Выбрать главу

Kapral Trivelle miał mniejsze szanse, ale wiedział tak mało… Misja nie była jeszcze stracona. Jeśli nie popełnią teraz żadnego błędu, będzie ją nawet można uznać za częściowy sukces.

Kiedy wbiegali na centralne schody, Denni wyciągał swój karabin i nóż bojowy. Sukces oznaczał w przypadku planu piątego chwilową zwłokę, ale na tyle długą, by zdążyli zabić wszystkie dzieci. Na tyle długą, by wyglądało to naprawdę paskudnie. Pedure chciała najwyraźniej, by w Akord ktoś dostał za to porządnie po głowie. Shynkrette wydawało się to nonsensowne, ale nie znała przecież wszystkich faktów. Nieważne. Pod koniec wojny pomagała przy masakrze w pewnej otchłani. Nic nie mogło być gorsze od tego, ale skradzione dobra sfinansowały odrodzenie Kindred.

Do diabła, prawdopodobnie wyświadczała tym dzieciom przysługę; dzięki niej miała je ominąć randka z wielebną Pedure.

Prawie przez cały ranek Brent leżał płasko na metalowej podłodze. Wyglądało na to, że był równie zniechęcony jak Viki i Gokna. Jirlib zajmował się pocieszaniem dwójki dzieci. Maluchy były teraz okropnie nieszczęśliwe i nie chciały mieć do czynienia z Viki i Gokną. Żadne z nich nic nie jadło od poprzedniego popołudnia.

Niewiele też mogli już zrobić, by poprawić swoją sytuację. W świetle poranka ujrzeli, że ich flaga zniknęła. Spróbowali jeszcze raz, ale druga flaga nie trzymała się nawet przez pół godziny. Potem Gokna i Viki spędziły trzy godziny na rozsnuwaniu nici przed jedynym wejściem do pokoju.

Brent bardzo im w tym pomógł — naprawdę doskonale znał się na różnych węzłach i sieciach. Gdyby jakiś nieprzyjaciel przeszedł przez te drzwi, natknąłby się na naprawdę nieprzyjemną niespodziankę. Jeśli jednak ten ktoś będzie uzbrojony, to czy sieć w czymkolwiek im pomoże? Gdy zaczęli się o to spierać, Brent ponownie wycofał się w róg pokoju i ułożył na podłodze.

Tymczasem wąski pas światła słonecznego przesuwał się powoli po ścianach ich więzienia. Zbliżało się już zapewne południe.

— Słyszę syreny — odezwał się nagle Brent po godzinie milczenia. — Połóżcie się i posłuchajcie.

Gokna i Viki posłusznie przywarły do podłogi. Jirlib próbował uciszyć dzieci.

— Tak, słyszę je.

— To syreny policyjne, Viki. Słyszysz tupot?

Gokna zerwała się z miejsca i ruszyła biegiem do drzwi. Viki została jeszcze przez moment na podłodze.

— Ucisz się, Gokna!

Nawet dzieci zamilkły. Viki słyszała teraz inne dźwięki; ciężki warkot wentylatorów gdzieś niżej w budynku, hałas ulicy, który słyszeli już wcześniej… teraz dołączyło do nich jednak staccato wielu stóp wbiegających na schody.

— Są blisko — powiedział Brent.

— Idą po nas.

— Tak. — Brent umilkł na moment. — Słyszę też innych. Są dalej albo zachowują się ciszej.

To nie miało już większego znaczenia. Viki podbiegła do drzwi, zajęła miejsce obok Gokny. Ich plan przedstawiał się dość żałośnie, lecz nie mieli żadnego wyboru. Wcześniej Jirlib spierał się z nimi, twierdząc, że to on powinien zaatakować napastników z góry, uczepiony nici. Tak, ale on stanowił tylko jeden cel, a ktoś musiał trzymać dzieci z dala od linii ognia. Teraz więc Viki i Gokna stały przytulone do ściany po obu stronach drzwi, pięć stóp nad wejściem. Obie przytrzymywały się sieci uplecionej przez Brenta.

Brent wstał i stanął po prawej stronie drzwi. Jirlib ustawił się nieco dalej. Mocno tulił do siebie Birbopa i Aleąuere, ale już nie próbował ich pocieszać. Te jednak przestały płakać. Może rozumiały, a może kierował nimi instynkt.

Viki czuła przez ścianę drżenie wywołane tupotem nóg. Dwoje ludzi.

Jeden powiedział coś cicho do drugiego. Viki nie słyszała słów, rozpoznała jednak głos przywódczyni porywaczy. W zamku zazgrzytał klucz. Jirlib postawił dzieci na podłodze. Wszyscy trwali w absolutnej ciszy i bezruchu — a Jirlib odwrócił się do drzwi, gotów do skoku. Viki i Gokna przywarły mocniej do ściany. Naciągnęły linę do granic wytrzymałości. Wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. To one wpakowały wszystkich w tę kabałę.

Ściągnęły śmiertelne niebezpieczeństwo na niewinnych ludzi. Teraz nadszedł czas zapłaty.

Drzwi uchyliły się lekko, metal zazgrzytał o metal. Brent wyprężył się, gotowy do skoku.

— Proszę, nie róbcie mi krzywdy — powiedział tym samym, monotonnym głosem co zawsze. Brent po prostu nie umiał grać, choćby zależało od tego jego życie, lecz w tym akurat wypadku przemawiał dokładnie jak ktoś, kto stracił ze strachu zmysły.

— Nikt nie zamierza was skrzywdzić. Chcemy przenieść was do jakiegoś lepszego miejsca i dać wam coś do jedzenia. Wychodźcie. — Przywódczyni porywaczy mówiła spokojnym, rzeczowym tonem. — No wychodźcie — powtórzyła nieco ostrzej. Naprawdę myślała, że może zabić ich wszystkich, nie ruszając się nawet z miejsca? Minęła sekunda, dwie… Viki usłyszała ciche westchnienie irytacji. Potem ktoś się poruszył.

Gokna i Viki runęły w dół. Gdyby nie trzymały się nici, roztrzaskałyby sobie czaszki na podłodze. Elastyczne włókno pociągnęło je jednak z powrotem, przez otwarte drzwi.

Strumień pocisków wystrzelił w bok, w stronę, z któcej dobiegał głos Brenta.

Viki dojrzała głowę, ramiona i jakiś karabin. Uderzyła prosto w tylną część grzbietu przywódczyni, powalając ją na podłogę i wytrącając jej karabin z ręki. Lecz drugi kober stał kilka stóp dalej. Gokna trafiła go 3między ramiona, próbowała przytrzymać się jego grzbietu. Porywacz odrzucił ją od siebie. Seria pocisków z jego karabinu uderzyła prosto w tułów Gokny. Fragmenty pancerza i krew zbryzgały ścianę za jej grzbietem.

Wtedy dopadł go Brent.

Tymczasem rywalka Viki zerwała się na równe nogi i uderzyła nią w górną ramę drzwi. Ciemność zasnuła świat wokół niej. Jeszcze przez moment słyszała dobiegające z dala strzały i inne głosy.

Trzydzieści dwa

Viki nie była poważnie ranna, miała tylko niewielkie wewnętrzne krwawienie, które lekarze zatamowali bez większych problemów. Jirlib miał powykręcane ręce i kilka wgnieceń w pancerzu. Biedny Brent znajdował się w znacznie gorszym stanie.

Kiedy ten dziwny major Thract skończył już zadawać im pytania, Viki i Jirlib odwiedzili Brenta w domowym lazarecie. Tata już tam był, przycupnął obok łóżka. Uwolniono ich ponad trzy godziny temu; tata nadal nie otrząsnął się z szoku.

Brent leżał spowity grubą warstwą bandaży, w zasięgu ręki miał syfon z wodą. Przechylił głowę, kiedy weszli, i uśmiechnął się słabo.

— Hej, nic mi nie jest. — Tylko dwie złamane nogi i kilka ran postrza łowych.

Jirlib poklepał go po ramionach.

— Gdzie jest mama? — spytała Viki.

Głowa taty zachwiała się niepewnie.

— Jest gdzieś w budynku. Obiecała, że zobaczy się z wami dziś wie czorem. Po prostu zbyt wiele się dzisiaj wydarzyło. Wiecie, że nie zrobili tego jacyś szaleńcy?

Viki skinęła głową. W domu było więcej ochroniarzy niż kiedykolwiek, a po podwórzu kręcili się nawet umundurowani żołnierze. Ludzie majora Thracta zadawali im mnóstwo pytań, chcieli wiedzieć, jak zachowywali się porywacze, jak mówili, jak się poruszali. Próbowali nawet zahipnotyzować Viki, by wycisnąć z niej absolutnie wszystko, co zapamiętała.

Mogłaby oszczędzić im kłopotu. Viki i Gokna przez wiele lat bezskutecznie próbowały zahipnotyzować się nawzajem.