Thract szedł wzdłuż krawędzi krateru. Wznosiły się tu sterty gruzów wyrzuconych w górę podczas eksplozji. W niektórych miejscach urwisko zsuwało się do środka. Nadal nie widział Underhilla.
Robak wyprzedził Thracta. Tam, na wprost, z hałdy wystawało pojedyncze ramię Pająka. Robak zapiszczał i zaczął powoli rozkopywać hałdę.
Rachner natychmiast przyłączył się do niego, odciągał na bok luźne deski, zsuwał ciepłą ziemię. Ciepłą? Była gorąca jak dno zatoki Calorica’. Myśl o pogrzebaniu kogoś żywcem w ciepłej ziemi wydała mu się wyjątkowo przerażająca. Zaczął kopać szybciej.
Underhill leżał tylną częścią ciała w dół, jego głowa znajdowała się ledwie stopę pod powierzchnią. Po kilku sekundach odkopali go już do ramion. Ziemia drgnęła, zaczęła zsuwać się wraz z krawędzią krateru. Thract wyciągnął ręce, włożył je pod ręce Underhilla — i pociągnął. Cal, stopa…
Obaj opadli na ziemię, kiedy grób Underhilla zsunął się do wnętrza krateru.
Robak czołgał się wokół nich, ani na moment nie odstępując swego pana. Underhill poklepał go łagodnie. Potem odwrócił się, przekręcając głowę tak samo jak Thract. Kryształowe powierzchnie jego oczu pokrywały pęcherze. Sherkaner Underhill zasłonił oczy Thracta przed jądrem eksplozji; sam był bezpośrednio wystawiony na uderzenie.
Underhill patrzył prawdopodobnie w stronę krateru.
— Jaybert? Nizhnimor? — mówił cicho, z niedowierzaniem. Podniósł się z ziemi, ruszył w stronę urwiska. Thract i robak przytrzymali go w miej scu. Przez chwilę Underhill pozwolił im prowadzić się w drugą stronę.
Ciężkie ubrania skrywały jego ruchy, wydawało się jednak, że ma złama ne co najmniej dwie nogi.
— Victory? Brent? Słyszycie mnie? Straciłem… — Odwrócił się i znów ruszył w stronę krateru. Tym razem Rachner musiał z nim walczyć. Biedny kober ulegał napadom szaleństwa. Myśl! Rachner Thract spojrzał w dół zbocza. Lądowisko dla helikopterów było lekko przechylone, zbocze góry zasłoniło je jednak przed skutkami eksplozji. Jego śmigłowiec nadal tam stał i wyglądał na nieuszkodzony.
— Ach! Profesorze, w moim helikopterze jest telefon. Chodźmy, możemy stamtąd zadzwonić do generał. — Była to dosyć słaba argumentacja, ale też jedyna, jaką mógł w tej chwili zastosować. Underhill zachwiał się, omal nie przewrócił na ziemię. Potem jakby odzyskał na chwilę świadomość. — Helikopter? Tak… mógłby mi się przydać.
— Dobrze. Chodźmy tam. — Thract ruszył w stronę pozostałości schodów, ale Underhill nadal się wahał. — Nie możemy zostawić Mobiya. Nizhnimor i resztę — tak. Oni na pewno nie żyją. Ale Mobiy…
Móbiy umiera. Thract nie powiedział tego jednak głośno. Robak przestał pełzać, tulił się tylko do boku Underhilla.
— To zwierzę, profesorze — wyszeptał Thract.
Underhill zaniósł się szalonym chichotem.
— Ach, to tylko kwestia podejścia, pułkowniku.
Thract zdjął wierzchnią kurtkę i sporządził z niej prowizoryczne nosze dla robaka. Zwierzę ważyło co najmniej osiemdziesiąt funtów, lecz teraz szli na dół, a Sherkaner Underhill nie próbował już wracać do krateru i tylko od czasu do czasu potrzebował pomocy przy schodzeniu. Co lepszegomógłbyś teraz robić, hę, pułkowniku? Ukryty wróg wreszcie uderzył. Thract spojrzał na kalderę, na dymiące leje po bombach. Prawdopodobnie tak samo wyglądał płaskowyż, zniszczone wyrzutnie. Bez wątpienia zniszczone zostało także Najwyższe Dowództwo. Jeśli nawet mogłem tu cokolwiekzrobić, przybyłem za późno.
Pięćdziesiąt siedem
Taksówka wzniosła się nad powierzchnię LI. Pod nimi została otwarta gardziel śluzy S745. Gdyby nie Qiwi, nadal siedzieliby uwięzieni we wnętrzu ciasnego korytarza. Lądowanie obok śluzy i wykonana przez Qiwi prowizoryczna komora powietrzna — to było coś. Tego nie dokonaliby nawet dobrze zarządzani fiksaci.
Nau ułożył delikatnie Alego Lina na przednim siedzeniu obok Qiwi.
Ta odwróciła się od tablicy sterowniczej zatroskana.
— Tato? Tato? — Sięgnęła do jego ręki, by zbadać puls, i po chwili odetchnęła z ulgą.
— Myślę, że Ali z tego wyjdzie, Qiwi. W Ll-A mamy serwis medyczny i…
Qiwi opadła ponownie na swoje siedzenie.
— Arsenał… — Nie odrywała jednak spojrzenia od swego ojca, a wy raz troski na jej twarzy ustępował zamyśleniu. Wreszcie podniosła wzrok i skinęła głową. — Tak.
Taksówka przyspieszyła gwałtownie, rzucając Naua ijego ludzi na ściany. Qiwi przeszła na ręczne sterowanie.
— Co się stało, Tomas? Mamy jakieś szanse?
— Tak sądzę. Jeśli tylko uda nam się dostać do Ll-A. — Zdał jej relację z ostatnich wydarzeń, opowiadając niemal samą prawdę — prócz tego, co stało się z Alim Linem.
Qiwi zwolniła łagodnie, szykując się do lądowania. Jej głos bliski był jednak płaczu.
— To znów Masakra Diema, prawda? Ale jeśli ich nie powstrzymamy, tym razem zginiemy wszyscy. I Pająki.
Bingo. Gdyby pamięć Qiwi nie została wyczyszczona ledwie kilka godzin wcześniej, to porównanie byłoby bardzo niebezpieczne. Kilka dni więcej, a Qiwi dostrzegłaby dziesiątki drobnych niekonsekwencji i sprzeczności; domyśliłaby się całej prawdy. Teraz jednak jeszcze przez kilka Ksekund analogia do Masakry Diema działała na jego korzyść.
— Tak! Ale tym razem mamy szansę ich powstrzymać, Qiwi.
Taksówka zbliżała się do powierzchni Diamentu Pierwszego. Słońce wyglądało jak blady, czerwony księżyc, jego blask odbijał się tu i ówdzie w resztkach skradzionego z Arachny śniegu. Hammerfest zniknęło za krawędzią Diamentu. Najprawdopodobniej Pham Nuwen został uwięziony na Strychu. Ten człowiek był geniuszem, ale osiągnął na razie tylko pół zwycięstwa. Odciął łączność z twardogłowymi, ale nie zatrzymał działań na Arachnie i nie dotarł do swych sprzymierzeńców.
A w tej grze połowiczne zwycięstwo równało się przegranej. Za kilkaset sekund będę miał do dyspozycji całą broń z Ll-A. Wtedy słabość moralna Phama Nuwena przechyli szalę zwycięstwa na korzyść Tomasa Nau.
Ezr ani na chwilę nie stracił przytomności; gdyby tak się stało, już nigdy by się nie obudził. Przez jakiś czas jednak koncentrował się wyłącznie na sobie, na paraliżującym zimnie, rozdzierającym bólu w ramieniu i ręce.
Teraz pragnął jedynie zaczerpnąć powietrza. Gdzieś w pobliżu musiało być powietrze; objętość wody i gazu w parku pozostawała przecież taka sama jak przed katastrofą. Ale gdzie? Obrócił się tam, gdzie światło sztucznego słońca było najjaśniejsze. Resztki rozsądku podpowiadały mu, że woda nadleciała właśnie z tamtego kierunku. Teraz powinna spadać.
Płyń do światła. Zaczął poruszać słabo nogami, zdrową ręką nadając ciału właściwy kierunek.
Woda. Jeszcze więcej wody. Woda bez końca. Czerwonawa w blasku słońca.
Przebił się przez powierzchnię, kaszląc i wymiotując, i wreszcie nabrał powietrza. Woda ciągnęła się wokół niego, zmieniała kształt, wirowała, wznosiła się i opadała. Przypominało mu to historie o piratach z Canberry, które oglądał jako dziecko; był żeglarzem zaskoczonym przez sztorm na otwartym morzu. Spojrzał w górę. Woda zamykała się nad jego głową.
Tkwił w bańce powietrza średnicy jakichś pięciu metrów.