— Prawie. Kiedyś się o tym przekonają. — Nawet poprzez buczenie i szum Ezr słyszał chichot Phama.
— Kiedy możemy się spotkać?
— Spróbujmy zrobić to tak, żeby analitycy Brughla niczego nie zauważyli. Chwileczkę… Schodzę z wachty za niecałe dwieście Ksekund.
Kiedy ty znów wrócisz, ja będę już aktywny. Myślę, że spotkamy się właśnie wtedy.
Ezr westchnął. Za pół roku życia. Ale jakoś wytrzyma.
Trzydzieści cztery
Salonik Benny’ego był początkowo nielegalnym przedsięwzięciem, jawnym dowodem istnienia wielkiego czarnego rynku — jednej z największych zbrodni w pojęciu Emergentów; w czystym nese Queng Ho termin „czarny rynek” istniał, ale oznaczał „handel, który trzeba prowadzić w ukryciu ze względu na niechęć miejscowych Klientów”. W małej społeczności LI prowadzenie handlu w ukryciu było praktycznie niemożliwe.
Podczas pierwszych lat działalności saloniku tylko wstawiennictwo Qiwi Lisolet chroniło go przed likwidacją. Teraz… Benny Wen uśmiechnął się do siebie, ustawiając napoje i jedzenie pod barem. Teraz spędzał tu wszystkie wachty. Co ważniejsze, było to zajęcie, z którym jego ojciec mógł radzić sobie niemal sam, kiedy on i Gonie pozostawali w uśpieniu. Hunte Wen nadal był cichym, miłym, lekko roztargnionym człowiekiem, nigdy też nie powrócił do swych naukowych zainteresowań. Uwielbiał za to zarządzać salonikiem. Kiedy robił to sam, w salonie działy się czasem dziwne rzeczy.
Czasami miał śmieszne i niepraktyczne pomysły, niekiedy przeprowadzał doskonałe usprawnienia. Kiedyś na przykład wyżebrał perfumowany lakier z rafinerii substancji lotnych. Lakier w niewielkich ilościach wydzielał przyjemny zapach, ale położony na ścianach saloniku straszliwie cuchnął.
Przez jakiś czas życie towarzyskie kwater toczyło się w największej świetlicy. Innym znów razem — cztery lata później — kiedy ojciec Qiwi wynalazł przystosowaną do zerowego ciążenia winorośl i połączony z nią ekosystem, Hunte Wen udekorował nią ściany i meble salonu, zamieniając go w piękną, przypominającą park przestrzeń.
Winorośle i kwiaty nadal tu pozostawały, choć Hunte nie był na wachcie już od dwóch lat.
Benny odepchnął się od baru, rozpoczynając długi obchód sali. Roznosił napoje i jedzenie do poszczególnych stolików, przyjmując w zamian papierowe kwitki. Postawił właśnie bańkę piwa i pojemnik z jedzeniem przed Trudem Silipanem. Silipan podał mu kwitek z tą samą co zawsze cwaną miną. Najwyraźniej uważał, że obietnica nie ma żadnego znaczenia, że płaci tylko dla formalności.
Benny uśmiechnął się i ruszył dalej. Kim był, żeby spierać się z Silipanem — i w pewnym sensie Trud miał rację. Lecz od pierwszych wacht bardzo mało osób odmówiło wprost spełnienia danej wcześniej obietnicy.
Owszem, wielu próbowało się jakoś wykręcić. Jedyne przysługi, jakie mógł wyświadczać Trud, dotyczyły usług fiksatów. Oczywiście zawsze wynajdywał jakieś trudności — nie mógł znaleźć odpowiednichspecjalistów, nie miał dość czasu, by wydobyć od twardogłowych najlepsze odpowiedzi i tak dalej. Ale nawet Trud próbował się zwykle jakoś odwdzięczyć, nakłaniając choćby Alego Lina do zaprojektowania winorośli do saloniku.
Wszyscy wiedzieli bowiem, że za farsą papierowych obietnic kryje sięTomas Nau, który — ze względu na własny interes czy też z miłości do Qiwi — chronił podziemną gospodarkę Queng Ho.
— Hej, Benny, tutaj! — Jau Xin machał doń od górnego stołu, stołu „kółka dyskusyjnego”. Wydawało się, że wachta po wachcie siedzą tu ludzie tego samego pokroju. Oczywiście poszczególne wachty zachodziły na siebie i to zapewne podczas tych okresów przejściowych ustalił się zwyczaj, że klienci, którzy chcą porozmawiać o tym, „kiedy to wszystko wreszcie się skończy”, siadali przy tym właśnie stoliku. Podczas tej wachty był to Xin i oczywiście Rita Liao, pięć czy sześć innych, dobrze mu znanych twarzy i — aha, ktoś, kto naprawdę znał się na swojej pracy.
— Ezr! Myślałem, że pojawisz się tu najwcześniej za czterysta Ksekund. — Do diabła, chętnie zostałby tutaj i posłuchał ich rozmowy.
— Cześć, Benny! — Na twarzy Ezra pojawił się przyjazny uśmiech. Zabawne, kiedy nie widzi się kogoś przez dłuższy czas, wszystkie zmiany w jego wyglądzie wydają się nagle ostrzejsze. Ezr — podobnie jak Benny — nadal był młodym człowiekiem, ale już nie dzieckiem. W kącikach jego oczu pojawiły się delikatne zmarszczki. Zachowywał się też i mówił z pewnością siebie, jakiej Benny nigdy u niego nie widział, gdy pracowali razem w zespole Jimmy’ego Diema.
— Dla mnie coś lekkiego, Benny. Mój żołądek nadal nie może pogodzić się z tak gwałtowną zmianą temperatury. Przesunęli mnie w harmonogramie o cztery dni. — Wskazał na tabelę wacht wyświetloną na ścianie przy barze. Rzeczywiście, zmiana została tam zaznaczona, choć ginęła w natłoku innych drobnych poprawek. — Zdaje się, że Annę Reynolt potrzebuje mojej obecności.
Rita Liao uśmiechnęła się doń.
— Już to jest wystarczającym powodem, żebyśmy zebrali się przy tym stoliku.
Benny rozdał bańki i pojemniki, które ciągnął za sobą. Potem skinął głową na Ezra.
— Przygotuję ci coś na twój podrażniony żołądek.
Ezr obserwował Benny’ego, kiedy ten wrócił do baru i zaczął przygotowywać mu jedzenie. Benny z pewnością mógł znaleźć coś odpowiedniego dla jego rozstrojonego układu trawiennego. Kto by pomyślał, że tak będzie wyglądała jego przyszłość? Kto by pomyślał, że tak będzie wyglądała ich przyszłość. Benny przynajmniej nadal był Kupcem, choć na żałośnie małą skalę. A ja jestem… kim? Spiskowcem zakonspirowanym tak głęboko, że czasem sam zapominał, kim jest naprawdę. Siedział tutaj z trzema Queng Ho i czworgiem Emergentów, a niektórzy Emergenci byli jego lepszymi przyjaciółmi niż Queng Ho. Nic dziwnego, że Tomas Nau radził sobie tak dobrze. Skaptował ich wszystkich, nawet jeśli wydawało im się, że wierni są kupieckim tradycjom. Nau sprawił, że zobojętnieli na tak podłą formę niewolnictwa, jaką była fiksacja. Może i lepiej. Przyjaciele Ezra nie byli narażeni na okrucieństwo Naua i Brughla — a Nau i Brughel nie wierzyli, by którykolwiek z Queng Ho mógł jeszcze działać przeciwko nim.
— Więc czemu tak wcześnie wyciągnęli cię z lodówki, Ezr?
Vinh wzruszył ramionami.
— Nie mam pojęcia. Za kilka Ksekund lecę do Hammerfest. — Mamnadzieję, że to nie przeszkodzi mi w spotkaniu z Phamem.
Trud Silipan podleciał do ich stolika, zajął miejsce na wolnym krześle.
— To nic takiego, sprzeczka między tłumaczami i twardogłowymi na ukowcami. Załatwiliśmy to już dziś rano.
— Więc dlaczego Reynolt zmieniła harmonogram Ezra?
Silipan przewrócił oczami.
— Ach, znacie Reynolt. Bez urazy, Ezr, ale ona uważa, że ponieważ je steś specjalistą od Epoki Świtu, nie możemy sobie poradzić bez ciebie.
Wątpię, pomyślał Ezr, przypomniawszy sobie ostatnie spotkanie z dyrektor zasobów ludzkich.
— Założę się, że to ma coś wspólnego z zatoką Calorica. Wiesz, tam są teraz dzieci. — Kiedy Rita mówiła o dzieciach, miała na myśli Pająki z „Dziecięcej godziny nauki”.
— To już nie są dzieci — poprawił ją Xin łagodnie. — Victory Junior jest teraz młodą ko… jest już dorosła.
Liao wzruszyła ramionami z irytacją.
— Ale Rhapsę i Małego Hrunka nadal można uważać za dzieci. Wszys cy przenieśli się do Caloriki.
Przy stole zapadła niezręczna cisza. Przygody tej konkretnej rodziny Pająków były dla wielu niekończącym się dramatem — a w miarę upływu lat coraz łatwiej przychodziło im zdobywać informacje na ich temat.