Właściwie Sura Vinh była raczej admiratorem jego pracy niż nadzorcą.
Pham pamiętał ich ostatnią rozmowę tuż przed tym, jak po raz pierwszy ułożył się w kapsule hibernacyjnej. Sura kalibrowała chłodnice radiacyjne, sprawdzała poziom substancji hipotermicznych.
— Obudzimy się niemal równocześnie, Pham, ja tylko jakieś sto Ksekund przed tobą. Będę tu na ciebie czekała. — Uśmiechnęła się ciepło. — Nie martw się.
Pham odpowiedział jakąś żartobliwą uwagą, ale ona oczywiście wyczuwała jego obawy. Mówiła o innych rzeczach, kiedy układał się w kapsule, snuła plany na przyszłość, zastanawiała się, co będą robić, gdy przylecą wreszcie na Namqem. A kiedy nadszedł wreszcie czas, zawahała się.
Pochyliła się nad nim i delikatnie pocałowała go w usta. Jej uśmiech stał się odrobinę złośliwy, kpiła jednak zarówno z niego, jak i z siebie.
— Śpij dobrze, słodki książę.
Potem odeszła, a leki zaczęły działać. Wcale nie było mu zimno. Jego ostatnie myśli skierowane były ku przeszłości. Kiedy żył na Canberze, ojciec był dlań odległą, mało znaną postacią. Bracia i siostry stanowili śmiertelne zagrożenie dla jego egzystencji. Cindi… stracił ją, nim zaczął cokolwiek rozumieć. Ale Sura Vinh… Miał dla niej tak wiele różnych uczuć. Kiedyś traktował ją jak matkę, teraz jak kochankę i najdroższą przyjaciółkę.
W pewnym fundamentalnym sensie Sura Vinh była dla niego tymi wszystkimi postaciami. Przez długą część swego życia Sura Vinh wydawała się jego przyjaciółką. I choć ostatecznie stała się zdrajczynią, to wtedy, na samym początku, była kobietą dobrą i uczciwą.
Ktoś potrząsał nim delikatnie, machał ręką przed jego twarzą.
— Hej, Trinli! Pham! Jesteś jeszcze z nami? — Jau Xin wydawał się szczerze zatroskany.
— Ee… tak, tak, wszystko w porządku.
— Jesteś pewien? — Xin przyglądał mu się przez kilka sekund, potem powrócił na swoje miejsce. — Mój wujek też kiedyś tak się dziwnie zachowywał, a potem okazało się, że miał wylew…
— Nie, nie, ja czuję się doskonale. — Pham ponownie przybrał buńczuczną minę. — Zamyśliłem się i tyle.
To oświadczenie wywołało burzę śmiechu przy stole.
— Zamyśliłeś się! Nie myśl, Pham, stary druhu, to szkodzi! — Po chwili śmiech umilkł, a zebrani przy stole powrócili do wcześniejszej rozmowy. Pham słuchał ich teraz z uwagą, od czasu do czasu wtrącając głośne komentarze.
Pham od dawna już miał skłonność do marzenia na jawie, właściwie robił to, odkąd opuścił Canberrę. Oddawał się całkowicie rozmyślaniom, marzeniom czy snuciom planów, zatracał się w nich tak, jak niektórzy ludzie w grach imersyjnych. Kątem oka dostrzegł, że Qiwi opuściła już salonik. Tak, dzieciństwo tej dziewczyny bardzo przypominało jego własne, i może stąd właśnie brała się jej niezwykła wyobraźnia i energia. Często nawet zastanawiał się, czy dziwne metody wychowawcze mieszkańców Strentmann oparte są na opowieściach o jego pobycie na „Repryzie”. Jego sytuacja poprawiła się, kiedy przybył do celu. Biedna Qiwi znalazła tutaj tylko śmierć i zdradę. Nadal się jednak nie poddawała…
— Dostajemy teraz dobre przekłady. — Trud Silipan wracał do tematu Pająków. — Zajmuję się zafiksowanymi tłumaczami Reynolt. — Trud był raczej pomocnikiem niż zarządcą, nikt mu jednak tego nie wytknął. — Mówię wam, lada dzień będziemy mieli pierwsze informacje o tym, jak wyglądała oryginalna cywilizacja Pająków.
— No nie wiem, Trud. Wszyscy mówią, że to musi być upadła kolonia.
Ale jeśli Pająki żyją też gdzieś indziej w kosmosie, to dlaczego nie słyszymy ich radia?
— Posłuchaj — wtrącił Pham. — Już nieraz o tym rozmawialiśmy. Arachna musi być kolonią. Życie nie mogło powstać w sposób naturalny w tak trudnych warunkach.
— Może te stworzenia nie mają swoich Queng Ho — zabrał głos ktoś inny. Rozległy się chichoty wokół stołu.
— Nie, i tak byłoby mnóstwo sygnałów radiowych. Słyszelibyśmy je.
— Może tamci są naprawdę bardzo daleko…
— A może mają tak zaawansowaną technologię, że nie używają radia.
Zauważyliśmy ich tylko dlatego, że zaczynają od początku. — Był to stary argument, część tajemnicy sięgającej daleko w przeszłość, aż do Epoki Niespełnionych Marzeń. To właśnie dla niej przybyły tu ludzkie ekspedycje. Z pewnością dla niej przybył tu Pham Trinli.
I rzeczywiście, Pham znalazł już Coś Nowego, coś tak potężnego, że pochodzenie Pająków stało się kwestią podrzędną. Pham znalazł fiksację.
To dzięki niej Emergenci mogli zamienić swych najlepszych ludzi w myślące maszyny, oddane bez reszty swej pracy. Nieudacznik pokroju Truda Silipana mógł otrzymywać doskonałe tłumaczenia na skinienie ręki.
Potwór pokroju Tomasa Nau mógł mieć pod swą komendą zastępy wiernych sług. Fiksacja dawała Emergentom władzę i moc, jakich nie miał nikt przedtem, subtelność przewyższającą każdą maszynę i cierpliwość przewyższającą człowieka. To był jeden z Niespełnionych Snów — ale im udał się go zrealizować.
Obserwując poczynania Truda Silipana, Pham zrozumiał, że nadszedł wreszcie czas na realizację kolejnego punktu jego planu. Emergenci z niższych warstw zaakceptowali Phama Trinli. Nau tolerował go, nawet chętnie się z nim spotykał, uważając, że dzięki, niemu może poznać sposób myślenia wojskowych Queng Ho. Nadszedł czas, by dowiedzieć się czegoś więcej o fiksacji. Dowiedzieć się od Silipana, od Reynolt… któregoś dnia poznać techniczną stronę tego zagadnienia.
Pham próbował zbudować prawdziwą cywilizację w całej Ludzkiej Przestrzeni. Przez kilka stuleci wydawało się, że może tego dokonać. W końcu został zdradzony. Pham jednak już dawno temu zrozumiał, że ta zdrada była wyrazem większego niepowodzenia. To, co Sura i inni zrobili mu w Brisgo Gap, było nieuniknione. Międzygwiezdne imperium obejmuje ogromną przestrzeń i czas. Słuszność i pożyteczność takiego tworu nie wystarczą. Potrzeba jeszcze siły wiążącej go w całość.
Pham Nuwen podniósł bańkę z piwem i wzniósł w myślach toast za lekcje przeszłości i obietnice przyszłości. Tym razem nie popełni żadnego błędu.
Osiemnaście
Pierwsze dwa lata życia Ezra Vinha po zasadzce były rozciągnięte niemal na osiem lat czasu obiektywnego. Niemal jak każdy dobry kapitan Queng Ho, Tomas Nau starał się dopasować ich dyżury do aktualnych potrzeb. Qiwi i jej zespół byli aktywni częściej niż ktokolwiek inny, jednak nawet oni zwalniali tempo.
Sporo pracy mieli także astrofizycy Annę Reynolt. OnOff ustawiała się wzdłuż zakrzywionego promienia światła, co obserwowano w poprzednich stuleciach; dla laika wyglądała, jak normalne, zasilane wodorem słońce. Początkowo Reynolt trzymała większość innych naukowców w uśpieniu, czekając, aż Pająki wznowią aktywność.
Już pierwszego dnia po Wybuchu, kiedy Arachnę smagały burze parowe, z jej powierzchni dochodziły wojskowe transmisje radiowe. Najwyraźniej okres dezaktywizacji słońca przerwał jakąś lokalną wojnę. Po roku czy dwóch uaktywniło się już kilkadziesiąt nadajników na dwóch kontynentach. Co dwieście lat Pająki musiały odbudowywać swoje struktury powierzchniowe niemal od podstaw, lecz najwyraźniej miały w tym ogromną wprawę. Kiedy w pokrywie chmur ukazały się pierwsze przerwy, na powierzchni planety widniała już sieć nowych dróg i miast.