Выбрать главу

— Rząd Namqem chyba rozumie zagrożenie? Wiedzą wszystko, cze go ludzkość nauczyła się dotąd o stabilizacji — i mają automatykę lepszą niż my! Z pewnością za kilka Msekund dowiemy się, że dokonali reoptymalizacji.

Pham wzruszył ramionami, nie zaprzeczył mu jednak wprost. Namqem było naprawdę dobre, ale wszystko musi się kiedyś skończyć. Głośno powiedział:

— Może. Ale wiemy też, że mieli trzydzieści lat, by nad tym zapano wać. — Machnął ręką na raport Sury. — A sytuacja tylko się pogarsza. — Spojrzał na Parka i złagodniał nieco. — Sammy, Namqem cieszyło się po kojem i wolnością prawie przez cztery tysiące lat. Żadna inna cywiliza cja Klientów w Ludzkiej Przestrzeni nie może powiedzieć tego o sobie. Ale w tym właśnie leży problem. Bez pomocy nawet oni nie mogą trwać wiecz nie. Sammy przygarbił się lekko.

— Uniknęli gigantycznych katastrof. Nie prowadzili wielkich wojen.

Rząd nadal jest sprawny i elastyczny. To tylko te przeklęte problemy techniczne.

— To techniczne objawy problemów, które rząd z pewnością doskonale rozumie. — I którym nie może w żaden sposób zaradzić. Przypomniał sobie cyniczne uwagi Gunnara Larsona. W pewnym sensie ta rozmowa prowadziła ich do tej samej, ślepej uliczki. Pham Nuwen miał jednak całe życie, by zastanawiać się nad rozwiązaniami. — Elastyczność rządu to sprawa życia i śmierci. Wiele wieków temu podjęli działania optymalizujące. Geniusz, wolność i znajomość historii zapewniały im bezpieczeństwo, ale w końcu optymalizacje doprowadziły ich do punktu krytycznego. Księżycemiasta pozwoliły im stworzyć największą sieć w Ludzkiej Przestrzeni, stały się jednak także wąskim gardłem…

— Ale wiedzieliśmy… to znaczy oni wiedzieli o tym wcześniej. Zawsze istniał jakiś margines bezpieczeństwa.

Namqem było triumfem rozdzielonej automatyki, która z każdą dekadą stawała się coraz lepsza, coraz wydajniejsza. Każda dekada elastyczności rządu prowadziła do optymalizowania alokacji zasobów, a margines bezpieczeństwa coraz bardziej się kurczył. Spirala upadku była znacznie 3subtelniejsza niż pesymizm myślicieli z Epoki Świtu, Karola Marksa czy Hana Su, i tylko w niewielkim stopniu odpowiadała prognozom Mancura Olsona. Rząd starał się nie ingerować bezpośrednio w rozwój Namqem.

Wolny rynek i indywidualne planowanie były znacznie bardziej efektywne.

Jednak nawet jeśli uda się uniknąć klasycznych pułapek korupcji, centralnego planowania i szalonych wynalazków… — W końcu zawsze dochodzi do jakichś wypaczeń, a rząd musi podjąć bezpośrednie działania. — Nawet świat, który uniknął innych zagrożeń, padał w końcu ofiarą własnego sukcesu.

— Tak, wiem. — Sammy odwrócił wzrok, a Pham zsynchronizował swój wyświetlacz z tym, co widział młody kapitan: Tarelsk i Maresk, dwa największe księżyce. Dwa miliardy ludzi na każdym z nich. Dwa migocące dyski miejskich świateł przesuwały się powoli na tle ich macierzystej planety — która sama w sobie była największym parkiem w Ludzkiej Przestrzeni. Pham wiedział, że kiedy nadejdzie w końcu kres Namqem, będzie to szybki, gwałtowny upadek. Układ słoneczny Namqem nie był z natury tak jałowy jak asteroidalne kolonie pierwszych wieków Ery Kosmicznej… lecz by utrzymać miliardy swych mieszkańców, księżycemiasta potrzebowały bardzo zaawansowanych technologii. Jakieś poważniejsze awarie mogły szybko zamienić się w wojnę obejmującą cały układ. Tego rodzaju konflikty zniszczyły już wiele ludzkich kolonii. Sammy patrzył przez chwilę na ten obraz, spokojny i cudowny — i nieaktualny od wielu lat. Potem powiedział:

— Wiem. Mówiłeś o tym wszystkim wiele razy, Queng Ho wiedzą to od stuleci. Przepraszam, Pham. Zawsze wierzyłem… Nie przypuszczałem, że mój własny dom umrze, i to tak szybko.

— Hm… Zastanawiam się… — Pham objął spojrzeniem pokład dowodzenia swego okrętu i pomyślał o podobnych miejscach na pozostałych trzydziestu statkach jego floty. Teraz, w środku podróży, na każdym mostku pracowało tylko troje lub czworo ludzi. Była to wyjątkowo nudna praca.

Flota Nuwena należała jednak do jednej z największych, jakie przybywały na Spotkanie. Ponad dziesięć tysięcy Queng Ho spało w kabinach hibernacyjnych jego okrętów. Opuścili Terneu równo sto lat temu i lecieli w najbardziej skupionej formacji, na jaką pozwalały środki bezpieczeństwa.

Ostatni z okrętów był oddalony zaledwie o cztery tysiące sekund świetlnych od okrętu flagowego Phama.

— Dotrzemy do Namqem za jakieś dwadzieścia lat. To dużo czasu, jeśli zdecydujemy się spędzić go na wachcie. Może… Tak, to będzie dobra okazja, by udowodnić, że wszystko, o czym mówiłem, naprawdę działa. Za dwadzieścia lat w Namqem prawdopodobnie zapanuje kompletny chaos. Ale my jesteśmy pomocą spoza ich planetarnej pułapki i jest nas dość dużo, byśmy mogli odmienić ich los.

Siedzieli na pokładzie dowodzenia okrętu Sammy’ego, „Rewerencji”.

Pracowało tu dzisiaj wyjątkowo dużo ludzi, kilkanaście osób obsługiwało pięć spośród trzydziestu stanowisk dowodzenia. Sammy przenosił wzrok od stanowiska do stanowiska, wreszcie spojrzał na Phama Nuwena.

Jego oczy rozbłysnęły jaśniej, jakby powróciła do nich nadzieja.

— Tak… Idea Spotkania może zostać zilustrowana. — Nie czekając na reakcję Phama, uruchomił program kalkulacyjny, zapalając się coraz moc niej do tego pomysłu. — Jeśli wykorzystamy w pełni nasze zasoby, może my utrzymać w aktywności prawie po sto osób na każdym statku przez całą drogę do Namqem. Zdążymy wtedy zbadać sytuację i przygotować plan działania. Ba, za dwadzieścia lat będziemy mogli też współpracować z innymi flotami.

Sammy Park znów był teraz przede wszystkim kapitanem flagowym.

Wpatrzony w obliczenia, rozważał różne możliwości.

— Tak. Flota Starej Ziemi jest teraz mniej niż ćwierć roku świetlnego od nas. Połowa wszystkich Uczestników znajduje się w promieniu sześciu lat świetlnych od naszej floty, a ta odległość oczywiście się zmniejsza. Co z Surą i Queng Ho z układu?

— Sura i jej towarzysze mają własne zasoby. Przetrwają. — Sura doskonale wiedziała, jak działa koło losu, nawet jeśli nie wierzyła, że można je złamać. Przeniosła swoją siedzibę z Tarelską już przed stuleciem; „kwatery” SuryYinh mieściły się teraz w starym pałacu w pasie asteroid. Z pewnością domyślała się, co zamierza Pham. Wyniki jej analiz prawdopodobnie leciały już w ich stronę. Może naprawdę istniał Bóg Wszelkiego Handlu. Z pewnością istniała Niewidzialna Ręka. Spotkanie w Namqem mogło znaczyć więcej, niż sobie wyobrażał.

Rok za rokiem flota flot zbliżała się do Namqem. Pięć tysięcy nitek światła, jasnych punktów widocznych z odległości lat świetlnych — tysięcy lat świetlnych, jeśli ktoś używał dobrego teleskopu. Z roku na rok płomienie silników hamujących stawały się jaśniejsze, delikatne kulki puchu w oknach każdego z okrętów przybywających na Spotkanie.

Pięć tysięcy okrętów; ponad milion ludzkich istnień. Okręty były wyposażone w maszyny, które mogły zniszczyć całe światy, wiozły na swych pokładach ogromne biblioteki i sieci komputerowe. I wszystkie razem nadal wydawały się puchową kulką w porównaniu z mocą i zasobami Namqem. Jak maleńki puszek ostu mógłby uratować upadającego kolosa?

Pham udzielał odpowiedzi na to pytanie osobiście i poprzez sieć Queng Ho.

Każda cywilizacja planetarna to odizolowana pułapka. Może ją zniszczyć jedna katastrofa — ale też może ją uratować niewielka pomoc z zewnątrz.

Również bardziej skomplikowane przypadki — jak Namqem, gdzie pokolenia zręcznej optymalizacji doprowadziły w końcu do samozniszczenia — wynikały z zamkniętej natury rozumnej cywilizacji. Rząd miał zbyt mały wybór, zbyt wielkie długi, i w końcu musiał paść ofiarą barbarzyństwa.