprosiła Viki cicho. To tylko jeszcze bardziej rozśmieszy ło dzieciaki. Jak długo Viki modliła się, by ci dwoje odzyskali humor? Te raz znów chciała, by zamilkli choć na moment. Zamknęła przed nimi umysł i skoncentrowała się. Hm… Nie był to właściwie dźwięk, a przynajmniej nie był przeznaczony dla uszu. Czuła go jednak pod całym tułowiem. Jed nostajne, lekkie drżenie… i inne wibracje, które pojawiały się i znikały.
Ha! To samo czuła w czubkach stóp, spacerując po centrum miasta! O, i to! Drżenie, które pojawiało się zawsze przy gwałtownym hamowaniu cięższych samochodów.
Jirlib chichotał cicho.
— To chyba wszystko wyjaśnia! Myśleli, że są tacy sprytni, kiedy zamk nęli nas w tej klatce, ale my jesteśmy sprytniejsi.
Viki podniosła się do wygodniejszej pozycji i wymieniła porozumiewawcze spojrzenia z Gokną. Jirlib był mądrzejszy, sprytem jednak nigdy nie dorównywał swym siostrom. Gokna odparła łagodnym tonem, częściowo z grzeczności, a częściowo dlatego, że ton zgodny z treścią jej słów ponownie przestraszyłby maluchy.
— Jirlib, oni chyba wcale nie próbowali ukrywać tego przed nami.
Jirlib poruszył głową, powtarzając niemal dokładnie tak dobrze im znany gest „brat wie lepiej”. Potem wychwycił jej ton.
— Gokna, mogli zawieźć nas tutaj w ciągu pięciu minut. A jechaliśmy przez ponad godzinę. Dlaczego…
— Myślę, że zrobili to, by zmylić ludzi mamy — przerwała mu Viki. — Ci koberzy mieli kilka samochodów, dwa razy się zmieniali, pamiętasz? Może nawet rzeczywiście próbowali wyjechać z miasta, ale zobaczyli, że nie mogą tego zrobić. — Viki ogarnęła gestem ich więzienie. — Nie są głupcami i wiedzą, że widzieliśmy już o wiele za dużo. — Starała się mówić swobodnym tonem. Birbop i Aleąuere podeszły do Brenta, który nadal leżał na podłodze, i zaglądały do jego kieszeni. — Moglibyśmy ich zidentyfikować, Jirlib.
Widzieliśmy też kierowcę i tę kobietę przy tylnym wyjściu z muzeum.
Powiedziała mu o. karabinie, który dostrzegła na podłodze w muzeum.
Jirlib spojrzał na nią z przerażeniem.
— Więc uważacie, że to nie są tradycjonaliści, którzy tylko chcą na straszyć tatę i generała?
Viki i Gokna jednocześnie zaprzeczyły. Gokna oświadczyła głośno:
— Myślę, że to żołnierze, Jirl, bez względu na to, co nam mówią. — Kiedy porywacze pojawili się w sali wideomancji, twierdzili, że są ochroniarzami mamy. Nim przywieźli ich do tego miejsca, mówili jak tradycjonaliści; te dzieci są straszliwym przykładem dla przyzwoitych ludzi. Nie zrobią im krzywdy, ale świat przekona się wreszcie, jakimi zboczeńcami są ich rodzice. Powtarzali tak bez przerwy, ale i Gokna i Viki zauważyły, że robią to bez przekonania. Większość tradycjonalistów występujących w radiu wręcz dyszała nienawiścią; ci, których Viki i Gokna poznały osobiście, wpadali we wściekłość na ich widok. Porywacze byli spokojni, dla nich dzieci stanowiły tylko towar. Pod maską profesjonalizmu Viki zauważyła tylko gniew wywołany tym, co stało się z dwójką ich towarzyszy w muzeum, a od czasu do czasu… ślad współczucia dla samych dzieci.
Jirlib wzdrygnął się, wyciągnąwszy odpowiednie wnioski z tego, co powiedziała mu Gokna, ale zachował milczenie. Z ponurego zamyślenia wyrwały go radosne okrzyki dzieci. Aleąuere i Birbop nie zwracali uwagi na Goknę, Viki ani Jirliba. Odkryli właśnie sznurek, który Brent trzymał w kieszeni kurtki. Aleąuere odskoczyła do tyłu, rozciągając sznurek w obszernym łuku. Birbop pochwycił drugi koniec i obiegł Brenta dokoła, jakby chciał związać mu nogi.
— Hej, Brent, myślałam, że wyrosłeś już z takich zabaw — powiedzia ła Gokna, siląc się na swobodny ton.
Brent był nieco zmieszany, lecz odpowiedział spokojnie:
— Kiedy jestem długo poza domem i nie mam swoich rur i piast, okropnie się nudzę. Sznurkiem można bawić się wszędzie. — Choć umie jętności te nie mogły przydać mu się do niczego w dorosłym życiu, Brent uwielbiał tworzyć różne wzory ze sznurka i był w tym prawdziwym eksper tem. Kiedy był młodszy, często przewracał się na grzbiet i używał wszyst kich rąk i nóg — nawet rąk pożywiających — do tworzenia jeszcze bardziej skomplikowanych wzorów. Było to jedno z tych dziwacznych hobby, w któ rych się lubował.
Birbop, który nadal trzymał w ręce koniec sznurka, wbiegł jakieś dziesięć lub piętnaście stóp po ścianie, zręcznie wykorzystując wszystkie punkty zaczepienia. Tylko bardzo młode dzieci potrafiły dokonać takiej sztuki. Pociągnął za sznurek, prowokując siostrę, by zrobiła to samo. Kiedy zatrzymała się obok niego, wspiął się kolejne pięć stóp. Był równie zręczny jak niegdyś Rhapsa, może nawet bardziej.
— Nie tak wysoko, Birbop, spadniesz! — Viki zachowywała się teraz jak tata.
Ściany pięły się pionowo w górę. Jakieś pięćdziesiąt stóp ponad dziećmi znajdowało się maleńkie okno. Viki zauważyła, że Gokna wpatruje się z napięciem w to właśnie miejsce.
— Myślisz o tym, co ja? — spytała Viki.
— Chyba tak. Kiedy Rhapsa była taka mała, mogła wspiąć się na samą górę. — Ich porywacze nie byli tacy sprytni, jak im się wydawało. Każdy, kto opiekował się kiedyś małymi dziećmi, zachowałby większą ostrożność. Lecz obaj mężczyźni, którzy brali udział w porwaniu, byli jeszcze zbyt młodzi, by coś o tym wiedzieć.