Выбрать главу

Qiwi.

Zapewne omawiali z Bennym jakiś kontrakt. Benny wskazał na zniszczony fragment tapety ciągnący się przez dolną ścianę saloniku. Qiwi skinęła głową, zaglądając do jakiejś listy. Potem jakby poczuła na sobie jego spojrzenie. Odwróciła się i pomachała do grupy Ezra siedzącej pod sufitem.

Jest taka piękna. Ezr odwrócił wzrok, czerwieniąc się mimowolnie. Kiedyś Qiwi była nieznośnym dzieciakiem, który tylko grał mu na nerwach. Kiedyś Qiwi wydawała mu się zdrajczynią, wykorzystującą fiksatów. Kiedyś Ezr uderzył ją raz i drugi… Ezr przypomniał sobie tę wściekłość, pamiętał, jak dobrze się czuł, mogąc pomścić Jimmy’ego Diema i Trixię Bonsol. Lecz Qiwi nie była zdrajczynią, tylko ofiarą, choć sama o tym nie wiedziała. Jeśli to, co mówił Pham o czyszczeniu umysłu, stanowiło prawdę, wszystko zbyt dobrze pasowało do faktów — Qiwi straszliwie cierpiała, cierpiała ponad ludzką miarę. Bijąc Qiwi, Ezr dowiedział się także czegoś o sobie.

Zrozumiał, że przyzwoitość Ezra Vinha musi być bardzo płytka. Tę świadomość potrafił od siebie odepchnąć przez większość czasu. Nadal mógł czynić dobro, nawet jeśli na dnie jego duszy kryło się coś podłego…

Kiedy jednak ujrzał Qiwi i gdy ona ujrzała jego… w tej chwili nie potrafił zapomnieć o tym, co zrobił.

— Cześć, Qiwi! — Rita zauważyła pozdrowienie Qiwi. — Masz sekun dę? Chcielibyśmy zadać ci jedno pytanie.

Qiwi uśmiechnęła się szeroko.

— Zaraz tam przyjdę. — Odwróciła się ponownie do Benny’ego. Ten kiwał głową, a potem wręczył jej garść papierowych przysług. Potem ru szyła w górę, ciągnąc za sobą sieć Benny’ego wypełnioną kolejnymi bań kami piwa i jedzeniem. W efekcie wykonywała po prostu część jego pra cy. Taka właśnie była Qiwi. Stanowiła część podziemnej gospodarki, ukła dów, które czyniły życie znośniejszym. Podobnie jak Benny nie wahała się, gdy trzeba było pomóc, pracować. A jednocześnie miała wpływ na grupmistrza; łagodziła reżim Naua, czego Emergenci tacy jak Jau Xin nie mogli otwarcie przyznać. Widać to było jednak w oczach Jau i Rity; obo je niemal uwielbiali Qiwi Lisolet.

Qiwi uśmiechnęła się do niego.

— Cześć, Ezr. Benny pomyślał, że możesz chcieć jeszcze. — Przymoco wała pojemnik do stolika przed nim. Ezr skinął głową, nie znajdując w so bie dość odwagi, by spojrzeć jej w oczy.

Rita już coś do niej mówiła; może nikt nie zauważył jego niezręczności.

— Nie chcę cię wypytywać o jakieś tajemnice, ale jakie są ostatnie prognozy co do daty Wyjścia?

Qiwi się uśmiechnęła.

— Moje przypuszczenia? Co najwyżej dwanaście lat. Postępy Pająków w technologii kosmicznej mogą jeszcze znacznie przyspieszyć ten termin.

— Tak. — Rita zerknęła na Jau. — Po prostu zastanawialiśmy się tu razem. Załóżmy, że nie będziemy mogli przechwycić wszystkiego przez ich sieć komputerową. Załóżmy, że będziemy musieli stanąć po czyjejś stronie, wesprzeć jednych przeciwko drugim. Kogo wybierzemy?

Trzydzieści pięć

Diament Pierwszy miał ponad dwa tysiące metrów długości i niemal tyle samo szerokości, był bez wątpienia największą skałą spośród zgromadzonych w LI. Przez lata w krysztale bezpośrednio pod Hammerfest wydrążono labirynt korytarzy i jaskiń. Na wyższych poziomach mieściły się laboratoria i biura, niżej — prywatne pokoje Tomasa. Jeszcze niżej znajdował się ostatni element podziemnej architektury; owalna jaskinia szerokości ponad dwustu metrów. Do wydrążenia tej ogromnej sali zużyto większość głowic termicznych, ale Qiwi wcale się nie sprzeciwiała; właściwie był to po części jej pomysł.

Trzy ludzkie postacie niemal ginęły w tej ogromnej przestrzeni.

— No i jak, podoba ci się? — spytała Qiwi, uśmiechając się do To masa.

Nau patrzył prosto do góry, a na jego twarzy malował się szczery podziw. Nie zdarzało się to często. Nie zauważył tego jeszcze, ale stracił równowagę i powoli przewracał się do tyłu.

— Ja… tak. Nawet symulacja na wyświetlaczu nie mogła tego oddać.

Qiwi roześmiała się i poklepała go po plecach, stawiając na powrót w pozycji pionowej.

— No dobrze, przyznaję, że w symulacji nie pokazałam świateł. — Łu ki aktyniczne ukryte były w zagłębieniach w suficie. Lampy zamieniały niebo w połyskujący klejnot. Regulując moc lamp, uzyskiwało się nie zwykłe efekty, od potężnych błyskawic do blasku tęczy.

Ojciec, który stał po jej prawej stronie, także przyglądał się jaskini, choć bez większego zachwytu. Ali Lin stał na rękach. Ignorując zupełnie 3szczątkową, lecz wyczuwalną grawitację, badał powierzchnię jaskini pokrytą drobnymi kamykami, które zostały po pracy koparek.

— Tu nie ma nic żywego, zupełnie nic. — Jego twarz skrzywiła się w grymasie rozczarowania.

— To będzie największy park, jaki kiedykolwiek zbudowałeś, tato.

Stworzysz wszystko od podstaw, wszystko tu należy do ciebie. — Ali Lin wyraźnie się rozpogodził. Będziemy pracować nad tym razem, tato. Nauczyszmnie nowych rzeczy. Ten park powinien być wystarczająco duży dla prawdziwych zwierząt, może nawet latających kotów. Był to raczej sen niż wspomnienie z czasów, które Qiwi spędziła wraz z mamą i tatą w kwaterach przy Trilandzie.

— Tak się cieszę, że mnie do tego namówiłaś, Qiwi — powiedział Tomas.

— Chciałem tylko trochę wyższego poziomu bezpieczeństwa, a ty dałaś mi coś cudownego. — Westchnął i uśmiechnął się do niej. Jego dłoń przesunęła się po plecach Qiwi, zatrzymując się na wysokości bioder.

— To będzie bardzo duży park, Tomasie, nawet według standardów Queng Ho. Nie największy, ale…

— Ale prawdopodobnie najlepszy. — Pochylił się, by poklepać Alego po ramieniu.

— Tak. — Tak, prawdopodobnie będzie najlepszy. Ojciec zawsze był najlepszym konstruktorem parków. A teraz, już od piętnastu lat swego życia zafiksowany był na swojej specjalności. Co roku tworzył nowe cuda. Jego bonsai i mikroparki przewyższały już słynne arcydzieła z Namquem.

Nawet zafiksowani biolodzy Emergentów dzięki dostępowi do biblioteki floty dorównywali teraz najlepszym specjalistom Queng Ho.

A kiedy skończy się Wygnanie, tato, kiedy będziesz wreszcie wolny, przekonasz się, jakie wspaniałe rzeczy stworzyłeś.

Nau przesuwał spojrzeniem po pustej, roziskrzonej jaskini. Wyobrażał sobie zapewne, jakie krajobrazy mogłaby pomieścić; sawannę, chłodny las, łąkę w górach. Nawet magia Alego nie mogła tu stworzyć więcej niż jednego systemu, mieli jednak spory wybór… Qiwi uśmiechnęła się do Naua.

— A co byś powiedział na jezioro?

-Co?

— Kod „mokrawoda” w mojej bibliotece projektowej. — Qiwi przełączyła swój wyświetlacz na ten właśnie projekt.

— Och… nic mi o tym nie mówiłaś.

Na diamentową rzeczywistość jaskini nałożono jeden z leśnych wzorów Alego, tyle że centrum jaskini stanowiło jezioro sięgające daleko w głąb krajobrazu, aż do gór, które wydawały się odległe o kilka kilometrów. Z przystani u podnóża gór wypływała właśnie łódź żaglowa.

Tomas milczał przez chwilę.

— Boże. To przecież posiadłość mojego wuja na północy. Wyjeżdża łem tam na lato.