Выбрать главу

— Wiem. Wzięłam to z twojej biografii.

— To piękne, Qiwi, nawet jeśli niemożliwe.

— Nie niemożliwe! Mamy na górze jeszcze całkiem sporo wody, możemy potraktować to miejsce jako drugi magazyn* — Machnęła ręką w stronę iluzji gór. — Wydrążyliśmy trochę drugą stronę jaskini, jezioro może więc sięgać po samą ścianę. Możemy też wyłożyć tę ścianę tapetą wideo i stworzyć realistyczny obraz gór. — To mogło okazać się trudne. Spora część tapety wideo ze zrujnowanych statków uległa zniszczeniu. Tomas nie przejmował się tym zbytnio. Lubił nosić wyświetlacze, a ten mógł tworzyć iluzję równie skutecznie jak trójwymiarowa tapeta.

— Nie to miałem na myśli. Nie możemy stworzyć prawdziwego jeziora, nie w mikrograwitacji. Każde, nawet najmniejsze trzęsienie skał, wypychałoby je pod sam sufit.

Qiwi wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

— To jest właśnie prawdziwa niespodzianka. Mogę to zrobić, Tomasie! Mamy tysiące siłowników ze zniszczonych statków, a z pewnością nie będziemy potrzebować aż tylu do żadnego innego projektu. Zainstaluje my je na dnie jeziora i podłączymy do sieci lokalizatorów. W ten sposób utrzymamy wodę w jednym miejscu.

Tomas się roześmiał.

— Ty naprawdę lubisz stabilizować to, co wewnętrznie niestabilne, prawda, Qiwi! Cóż… poradziłaś sobie ze skałami, może poradzisz sobie i tutaj.

Qiwi wzruszyła ramionami.

— Oczywiście, że sobie poradzę. Przy krótszej linii brzegowej mogła bym to zrobić nawet za pomocą emergenckich lokalizatorów.

Tomas odwrócił się, by na nią spojrzeć. Teraz nie widział już żadnych wizji, lecz sterylną rzeczywistość diamentowej jaskini. Qiwi wiedziała jednak, że to, co ujrzał przed chwilą, sprawiło mu ogromną radość.

— To byłoby cudowne… choć wymaga wielu środków i ogromnej pracy. — Miał na myśli pracę wykonywaną przez niefiksatów. Nawet Tomas nie myślał o twardogłowych jak o prawdziwych ludziach.

— Nie przeszkodzi nam to w żadnym z ważniejszych projektów. Mamy nadwyżkę siłowników i lokalizatorów, a ludzie są mi winni wiele przysług.

Chwilę później Nau wyprowadził swoją kobietę i fiksata z jaskini.

Wciąż był pod wrażeniem niespodzianki, jaką zrobiła mu Qiwi. Był to też jeszcze jeden powód, dla którego potrzebowali lokalizatorów Hammerfest.

Ludzie Reynolt nadal jeszcze nie zbadali do końca tych urządzeń; czy naprawdę były aż takie skomplikowane? Zostaw to na później. Qiwi powiedziała, że mogliby utrzymać mniejsze jezioro nawet za pomocą emergenckich lokalizatorów.

Wracali do góry, mijając kolejne poziomy, odpowiadając na pozdrowienia Emergentow i Queng Ho. Zostawili Alego Lina w parku, który był jednocześnie jego warsztatem. Ojca Qiwi już nie zamykano na Strychu Hammerfest. Jego specjalność wymagała otwartej przestrzeni i żywych stworzeń. Przynajmniej tak przedstawiał Qiwi tę kwestię Tomas Nau. Było to całkiem racjonalne wytłumaczenie, dzięki któremu dziewczyna nie była narażona na ciągły kontakt z fiksatem, to zaś pozwalało utrzymać ją dłużej w nieświadomości.

— Musisz wracać do kwater, Qiwi?

— Tak, mam tam kilka spraw do załatwienia. Muszę zobaczyć się z przyjaciółmi. — Qiwi oczywiście miała na myśli różne interesy, obietnice, które chciała zebrać, wykonawszy własne zobowiązania.

— Dobrze. — Przygarnął ją do siebie i ucałował, nie dbając o to, że przyglądają im się wszyscy obecni na korytarzu. — Doskonale się spisałaś, najdroższa!

— Dzięki. — Obdarzyła go olśniewającym uśmiechem. Choć miała ponad trzydzieści lat, nadal cieszyła się z jego aprobaty jak dziecko. — Do zobaczenia wieczorem.

Ruszyła w górę centralnego korytarza, nabierając coraz większej prędkości i omijając innych ludzi jak tyczki. Qiwi nadal ćwiczyła codziennie w wirówce przyspieszeniowej z podwójną siłą ciążenia, nadal trenowała sztuki walki. Był to jedyny ślad wpływów jej matki, przynajmniej jedyny widoczny. Bez wątpienia spora część rozpierającej ją energii brała się z podświadomej chęci zadowolenia nieżyjącej matki.

Nau spojrzał w górę, nie zważając na omijających go szerokim łukiem ludzi. Nie ruszał się z miejsca, patrzył, jak jej postać staje się coraz mniejsza i mniejsza.

Po Annę Reynolt Qiwi była dla niego najcenniejsza. Tyle że Annę odziedziczył po kimś innym, Qiwi zaś to jego osobisty triumf, błyskotliwa niezafiksowana osoba, która dobrowolnie pracowała dla niego już tyle lat. Manipulowanie Qiwi stanowiło nieustające wyzwanie. Zawsze musiał się mieć na baczności. Qiwi była wystarczająco silna i szybka, by zabić go gołymi rękami. Na początku nie zdawał sobie z tego sprawy. Wtedy jednak nie wiedział również, jak cenna może się okazać w przyszłości.

Tak, Qiwi była jego triumfem, ale Tomas Nau miał też świadomość, że w tym wypadku wyjątkowo dopisało mu szczęście. Kiedy po raz pierwszy posiadł Qiwi, sprzyjały mu wszystkie okoliczności — dziewczynka była już wystarczająco duża, by wchłonąć głębię nauk Queng Ho, a jednocześnie na tyle młoda i naiwna, by po Masakrze Diema mógł ją kształtować na swój sposób. Podczas pierwszych dziesięciu lat Wygnania tylko trzykrotnie przejrzała jego kłamstwa.

Uśmiechnął się lekko do siebie. Qiwi myślała, że to ona zmienia jego, że pokazała mu, jak wiele korzyści daje wolność. Cóż, w pewnym sensie miała rację. Początkowo przyzwolenie na podziemny handel było tylko częścią gry, jaką prowadził z Qiwi, chwilową słabością. Później jednak okazało się, że owa nielegalna gospodarka naprawdę przynosi efekty. Nawet eksperci Queng Ho twierdzili, że wolny rynek nie oddziałuje w żaden znaczący sposób na społeczność tak małą i tak zamkniętą jak ta. A jednak rok po roku Handlarze systematycznie poprawiali sytuację całej załogi, podejmowali nawet działania, których on sam, wcześniej czy później, i tak by od nich zażądał. Teraz więc, gdy powiedziała mu, że ludzie winni są jej wiele przysług i że będą naprawdę ciężko pracowali, by stworzyć park w jaskini — Niech to Plaga, naprawdę zależy mi na tym jeziorze — Tomas nie śmiał się z tego za jej plecami. Miała rację; ludzie — nawet Emergenci — gotowi byli bardziej przyłożyć się do pracy dlatego, że byli coś winni Qiwi, niż z tego powodu, że grupmistrz Tomas Nau miał nad nimi władzę.

Qiwi była już maleńką figurką na samej górze szybu. Odwróciła się i pomachała do niego. Tomas oddał jej pozdrowienie, a wtedy zniknęła w bocznym korytarzu prowadzącym do śluz taksówek.

Tomas stał jeszcze przez chwilę, patrząc w górę i uśmiechając się do siebie. Qiwi nauczyła go, jakie korzyści daje zręcznie kontrolowana wolność. Wuj Alan i klika Nauly podarowali mu potęgę zaf iksowanych niewolników. A gwiazda OnOff… Im więcej wiedzieli o tej gwieździe i jej planecie, tym mocniej Nau wierzył, że kryją się tu wielkie skarby i cuda, może znacznie większe od tych, których się spodziewali. Biologia, fizyka, galaktyczna orbita OnOff… następstwa tych wszystkich odkryć pozostawały poza zasięgiem analityków, rozbudzały coraz mocniej wyobraźnię Tomasa.

A za kilka lat Pająki podarują mu ekologię industrialną, która pozwoli mu zbadać wszystkie te cuda.

Nigdy jeszcze w całej historii ludzkości jeden człowiek nie miał tylu atutów w ręce. Dwadzieścia pięć lat temu młodszego Tomasa Naua dręczyło wiele wątpliwości, lękał się porażki. Mijały jednak kolejne lata, i krok po kroku Tomas rozwiązywał problemy. Teraz był już pewien, że Arachna da mu władzę, jakiej nie miała jeszcze żadna ludzka dynastia.

Będzie potrzebował czasu, by ją umocnić, być może kolejnego stulecia czy nawet dwóch, lecz według standardów Queng Ho nie przekroczy wtedy jeszcze nawet wieku średniego. Zgniecie wszystkie kliki Emergentów. Ta część Ludzkiej Przestrzeni ujrzy największe imperium wszech czasów.