Выбрать главу

Przemieszczały się szybkimi, nerwowymi ruchami, od czasu do czasu badając drogę długimi przednimi nogami, które przypominały wąskie ostrza jakiejś starożytnej broni. Kłębił się tam cały tłum Pająków, morze chitynowych grzbietów, okrytych różnobarwnymi ubraniami. Ich głowy błyszczały niczym wielkie, płaskie klejnoty. Pajęcze oczy. Co do pajęczych ust — tutaj choć raz tłumacze użyli właściwego słowa: paszcza. Wypełniony kłami otwór, otoczony przez maleńkie kleszcze — czy to właśnie te kończyny Bonsol i spółka nazywali rękami pożywiającymi? — które wykonywały bez ustanku drobne, nerwowe ruchy.

W masie Pająki wydawały się jeszcze bardziej obrzydliwe, niż sobie to wyobrażał, przypominały obraz z sennego koszmaru, drapieżniki, które napierają na ciebie nieprzeliczoną masą, i choć zabijasz i zabijasz je bez końca, wciąż pojawiają się następne. Ritser głośno wciągnął powietrze.

Pocieszał się tylko myślą, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, za niecałe cztery dni te potwory będą martwe.

Po raz pierwszy od czterdziestu lat przez układ OnOff miał przelecieć okręt kosmiczny. Według cywilizowanych standardów trudno było to nazwać lotem, skok na odległość niecałych dwóch milionów kilometrów, zmiana miejsca cumowania w tym samym porcie. Z pewnością jednak był to największy wysiłek, na jaki mógł się zdobyć którykolwiek z ocalałych okrętów.

Jau Xin nadzorował przygotowania do lotu „Niewidzialnej ręki”. Jednostka ta zawsze była jakby lennem Ritsera Brughla, Jau wiedział jednak, że jest to także jedyny okręt, który nie został całkowicie wyeksploatowany w ciągu minionych lat.

Podczas przygotowań do lot Jau opróżnił całkowicie destylernię LI z wodoru. Było to zaledwie kilka tysięcy ton, kropla w ogromnych zbiornikach okrętu gwiezdnego, lecz wystarczająco dużo, by przenieść ich do świata Pająków.

Jau i Pham Trinli dokonali — ostatniej inspekcji dyszy napędu statku.

Jau zawsze czuł się dość dziwnie, spoglądając w tę dwumetrową szparę.

Tutaj przez dziesięciolecia płonął piekielny ogień, napędzający okręt Queng Ho do prędkości równej jednej trzeciej prędkości światła. Wewnętrzna powierzchnia dyszy była niemal idealnie gładka, wszelkie nierówności nie przekraczały mikrometra. Jedynym świadectwem ognistej przeszłości tego miejsca była delikatna sieć złota i srebra połyskująca w świetle ich lamp.

Była to mikrosieć ukrytych za tą ścianą procesorów, które sterowały polem; choć gdyby podczas lotu ściana dyszy uległa kawitacji, nie uratowałyby ich najszybsze procesory we wszechświecie. Pham Trinli z wielkim namaszczeniem zabrał się do pomiarów laserowych, po czym skwitował rezultaty pogardliwym parsknięciem.

— Na lewej burcie jest wklęsłość głębokości dziewięćdziesięciu mikronów. Ale co z tego. Mógłbyś na tej ścianie wyryć swoje nazwisko, i tak nie miałoby to znaczenia podczas tego lotu. Kilka Ksekund przy ułamku g to drobiazg.

— Zaczniemy od delikatnego, długiego pchnięcia, ale hamowanie bę dzie trwało tysiąc sekund przy pełnej grawitacji. — Będą hamować dopie ro wtedy, gdy znajdą się nisko nad otwartym oceanem. Inaczej rozpalili by niebo Arachny jaśniej niż słońce i staliby się widoczni dla wszystkich Pająków po tej stronie planety.

Trinli machnął ręką z lekceważeniem.

— Nie przejmuj się tym. Często ryzykowałem jeszcze bardziej pod czas lotów wewnątrzukładowych. — Wyszli pf zez dziobową część dyszy; gładka powierzchnia rozszerzała się tu coraz bardziej, przechodziła w pro jektory przedniego pola. Przez cały czas Trinli opowiadał swoje zmyślo ne historie. Nie. Większość mogła być prawdziwa, choć starannie odizolo wana od prawdziwych przygód, w jakich brał udział Pham. Ten facet naprawdę znał się trochę na napędach okrętów gwiezdnych. Problem po legał na tym, że nie mieli nikogo, kto znałby się lepiej. Wszyscy inżynie rowie lotu Queng Ho zginęli podczas bitwy, a ostatni zafiksowany inży nier padł ofiarą wycieku pleśni.

Wynurzyli się z dzioba „Niewidzialnej ręki” i wspięli po linie cumowniczej do swojej taksówki. Trinli przystanął jeszcze na moment i odwrócił się.

— Zazdroszczę ci, Jau, mój chłopcze. Spójrz tylko na swój okręt! Pra wie milion ton! Nie będziesz leciał daleko, ale poprowadzisz „Rękę” do skarbu i Klientów, dla których pokonała pięćdziesiąt lat świetlnych.

Jau powędrował spojrzeniem za jego gestem. W ciągu wielu lat spędzonych na wachcie Jau zorientował się już, że teatralne gesty i pozy Trinlego to tylko przykrywka… czasami jednak naprawdę niosły w sobie głębszy sens i chwytały, za serce. „Niewidzialna ręka” rzeczywiście prezentowała się wspaniale, obły, kilkusetmetrowy kadłub przytłaczał swym ogromem, przypominał, że zaprojektowano go po to, by przemierzał kosmos z największą prędkością, jaką udało się do tej pory osiągnąć ludzkości. A za pierścieniami rufowymi, półtora miliona kilometrów dalej, widniał blady dysk Arachny. Pierwszy Kontakt, a ja będę zarządcą pilotów.

Jau powinien czuć wielką dumę…

Dzień przed wylotem był dla Jau bardzo pracowity, wypełniony ostatnimi kontrolami i uzupełnianiem zapasów. Na pokładzie miało się znaleźć ponad stu twardogłowych i niezafiksowany personel. Jau nie wiedział, jakie specjalizacje będą najliczniej reprezentowane, przypuszczał jednak, że grupmistrz chce inteijsywnie manipulować sieciami Pająków bez dziesięciosekundowego opóźnienia, na które skazani byli, działając z LI.

Stanowiło to całkiem rozsądne rozwiązanie. Ratowanie Pająków przed nimi samymi z pewnością wiąże się z licznymi oszustwami, być może nawet trzeba będzie przejąć cały system broni strategicznej.

Jau schodził już ze służby, kiedy w drzwiach jego maleńkiego biura na mostku „Niewidzialnej ręki” ukazał się Kai Omo.

— Jeszcze jedno zadanie, zarządco pilotów. — Wąska twarz Omo wy krzywiła się w ponurym uśmiechu. — Nazwijmy to nadgodzinami.

Wsiedli razem do taksówki, wkrótce okazało się jednak, że wcale nie lecą do Hammerfest. Za krawędzią Diamentu Pierwszego, ukryte głęboko w lodzie i diamencie, znajdowało się wejście do Ll-A. Dwie inne taksówki cumowały już przy drzwiach arsenału.

— Zapoznałeś się już z uzbrojeniem na „Ręce”, zarządco pilotów?

— Tak. — Xin zbadał dokładnie wszystkie urządzenia i zakamarki jednostki, prócz prywatnych kwater Brughla. — Z pewnością jednak Queng Ho wiedziałby znacznie lepiej…

Omo pokręcił głową.

— To nie jest odpowiednie zajęcie dla Handlarza, nawet dla pana Trinli. — Otworzenie głównego zamka zajęło im kilkanaście sekund, ale kiedy znaleźli się w środku, mogli bez przeszkód dotrzeć do głównego składu broni. Tu przywitał ich hałas maszyn. Grube, owalne przedmioty ułożone na półkach miały srebrną ikonkę — stary symbol Queng Ho ozna czający broń atomową i laserową. Przez lata wszyscy spekulowali, ile bro ni zostało jeszcze w Ll-A. Teraz Jau mógł się o tym przekonać.

Omo prowadził go wzdłuż szeregu nieoznaczonych szafek. W Ll-A nie działały wyświetlacze. Było to także jedno z niewielu miejsc na LI, gdzie nie używano lokalizatorów Queng Ho. Tutaj królowała prosta, niemal niezniszczalna automatyka. Minęli Rei Ciret, nadzorującego grupę fiksatów, którzy budowali część jakiejś wyrzutni.

— Większość tej broni przeniesiemy na „Niewidzialną rękę”, panie Xin.

Podczas Wygnania naprawialiśmy wszystko, co można było naprawić, próbowaliśmy wytworzyć jak najwięcej sprawnych urządzeń. Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, ale w tych warunkach nie mogło być tego za wiele. — Wskazał na jednostki naprowadzające Queng Ho przystosowane do taktycznej broni jądrowej Emergentów. — Proszę policzyć. Osiemnaście pocisków atomowych bliskiego zasięgu. W magazynie mamy jeszcze kilkanaście laserów bojowych.