Wie, że bardzo trudno byłoby zabić panią czy pani męża. Porwanie dzieci otwiera…
Ręce generał wystukiwały jakiś złożony rytm na stole sytuacyjnym.
— Proszę mówić dalej, majorze.
Udawaj, że rozmawiamy o dzieciach kogoś innego.
— Pani generał, Sherkaner Underhill często mówił w radiu o swoich uczuciach, o tym, jak bardzo ceni każde ze swych dzieci. O ile mi wiado mo… — od agenta, który zdemaskował się, by zdobyć te informacje — …Pedure nie widzi niczego złego w porwaniu pani dzieci, a spodziewa się od nieść wiele korzyści. Miała nadzieję, że uda się wywieźć je z Akord, a po tem po cichu dręczyć panią i pani męża przez dłuższy czas — może przez całe lata. Uważa, że w takiej sytuacji nie moglibyście normalnie pracować.
Smith zastanawiała się nad tym przez moment.
— Gdyby zabijała je jedno po drugim i przysyłała nam kawałki ich ciał… — Umilkła raptownie. — Masz rację co do Pedure. Ona wiedziałaby, jak postępować ze mną i Sherkanerem. Dobrze, chcę, żebyś razem z Bel ga-Zadzwonił jeden z telefonów, wewnętrzna linia Domu na Wzgórzu.
Victory Smith sięgnęła szybko po słuchawkę.
— Smith.
Słuchała przez chwilę, po czym gwizdnęła głośno.
— Oni co? Ale… Dobrze, Sherkaner, wierzę ci. Tak, Jaybert powinien przekazać to Undendlle, postąpił słusznie.
Odłożyła słuchawkę i zwróciła się do Thracta:
— Sherkaner znalazł klucz. Odcyfrował wiadomości z ostatniej nocy.
Wygląda na to, że dzieci są przetrzymywane w wieży Plaża Spar, w cen trum miasta.
Tym razem zadzwonił telefon obok Thracta. Rachner włączył głośnik i podniósł słuchawkę.
— Thratt, słucham.
Z głośnika dobiegł głos Belgi Underville, która zwracała się właśnie do kogoś z boku:
— Zrobili to? No to ich zamknijcie! — Potem głośniej: — Słuchasz mnie, Thract? Mam ręce pełne roboty. Przed chwilą zadzwonili do mnie jacyś technicy z informacją, że ofiary są przetrzymywane na ostatnim piętrze Plaża Spar. To prawda?
— To nie byli moi technicy, ale ta informacja jest bardzo ważna, pułkowniku, od kogokolwiek by pochodziła.
— Cholera, miałam już prawdziwy trop. Policjanci miejscy zauważyli jedwabną flagę zawieszoną na wieży Banku Princeton. — Budynek ten znajdował się o jakieś pół mili od Plaża Spar. — To był fragment takiej kurtki, jaką opisał Downing.
Smith pochyliła się nad mikrofonem i spytała:
— Belga, czy coś było przyczepione do tej flagi? Jakiś list?
Belga Undendlle umilkła na moment. Thract wyobrażał sobie, jak pułkownik próbuje zapanować nad irytacją. Belga chętnie skarżyła się innym kolegom na tę „przeklętą głupią technikę”, ale nie ośmieliłaby się zrobić tego przy Smith.
— Nie, szefowo. Kurtka była mocno poszarpana. Technicy może i mają rację co do Plaża Spar, ale to bardzo tłoczne miejsce. Poślę kilku ludzi na niższe piętra, będą udawać klientów. Ale…
— Dobrze. Tylko spokojnie, podejdźcie jak najbliżej.
— Szefowo, myślę, że ta wieża, na której znaleźliśmy flagę, to lepszy typ. Jest jeszcze prawie całkiem pusta i…
— Dobrze. Sprawdźcie oba miejsca.
— Tak jest. Mamy tylko problem z policją miejską. Zabrali się do tego sami, wie pani, syreny i tak dalej.
Zeszłego wieczora Victory Smith pouczała Thracta o sile lokalnej policji. Lecz była to głównie siła ekonomiczna i polityczna. Teraz rzuciła do mikrofonu.
— Zrobili to? No to ich zamknijcie! Biorę odpowiedzialność na sie bie. Machnęła na Thracta.
— Jedziemy do centrum.
Trzydzieści jeden
Shynkrette krążyła nerwowo po swym „punkcie dowodzenia”. Sama nie wiedziała, czy mieli więcej szczęścia, czy pecha. Przygotowanie do tej akcji miały trwać prawie sto dni. Tymczasem udało im się osiągnąć cel zaledwie dziesięć dni po zrzucie. Cała operacja stanowiła nieprawdopodobną mieszankę przypadku, szczęścia i pecha. I co w tym nowego?
Drogą do awansu były sukcesy odnoszone w rzeczywistych sytuacjach, a Shynkrette wychodziła już cało z gorszych opałów. Śmierć Barkera i Fremma to wynik nieszczęśliwego zbiegu okoliczności i chwili nieuwagi. Może najgorszym błędem było pozostawienie żywych świadków — przynajmniej najgorszym błędem, za który można ją obwinie. Z drugiej strony mieli sześcioro dzieci, a co najmniej czworo z nich było pierwotnym celem akcji. Ewakuacja z muzeum przebiegała bez przeszkód, nie zdołali jednak przebić się na lotnisko. Miejscowa ochrona Akord działała odrobinę za szybko — może właśnie dzięki tym pozostałym przy życiu świadkom. To biuro znajdowało się w budynku Plaża Spar, na dwudziestym piątym piętrze. Mieli stąd doskonały widok na miasto — tylko nie bezpośrednio w dół. W pewnym sensie siedzieli tu zamknięci jak w pułapce — kto ukrywa się niemal na dachu wieżowca? Z drugiej strony… Shynkrette zatrzymała się przy sierżancie swojej grupy.
— Co mówi Trivelle, Denni?
Sierżant odsunął słuchawkę od ucha.
— W holu na dole przeciętny ruch. Ma jakichś interesantów. Stary pierdziel i jacyś koberzy z ostatniego pokolenia. Chcą wynająć powierzchnię biurową.
— Dobrze. Mogą obejrzeć pomieszczenia na trzecim piętrze. Jeśli chcą zobaczyć coś innego, niech wrócą jutro. — Jutro, jeśli Głębia da, Shynkrette i jej zespół będą już daleko stąd. Wylecieliby już w nocy, gdyby nie burza.
Wojskowi Akord nawet nie przypuszczali, co potrafią helikoptery oddziałów specjalnych Kindred. Jeśli nie popełnią żadnego błędu i nadal będzie dopisywać im szczęście, wrócą do domu z cenną zdobyczą.
Podręczniki szpiegowskie Kindred zawsze poświęcały wiele miejsca zabójstwom. Przy okazji tej operacji wielebna Pedure dopisywała nowy, eksperymentalny rozdział. Głębio, co Pedure chciała zrobić z tymi dzieciakami. Shynkrette wzdrygnęła się na samą myśl. Pracowała dla Pedure od Wielkiej Wojny i wraz z nią pięła się po szczeblach kariery. Zdecydowanie jednak wolała wykonywać zadania w terenie, niż przebywać z nią w komnatach tortur Kindred. W komnatach ludzkie ciała… tak łatwo…
zmieniały kształt. A śmierć przychodziła tam bardzo powoli.
Shynkrette obserwowała ulice przez lornetkę… Cholera, konwój policyjny, migoczące światła. Rozpoznała specjalny sprzęt na samochodach.
To był policyjny zespół „ciężkiego uzbrojenia”. Ich taktyka polegała głównie na zastraszaniu przestępców, którzy sami oddawali się w ich ręce. Te światła — i syreny, które miała zapewne usłyszeć za moment — stanowiły część owej strategii zastraszania. W tym wypadku policja popełniła jednak poważny błąd. Shynkrette biegła już z powrotem wokół pierścienia biur, ściągając po drodze z grzbietu swój karabin.
— Sierżancie! Idziemy na górę.
Denni uniósł głowę, zdumiony.
— Trivelle mówi, że słyszy syreny, ale jadą chyba gdzieś indziej. Zbieg okoliczności? Może policjanci chcieli postraszyć kogoś innego swoimi pukawkami? Shynkrette przystanęła niezdecydowana. Denni podniósł tymczasem rękę, kontynuując:
— Ale mówi też, że zniknęli ci trzej interesanci, może poszli do ubi kacji. Sprawa była więc przesądzona; Shynkrette poderwała sierżanta z miejsca.
— Powiedz Trivelle’owi, żeby się stamtąd zmywał. — Jeśli może. — Prze chodzimy do planu piątego. — Zawsze istnieje jakiś inny plan, jak powta rzano półżartem w oddziałach specjalnych. Zostali ostrzeżeni. Prawdopo dobnie mogli jeszcze wydostać się z budynku, wmieszać w tłum cywilów.