— Ale jeśli spadnie…
Gdyby tak się stało, upadku nie zamortyzowałaby sieć gimnastyczna ani nawet miękki dywan. Dwulatki ważyły od piętnastu do dwudziestu funtów. Uwielbiały się wspinać, jakby przeczuwały, że kiedyś będą duże i ciężkie, skazane wyłącznie na wspinaczkę po schodach i małe, ostrożne skoki. Dzieci mogły spaść ze znacznie większej wysokości niż dorośli, nie wyrządzając sobie przy tym krzywdy, lecz nawet ich wytrzymałość miała swoje granice. Dwulatki rzecz jasna o tym nie wiedziały. Wystarczyło kilka słów, by Birbop ruszył w górę, aż do okna. Wydawało się, że ma spore szanse, by tam dotrzeć…
Normalnie Viki i Gokna bez wahania podjęłyby ryzyko, tutaj jednak chodziło o życie kogoś innego… Dziewczynki patrzyły na siebie przez chwilę.
— No… nie wiem, Viki.
A jeśli nie zrobią nic? Dzieci prawdopodobnie zginą wraz z nimi. Każdy wybór mógł przynieść straszliwe konsekwencje. Nagle Viki ogarnął ogromny strach; podeszła do ściany i stanęła pod uśmiechniętym Birbopem. Jej ręce niemal same wyciągnęły się w górę, by ściągnąć dzieciaka na podłogę. Zmusiła się do ich opuszczenia i spytała swobodnym, niezobowiązującym tonem:
— Hej, Birbop, myślisz, że możesz wynieść tę nić aż do samego okna?
Birbop przechylił głowę, zwrócił swe dziecięce oczy ku górze.
— Jasne. — 1 już ruszył w drogę, przemieszczając się od jednego punk tu zaczepienia do drugiego, pokonując kolejne przeszkody. Jestem twoimdłużnikiem, maluchu, nawet jeśli tego nie wiesz.
Tymczasem Aleąuere złościła się, że to Birbop, a nie ona skupia na sobie uwagę wszystkich. Pociągnęła za sznurek, omal nie odrywając swego brata od ściany, gdy ten znajdował się już na wysokości dwudziestu stóp.
Gokna wzięła ją na ręce, odsunęła od sznurka i podała Jirlibowi.
Viki starała się stłumić strach, który ją opanował; patrzyła, jak dziecko wspina się coraz wyżej i wyżej. A kiedy dostanie się do okna, co wtedy?
Wyrzucić jakiś list? Ale nie mieli nic do pisania i nie wiedzieli, gdzie właściwie się znajdują ani gdzie wiatr zaniesie ich wiadomość… I nagle zrozumiała, jak jedna rzecz może rozwiązać oba te problemy.
— Brent, twoja kurtka. — Gestem poprosiła Goknę, by pomogła mu ją zdjąć.
— Tak! — Gokna ciągnęła za rękawy i nogawki, nim jeszcze Viki przedstawiła jej swój pomysł. Przez moment Brent patrzył na nie ze zdumieniem, potem jednak zrozumiał i sam zaczął im pomagać. Jego kurtka była niemal równie duża jak kurtka Jirliba, ale nie miała rozcięć na grzbiecie. We trójkę rozciągnęli ją mocno między sobą i przesuwali się o krok to w jedną, to w drugą stronę, próbując nadążyć za ruchami Birbopa. Może, gdyby spadł…
Takie rozwiązanie zawsze sprawdzało się w książkach przygodowych. Teraz jednak, stojąc tu na dole i ściskając kurtkę, Viki nie mogła sobie wyobrazić podobnego sukcesu.
Aleąuere nadal wrzeszczała, próbując wyrwać się z uścisku Jirliba.
Birbop śmiał się z niej. Był bardzo zadowolony, że znajduje się w centrum zainteresowania, robiąc przy tym coś, za co normalnie dostałby porządne lanie. Czterdzieści stóp. Teraz poruszał się już wolniej. Coraz trudniej było mu znaleźć oparcie dla rąk i nóg; dotarł już ponad mocowania głównego wentylatora. Kilkakrotnie omal nie wypuścił sznurka, przekładając go z rąk do rąk. Przystanął na nieprawdopodobnie wąskiej półce i jednym skokiem pokonał trzy stopy dzielące go od okna. Pochwycił kraty jedną ręką i już po sekundzie stał na krawędzi okna.
Wyposażone tylko w dwoje oczu, i to z przodu, dzieci musiały niemal obrócić się dokoła, by zobaczyć, co znajduje się za nimi. Birbop po raz pierwszy spojrzał w dół. Triumfalny śmiech zamienił się nagle w grymas przerażenia, kiedy zobaczył, jak wysoko zaszedł. Nawet jego dziecięce instynkty podpowiadały mu, że powinien się bać. Nie bez powodu rodzice zabraniali wspinać się zbyt wysoko. Birbop uchwycił się kurczowo krat wszystkimi rękami i nogami.
Potem nie mogli go przekonać, że nikt nie może wejść na górę, by mu pomóc, i że potrafi sam zejść z powrotem. Viki nie przypuszczała, że będą mieli z tym problem. Kiedy Rhapsa czy Mały Hrunk wspinali się czasem na niebezpieczne wysokości, bez kłopotu schodzili potem na dół.
Kiedy wydawało się już, że nic nie wyrwie Birbopa ze stanu paraliżującego przerażenia, jego siostra przestała płakać i zaczęła się z niego śmiać. Wtedy już bez trudu przekonali go, by przesunął nić pomiędzy kratami okna, a potem wykorzystał ją jako rodzaj windy podczas wędrówki w dół.
Większość dzieciaków sama wpadała na ten pomysł, ześlizgując się po nici z niezwykłą zręcznością; może była to pozostałość jakichś zwierzęcych umiejętności. Birbop ruszył powoli w dół, obejmując nić pięcioma kończynami, trzema zaś przytrzymując się ściany i hamując spadanie. Kiedy jednak przebył pięć stóp i zrozumiał, jak łatwa i przyjemna jest taka jazda, trzymał nić już tylko trzema rękami — a potem dwoma. Odbijał się stopami od ściany, lecąc w dół jak atakujący tarant. Viki, Gokna i Brent skakali tymczasem z miejsca na miejsce, bezskutecznie próbując utrzymać prowi-’ zoryczną sieć prosto pod nim… a Birbop był już na dole.
Przez moment wszyscy patrzyli na lśniącą, podwójną nić ciągnącą się od podłogi aż po zakratowane okno.
Gokna i Viki spierały się o to, która z nich wykona następny krok. Viki wygrała ten pojedynek; ważyła niecałe osiemdziesiąt funtów, mniej niż Gokna, nie mówiąc już o Brencie czy Jirlibie. Pociągnęła mocno za nić i podciągnęła się na niej na próbę. Tymczasem Brent i Gokna odrywali jedwabną podszewkę z jego kurtki. Podszewka miała czerwone i niebieskie plamy. Co ważniejsze, składała się z kilku złożonych razem warstw.
Po rozpruciu szwów otrzymali więc flagę lekką jak dym i długą na piętnaście stóp. Ktoś musiał ją zauważyć.
Gokna złożyła płótno w kostkę i podała je Viki.
— Jesteś pewna, że ta nić wytrzyma?
— Jasne. — Może. Nić była mocna i rozciągliwa, czy mogła jednak utrzymać ciężar jej ciała?
To, co powiedział Brent, pocieszyło ją bardziej niż wszystkie pobożne życzenia:
— Myślę, że wytrzyma. Lubię zawieszać różne rzeczy w moich projek tach. Zabrałem tę nić z laboratorium mechanicznego.
Viki zdjęła kurtkę, pochwyciła flagę w ręce pożywiające i ruszyła do góry. Widziała, jak wszyscy zgromadzeni na dole przyglądają jej się z przejęciem, rozciągając mocno kurtkę Brenta. Viki uśmiechnęła się w duchu sarkastycznie; gdyby spadła, ta prowizoryczna „siatka bezpieczeństwa” z pewnością by jej nie uratowała. Kołysząc się lekko, wchodziła coraz wyżej i wyżej. Właściwie było to całkiem łatwe. Nawet dorosła osoba nie miałaby z tym kłopotów — oczywiście pod warunkiem, że mogłaby podtrzymywać się dwóch lin, tak jak ona. Viki obserwowała jednocześnie nić i ścianę oraz wejście do ich więzienia. Do tej pory nie martwiła się, że ktoś im może przerwać. Sukces był jednak tak blisko. Wszystko poszłoby na marne, gdyby jeden z porywaczy postanowił zajrzeć do nich właśnie teraz. Jeszcze kilka stóp…
Wsunęła przednie ręce między kraty i zawisła przy oknie. Nie miała gdzie postawić stóp, a kraty znajdowały się tak blisko siebie, że nawet dziecko nie przecisnęłoby się na zewnątrz… ale co za widok! Znajdowali się na szczycie jednego z tych gigantycznych, nowych budynków, co najmniej trzydzieści pięter nad ziemią. Niebo zasnuło się chmurami, wiatr wiał z ogromną prędkością wzdłuż ściany. Widok zasłaniały jej częściowo skrzydła budynku, ale Princeton rozciągało się pod nią jak jakiś wielki, piękny model. Widziała jedną z głównych ulic na całej jej długości, widziała autobusy, samochody i ludzi. A gdyby ktoś spojrzał w jej stronę… Viki rozwinęła flagę i wysunęła ją przez okno. Wiatr omal nie wyrwał jej z ręki.