Выбрать главу

Reynolt milczała przez dłuższą chwilę, wpatrzona w przestrzeń. Czasami oznaczało to, że dyskusja dobiegła już końca i że powinien sobie już iść. Kiedy indziej próbowała po prostu zrozumieć argumenty przeciwnej strony.

— Więc chce pan powiedzieć, że ona osiągnęła wyższy poziom prze kładu, że próbuje przełożyć ich kulturę na naszą samoświadomość.

Była to typowa analiza Reynolt, dziwaczna, lecz precyzyjna.

— Otóż to! Wy nadal chcecie przekładów z wszystkimi odnośnikami i wyjątkami, niemal matematycznej analizy. Lecz sercem dobrego prze kładu jest zrozumienie potrzeb i oczekiwań drugiej strony.

Reynolt przyjęła to wyjaśnienie. Tak czy inaczej, takie przekłady podobały się Nauowi, nawet z ladillskimi dziwactwami. W miarę upływu czasu inne przekłady przejmowały coraz więcej terminologii stosowanej przez Trixię. Ezr wątpił, czy którykolwiek z niezafiksowanych Emergentów był dość kompetentny, by ocenić te prace. I wbrew temu, co z takim przekonaniem wyjaśniał Reynolt, coraz częściej miał wątpliwości; przekłady Trixii zbyt mocno przypominały historię Epoki Świtu, którą karmił ją z takim upodobaniem przed zasadzką. Nau, Brughel i Reynolt mogli tego nie dostrzegać, Ezr był jednak specjalistą i znajdował zbyt wiele podejrzanych podobieństw.

Trixia konsekwentnie ignorowała fizyczność Pająków. Wziąwszy pod uwagę obrzydzenie, jakie niektórzy ludzie czują do pająków, nie było to może takie złe. Te stworzenia naprawdę radykalnie różniły się od ludzi, były bardziej odmienne zarówno w swej postaci, jak i cyklu życiowym niż jakakolwiek forma inteligencji napotkana dotąd przez ludzkość. Niektóre z ich kończyn pełniły tę samą funkcję co ludzkie szczęki, Pająki nie miały także odpowiedników rąk i palców, a do manipulowania przedmiotami wykorzystywały liczne odnóża. Wszystkie te różnice były niemal niewidoczne w przekładach Trixii. Od czasu do czasu pojawiały się wzmianki o spiczastej ręce (być może chodziło o kształt, jaki może przybrać zwinięta przednia noga) lub rękach środkowych czy przednich — ale nic poza tym. W szkole Ezr widział już tak miękkie przekłady, te dokonywane były jednak przez ekspertów z wieloletnim doświadczeniem w kontaktach z kulturami Klientów.

W świecie Pająków pojawił się program radiowy przeznaczony specjalnie dla dzieci — przynajmniej za taki uznała go Trixia. Audycja, której tytuł w dosłownym przekładzie brzmiał „Dziecięca godzina nauki”, była obecnie ich najlepszym źródłem wiedzy o Pająkach. „Godzina…” zawierała idealną mieszankę języka naukowego — który ludzie zdążyli już całkiem nieźle poznać — i kolokwialnego języka codziennej kultury. Nikt nie wiedział, czy program ten ma naprawdę uczyć dzieci, czy tylko je zabawiać.

Nie można było też wykluczyć, że była to audycja edukacyjna dla poborowych do wojska. Tytuł zaproponowany przez Trixię szybko się jednak przyjął, nadając treści programów niewinny, miły charakter. Arachna Trixii przypominała bajkową Epokę Świtu. Czasami, kiedy Ezr spędzał z nią cały dzień, kiedy nie odzywała się doń ani słowem, kiedy jej fiksacja była tak wąska, że nie dopuszczała ani odrobiny człowieczeństwa… czasami zastanawiał się, czy te przekłady nie są dziełem starej Trixii uwięzionej w najbardziej efektywnej formie niewolnictwa, jaką zna ludzkość, a mimo to sięgającej po nadzieję. Świat Pająków był jedynym miejscem, na które pozwalała jej patrzeć fiksacja. Może zniekształcała to, co do niej docierało, tworząc sen o szczęściu w jedyny dostępny sobie sposób.

Dziewiętnaście

Rozpoczęła się już środkowa faza słońca, a Princeton odzyskało wiele ze swej urody. W następnych latach miało wypięknieć jeszcze bardziej, wzbogacone o nowe budynki, otwarte teatry, Pałac Lat Gaśnięcia, uniwersyteckie szkółki drzew. Lecz już w roku 60//19 układ ulic był kompletny, normalnie funkcjonowała centralna dzielnica biznesu, a na uniwersytecie odbywały się zajęcia dydaktyczne.

Pod innymi względami rok 60//19 był różny od roku 59//19 i bardzo różny od dziesiątego roku wszystkich poprzednich pokoleń. Świat wkroczył w Erę Nauki. Nadrzeczną równinę, na której rozciągały się niegdyś pola uprawne, zajmowało teraz lotnisko. Z najwyższych wzgórz miasta wyrastały maszty radiowe; czerwone lampki umieszczone na ich szczycie widoczne były w nocy z odległości wielu mil.

W roku 60//19 wiele miast Akord przybrało już podobny wygląd, tak jak i wielkie miasta Tiefstadt i Kindred oraz, w mniejszym stopniu, miasta biedniejszych nacji. Lecz nawet według standardów nowej ery Princeton należało do miejsc wyjątkowych. Działy się tu rzeczy, które, choć niewidoczne dla przeciętnego obywatela, były zalążkiem jeszcze większej rewolucji.

Hrunkner Unnerby przyleciał do Princeton w deszczowy, wiosenny poranek. Taksówka, która zabrała go z lotniska, jechała przez samo centrum miasta. Unnerby wychował się w Princeton, tu też znajdowała się kiedyś jego firma budowlana. Większości sklepów jeszcze nie otwarto, służby miejskie kończyły właśnie czyścić ulice i chodniki. Krople deszczu mieniły się tysiącami barw na drzewach i szklanych witrynach. Hrunkner lubił stare centrum, gdzie wiele spośród kamiennych fundamentów przetrwało ponad trzy czy cztery pokolenia. Nawet nowe budynki z betonu i cegły zostały wzniesione według projektów z odległej przeszłości.

Opuściwszy centrum, wjechali do nowej dzielnicy. Niegdyś była to własność królewska, rząd jednak sprzedał ją, by sfinansować Wielką Wojnę — konflikt, który nowa generacja nazywała po prostu wojną z Tieferami. Niektóre części nowej dzielnicy natychmiast zamieniły się w slumsy, inne — położone wyżej — zostały zajęte przez eleganckie posiadłości. Taksówka pokonywała kolejne zakręty, pnąc się mozolnie w stronę najwyższego punktu nowej drogi. Szczyt wzgórza przesłaniały bujne, opadające paprocie, ale od czasu do czasu pokazywały się między nimi jakieś budynki. Wrota bramy rozsunęły się bezszelestnie przed samochodem, choć w pobliżu nie było żywego ducha. Ho, ho. Za parkanem krył się prawdziwy pałac.

Sherkaner Underhill stał przy parkingu na końcu podjazdu. Deszcz zamienił się w drobną mżawkę, lecz Underhill rozłożył parasol, kiedy wyszedł Unnerby’emu na spotkanie.

— Witam, sierżancie! Witam! Tyle lat namawiałem cię, żebyś odwiedził mój mały domek na wzgórzu i wreszcie się pojawiłeś.

Hrunkner wzruszył ramionami.

— Mam ci tak wiele do pokazania… począwszy od dwóch małych, ale ważnych punktów. — Przesunął parasol do tyłu. Po chwili z futra na jego plecach wychynęły dwie maleńkie główki. Była to dwójka dzieci, trzymających się mocno swego ojca. Niewiele starsze od normalnych dzieci we wczesnej Jasności osiągnęły właśnie najwdzięczniejszy wiek. — Dziewczynka ma na imię Rhapsa, a chłopiec to Hrunkner.

Unnerby podszedł do przodu, starając się zachować obojętną minę.

Pewnie nazwali dziecko Hrunkner w imię starej przyjaźni. Boże na głębokościach.

— Bardzo miło was poznać. — Unnerby nigdy nie potrafił obchodzić się z dziećmi; najmłodszymi istotami, z jakimi utrzymywał stały kontakt, byli poborowi. Miał nadzieję, że teraz usprawiedliwi to jego niezręczne za chowanie.

Dzieci jakby wyczuły jego niechęć i schowały się szybko w futrze.

— Nie przejmuj się — powiedział Sherkaner, który lekceważył tego rodzaju niezręczności. — Pokażą się znowu, kiedy wejdziemy do środka.

Sherkaner wprowadził go do pałacu, mówiąc przez cały czas o tym, jak wiele ma mu do pokazania, i jak bardzo cieszy się z jego wizyty. Lata zmieniły Underhilla, przynajmniej fizycznie. Nie był już tak chorobliwie chudy, futro na jego grzbiecie stało się długie i gęste, nieprzystające do tej fazy słońca. Drżenie głowy i przednich kończyn jakby pogłębiło się, odkąd Unnerby widział go po raz ostatni.