— …tak, to przerażające. Ale można na to popatrzeć też z innej strony; dzięki okrętom i hibernacji jesteśmy poza i ponad nimi. Możemy wy korzystać wszechświat do naszych celów.
Zęby Suiy znów błysnęły w uśmiechu.
— Ach, Pham, może jednak wcale się nie zmieniłeś. Pamiętam pierwsze dni małego Phama, kiedy nie potrafiłeś nawet mówić ludzkim językiem. Upierałeś się, że Queng Ho to imperium, a ja powtarzałam ci ciągle, że jesteśmy tylko Kupcami i nie możemy być niczym więcej.
— Pamiętam, ale ciągle nie rozumiem. Od kiedy Queng Ho kręcą się po kosmosie?
— Masz na myśli flotę handlową? Od jakichś dwóch tysięcy lat.
— Dłużej, niż trwało jakiekolwiek imperium.
— Jasne, po części właśnie dlatego, że nie jesteśmy imperium. To na sza funkcja nadaje nam pozory długowieczności. Queng Ho sprzed dwóch tysięcy lat mieli inny język, inną kulturę. Jestem pewna, że takie rzeczy zawsze istniały w Ludzkiej Przestrzeni. To proces, nie rząd.
— Po prostu grupa ludzi, którzy robią te same rzeczy?
— Otóż to.
Pham milczał przez chwilę. Ona po prostu nie rozumiała.
— Dobrze. Tak to wygląda w tej chwili. Ale naprawdę nie widzisz, jaką wam to daje władzę? Utrzymujecie zaawansowaną technologię na przestrzeni setek lat świetlnych, przez tysiące lat.
— Nie. To tak jakbyś powiedział, że fale morskie mogą rządzić światem; są wszędzie, są potężne i wydają się skoordynowane.
— Moglibyście mieć sieć, jak sieć floty, której używaliście na Canberze.
— Prędkość światła, Pham, pamiętasz? Nie istnieje nic szybszego. Nie mam pojęcia, co robią Kupcy po drugiej stronie Ludzkiej Przestrzeni, informacje, jakie od nich dostaję, pochodzą sprzed setek lat. Jak dotąd widziałeś tylko sieć na „Repryzie”; wiesz, jak zarządzać małą siecią floty.
Wątpię, czy potrafisz sobie wyobrazić, jak wygląda sieć obsługująca cywilizację planetarną. Zobaczysz to na Namqem. Zawsze gdy odwiedzamy takie miejsca, tracimy część załogi. Życie z siecią planetarną, gdzie możesz porozumiewać się z milionami ludzi i to przy milisekundowych opóźnieniach, to coś, czego nie potrafisz jeszcze ogarnąć. Założę się, że kiedy przylecimy na Namqem, ty też nas opuścisz.
— Nigdy…
Sura odwracała się jednak w jego uścisku, jej piersi ocierały się o jego pierś, dłoń sięgała w dół. Pham nie mógł już dokończyć zdania.
Potem Pham przeprowadził się do kwater Sury. Spędzali razem tyle czasu, że inni członkowie wachty pokpiwali zeń i mówili, że „porwał ich kapitana”. Życie z Surą Vinh było dla Phama nieustającą radością, lecz nie chodziło tu tylko o zaspokojone żądze. Dużo rozmawiali, spierali się ze sobą i spierali… i wyznaczyli sobie zadanie na resztę życia.
Czasami myślał też o Cindi. Zarówno ona, jak i Sura zdobyły go, otworzyły przed nim nowe horyzonty. Obie uczyły go różnych rzeczy, spierały się z nim, obie go opętały. Były jednak tak różne jak lato i zima, jak staw i ocean. Cindi stanęła w jego obronie, ryzykując życie, sama przeciwko wszystkim ludziom króla. Nawet w najdzikszych snach Pham nie potrafił wyobrazić sobie Sury Vinh podejmującej takie ryzyko. Nie, Sura była bardzo rozsądna i bardzo ostrożna. To ona przeanalizowała sytuację na Canberze i uznała, że misja nie ma szans na powodzenie — a potem przekonała innych, by wyłudzili okręt od komisji floty i uciekli z przestrzeni Canberry.
Sura Vinh planowała dalekosiężnie, widziała problemy tam, gdzie nie dostrzegał ich jeszcze nikt inny. Unikała ryzyka, a jeśli już musiała je podejmować, ograniczała możliwość przegranej do minimum. W pogmatwanym panteonie moralnym Phama była kimś znacznie mniejszym niż Cindi… i zarazem znacznie większym.
Sura nigdy nie dała się przekonać do jego wizji gwiezdnego królestwa Queng Ho. Ale nie próbowała mu otwarcie zaprzeczać; zasypywała go książkami, traktatami o ekonomii i historii, które przeoczył jakoś podczas swych dziesięcioletnich studiów. Rozsądna osoba przyjęłaby jej punkt widzenia; on mylił się już wcześniej w tak wielu kwestiach. Pham jednak nadal zachował swój stary upór. Może to Sura miała klapki na oczach.
— Moglibyśmy zbudować międzygwiezdną sieć. Byłaby tylko… wolna.
Sura się roześmiała.
— Tak! Wolna. To tak jakby uściśnięcie ręki zajmowało tysiąc lat!
— Cóż, oczywiście protokoły wyglądałyby inaczej. Użytkowanie też.
Ale taka sieć mogłaby zmienić zwykłe, chaotyczne funkcje handlowe w coś hm… zyskowniejszego. — Omal nie powiedział potężniejszego, ale wie dział, że zaraz zostałby oskarżony o „średniowieczne naleciałości”. — Moglibyśmy utrzymywać bazę danych Klientów.
Sura pokręciła głową.
— Ale nieaktualną od setek lub tysięcy lat.
— Moglibyśmy też podtrzymywać standardy ludzkich języków. Nasze standardy programowania sieci przetrwałyby wszystkie rządy Klientów. Nasza kultura handlowa mogłaby trwać wiecznie.
— Ale Queng Ho to tylko jednak ryba w wielkim morzu Kupców… Och… — Pham widział, że Sura zaczyna wreszcie rozumieć. — Więc „kultura” naszego przekazu kierowałaby rozwojem innych światów, dostosowywałaby je do naszych potrzeb.
— Tak, tak! Moglibyśmy też szyfrować część przekazu i bronić się w ten sposób przez konkurencją. — Pham uśmiechnął się chytrze. Następny punkt był czymś, czego mały Pham, a prawdopodobnie i jego ojciec, król Północnej Krainy, nigdy by nie wymyślił. — Część przekazu z kolei byłaby ogólnie dostępna. Na przykład standardy językowe, niektóre rzeczy z naszej biblioteki technicznej. Czytałem historie Klientów. Od samego początku, od Starej Ziemi, jedynym naprawdę stałym elementem są zmiany, powstawanie i upadek cywilizacji. Queng Ho mogliby to zmienić.
Sura kiwała głową, zamyślona.
— Tak, gdybyśmy właściwie się do tego zabrali, mielibyśmy kultury Klientów, którzy mówią naszym językiem, ukształtowani są wedle naszych potrzeb handlowych, używają naszego środowiska programowania. — Pod niosła nań wzrok. — Nadal myślisz o imperium, prawda?
Pham tylko się uśmiechnął.
Sura miała milion obiekcji, ale pojęła ducha tej idei, odniosła ją do swych doświadczeń i zaprzęgła całą swą wyobraźnię do jej realizacji. W miarę upływu czasu obiekcje przyjmowały raczej formę sugestii, a ich spory zamieniały się we wspólne planowanie.
— Jesteś szalony, Pham… ale to nie ma znaczenia. Może tylko taki szalony człowiek średniowiecza jak ty jest dość ambitny, żeby to zrealizować. To tak… tak jakbyśmy tworzyli nową cywilizację z niczego. Możemy wymyślać własne mity, ustalać własne konwencje. Będziemy na samym dole wszystkiego.
— I przetrwamy wszelką konkurencję.
— Boże… — szepnęła Sura. (Dopiero jakiś czas potem wymyślili „Boga Wszelkiego Handlu” i panteon pomniejszych bóstw). — Wiesz, Namqem to idealne miejsce na początek. Doszli już prawie do najwyższego stopnia rozwoju, jaki może osiągnąć cywilizacja, ale stają się trochę cyniczni i dekadenccy. Mają doskonałą technikę propagandy, lepszą niż jakakolwiek cywilizacja w historii. Twój pomysł jest dziwny, ale też nie jest niczym nadzwyczajnym w porównaniu z kampaniami reklamowymi w sieci planetarnej. Jeśli moi kuzyni nadal są w przestrzeni Namqem, na pewno sfinansują tę operację. — Roześmiała się, radosna i niemal dziecinna, a Pham uświadomił sobie, jak bardzo ciążyła jej do tej pory perspektywa bankructwa i niesławy. — Do diabła, jeszcze na tym zarobimy!
Pozostała część ich wachty była nieustanną orgią wyobraźni, inwencji i pożądania. Pham wymyślił nowy model radia międzygwiezdnego, harmonogramy, które utrzymywałyby floty i rodziny w synchronizacji, na przestrzeni stuleci i setek lat świetlnych. Sura zaakceptowała większość projektu, nie kryjąc przy tym radości i zachwytu. Śmiechem skwitowała jednak projekty zarządzania ludźmi, pomysły dziedzicznych tytułów lordowskich i flot wojskowych — Pham nie spierał się z jej osądem. W tych kwestiach nadal był dzieckiem swej epoki, dzieckiem średniowiecza.