Legenda Phama Nuwena zblednie w blasku rzucanym przez Tomasa Nau.
A Qiwi? Zerknął jeszcze raz do góry. Miał nadzieję, że przetrwa chociaż do końca Wygnania. Mogłaby pomóc mu wtedy w tak wielu sprawach.
Coraz trudniej jednak przychodziło mu utrzymać ją w nieświadomości.
Czyszczenie umysłu nie było zabiegiem doskonałym; Qiwi dochodziła teraz do prawdy znacznie szybciej niż w pierwszych latach. Annę nie mogła wyeliminować tego, co nazywała „szczątkową masą nerwową”, nie niszcząc przy tym dużych ilości tkanki mózgowej. Oczywiście powstawały także pewne sprzeczności, których nie mogła wytłumaczyć nawet amnezja pohibernacyjna. W końcu nawet przy najzręczniejszej manipulacji…
Jak mógł wytłumaczyć się z niespełnionych obietnic, jak mógł przekonać Qiwi, że wielu ludzi nadal musi pozostać fiksatami? Był pewien, że Qiwi nie zaakceptuje również działań, które podejmie w ostatecznej rozgrywce z Pająkami, ani programów rozrodczych, które będzie musiał kiedyś uruchomić na LI. Nie. Likwidacja Qiwi to smutna, lecz nieunikniona konieczność. Mimo to mogła mu służyć nawet po śmierci. Przecież nawet wtedy będzie mógł mieć z nią dzieci. A kiedyś na pewno zapragnie dziedzica.
Jakieś dwa tysiące sekund później Qiwi pojawiła się u Benny’ego.
Podczas tej wachty to właśnie Benny zarządzał salonikiem. Doskonale.
Qiwi lubiła ubijać z nim interesy. Przez chwilę omawiali kolejne punkty z listy zamówień Benny’ego.
— Boże, Benny! Potrzebujesz jeszcze więcej tapety? Wiesz chyba, że potrzebna jest też do innych projektów. — Na przykład do budowy pewne go parku w Hammerfest.
Benny wzruszył ramionami.
— Namów grupmistrza, żeby zgodził się na ogólne użycie wyświetlaczy, to nie będę potrzebował tapety. Ale ta stara już się mocno zużyła. Widzisz? — Wskazał na podłogę, gdzie znajdował się obraz Arachny. Qiwi dostrzegła burzę śnieżną, która za kilka Ksekund miała prawdopodobnie dotrzeć do Princeton; z pewnością sterowniki tapety nadal działały. Widziała jednak również zniekształcenia i przebarwione smugi.
— Dobra, ściągniemy coś z „Niewidzialnej ręki”, ale będzie cię to sporo kosztowało. — Qiwi wiedziała, że Ritser Brughel wścieknie się, kiedy każą mu oddać część zapasu tapety, choć sam wcale jej nie używał. Ritser uważał „Niewidzialną rękę” za swą prywatną własność. Przejrzała szybko pozostałe punkty na liście Benny’ego. Gotowe jedzenie pochodziło z bakterium i minif arm w kwaterach — Gonie Fong na pewno chciałaby się tym zająć.
Substancje lotne, aha. Jak zwykle Benny próbował ominąć pośrednictwo Gonie, korzystając bezpośrednio z surowców zmagazynowanych na skałach. Jak na parę najlepszych przyjaciół ci dwoje traktowali to handlowe współzawodnictwo niezwykle poważnie.
Kątem oka Qiwi dostrzegła jakiś ruch. Spojrzała do góry. Pod sufitem jak zwykle przesiadywała paczka Xina. Ezr! Szeroki uśmiech wypłynął na twarz Qiwi. Ezr odwrócił się od pozostałych, patrzył w jej stronę. Pomachała do niego. Ezr jakby nagle zamknął się w sobie, odwrócił od niej.
Przez moment znów czuła ten stary, dotkliwy ból. Nawet teraz, kiedy widziała Ezra, ogarniała ją niewytłumaczalna radość, jakby spotykała starego, drogiego przyjaciela, któremu ma tak wiele do powiedzenia. Lecz mijały kolejne lata, a on zawsze się od niej odwracał. Nie chciała przecież skrzywdzić Trbrii Bonsol; pomagała Tomasowi, bo ten był dobrym człowiekiem, człowiekiem, który robił wszystko, co w jego mocy, by doprowadzić ich do końca Wygnania.
Zastanawiała się, czy Ezr da jej kiedyś szansę, by wyjaśniła mu to wszystko. Może. Mieli przed sobą jeszcze wiele lat. Na pewno jej wybaczy na końcu Wygnania, kiedy będzie pomagała im cała cywilizacja, aTrixia powróci wreszcie do niego.
Trzydzieści sześć
Przestrzeń pomiędzy zewnętrzną powłoką kwater a właściwymi pomieszczeniami mieszkalnymi stanowiła warstwę zabezpieczającą przed skutkami nagłego rozszczelnienia balonu czy wycieku powietrza. Przez lata Gonie Fong wykorzystywała tę przestrzeń do różnorodnych przedsięwzięć rolniczych; nagła zmiana ciśnienia zabiłaby jej trufle czy kwiaty pochodzące z Canberry. Nawet teraz mimfarmy Fong zajmowały tylko część pustego obszaru. Pham spotkał się z Ezrem Vinhem z dala od tych maleńkich poletek. Powietrze było tu zimne i nieruchome, a ciemność rozpraszał jedynie blady blask OnOff sączący się przez zewnętrzną powłokę.
Pham zakotwiczył stopę w uchwycie na ścianie i czekał. Już wcześniej upewnił się, że i to miejsce kontrolowane było przez lokalizatory Queng Ho. Znajdowały się na ścianach i w powietrzu wokół niego, znał dokładnie ich pozycje, choć nawet w jasnym świetle byłyby widoczne tylko jako maleńkie pyłki kurzu. Ukryty w półmroku Pham stanowił jednoosobowe stanowisko dowodzenia. Widział i słyszał wszystko, co działo się w miejscu, którym właśnie dowodził — w tej chwili przestrzenią pomiędzy powłokami. Ktoś zbliżał się powoli. Korzystając z lokalizatorów, widział go niemal równie dobrze jak w wyświetlaczu Queng Ho. To był młody Vinh, wyraźnie podenerwowany i bardzo ostrożny.
He lat miał teraz Vinh, trzydzieści? Z pewnością nie był już dzieckiem. Nadal jednak zachowywał się w ten charakterystyczny, pełen powagi sposób… dokładnie tak, jak Sura. Nie był kimś, komu Pham mógłby w pełni zaufać, o nie. Ale niewykluczone, że da się go wykorzystać.
Vinh ukazał się wreszcie jego oczom, wychodząc zza krawędzi wewnętrznego balonu. Pham podniósł rękę, a Ezr zatrzymał się gwałtownie, zaskoczony. Choć zachowywał największą ostrożność, nie zauważył Phama ukrytego w zagłębieniu zewnętrznej powłoki.
— Ja… witaj — wyszeptał Ezr.
Pham odsunął się od ściany, wchodząc w obszar, w którym światło OnOff było nieco jaśniejsze.
— Więc spotkaliśmy się w końcu — powiedział, uśmiechając się do młodzieńca.
— T-tak… Rzeczywiście. — Ezr odwrócił się, patrzył przez chwilę, a potem — Boże! — ukłonił mu się lekko. Jego twarz — twarz Sury — rozciągnęła się w nieśmiałym uśmiechu. — Przyznam, że czuję się dość dziwnie, patrząc na pana, a nie Phama Trinli.
— Nie dostrzegam żadnej różnicy.
— Och, bo pan nie patrzy na to z boku. Kiedy jest pan Trinlim, wszystko wydaje się inne. Nawet tu, w tym świetle, wygląda pan inaczej. Gdyby Nau albo Reynolt zobaczyli pana choćby przez dziesięć sekund, też by to dostrzegli.
Chłopak miał wybujałą wyobraźnię.
— Cóż, przez najbliższe dwa tysiące sekund będą widzieli tylko kłamstwa, które podsuną im moje lokalizatory. Mam nadzieję, że to nam wystarczy…
— Tak! Naprawdę można widzieć dzięki lokalizatorom, wydawać im komendy?
— Przy odpowiedniej wprawie. — Pokazał chłopcu, jak umieścić maleńkie drobiny wokół orbity oka i przystosować pobliskie lokalizatory do współpracy. — Nie rób tego przy ludziach. Zsyntezowany promień jest bardzo wąski, ale ktoś mógłby go zauważyć.
Vinh stał nieruchomo, jakby wpatrując się w swoje wnętrze.
— Aha, czuję delikatne kłucie z tyłu oczu.
— Lokalizatory drażnią bezpośrednio twój nerw wzrokowy. Początkowo możesz widzieć bardzo dziwne obrazy. By nauczyć się sterować innymi lokalizatorami, musisz wykonać tylko kilka prostych ćwiczeń, lecz by widzieć dzięki nim… cóż, to tak jakbyś od nowa uczył się patrzeć. — Pham przypuszczał, że podobnych trudności doświadczają niewidomi ludzie, którzy uczą się korzystać z protez wizualnych. Niektórzy potrafią to zrobić, inni pozostają ślepi. Nie powiedział tego głośno. Pokazał Ezrowi kilka ćwiczeń, które ten mógł potem powtarzać sam.