Выбрать главу

Przeszli przez ogromny hol i w dół szerokich, spiralnych schodów prowadzących kolejno przez wszystkie skrzydła „małego domku na wzgórzu” Sherkanera. Kręciło się tu mnóstwo ludzi, może była to służba, choć nikt nie nosił liberii, której wymagali zazwyczaj najwięksi bogacze. Właściwie miejsce to przypominało użytkową własność jakiejś korporacji lub rządu.

Unnerby przerwał nieustający monolog swego towarzysza:

— To wszystko jest tylko fasadą, prawda, Underhill? Król nigdy nie sprzedał tego wzgórza, po prostu przekazał je. — Służbom wywiadowczym.

— Nie, ja naprawdę jestem właścicielem tego gruntu, sam go kupiłem.

Ale, hm… przeprowadzam sporo konsultacji, a Victory — to znaczy wywiad Akord — uznała, że ze względów bezpieczeństwa lepiej będzie umieścić wszystkie laboratoria właśnie tutaj. Chciałbym pokazać ci kilka rzeczy.

— Cóż, taki jest cel mojej wizyty, Sherk. Sądzę, że pracujesz nad niewłaściwymi rzeczami. Przekonałeś Koronę do ogromnych inwestycji… Zakładam, że możemy tu swobodnie rozmawiać?

— Tak, tak, oczywiście.

Zazwyczaj Unnerby nie przyjąłby takiego zapewnienia, zaczynał jednak uświadamiać sobie, jak pilnie strzeżony jest ten budynek. Jego projekt wyszedł zapewne spod ręki Sherkanera — świadczył o tym choćby logarytmiczny, spiralny układ pomieszczeń — zarządzała nim jednak Victory; wszędzie czaili się — dopiero teraz to zrozumiał — strażnicy, ściany i dywany były idealnie czyste. To miejsce było prawdopodobnie równie bezpieczne jak laboratoria Unnerby’ego w Dowództwie Lądowym.

— No dobrze. Więc Korona wydaje ogromne kwoty na badania nad energią atomową. Zarządzam sprzętem wartym miliardy, mam pod sobą całą armię ludzi, w tym kilku niemal tak bystrych jak ty. — Choć Hrunkner Unnerby nadal był sierżantem, zajmował stanowisko, które nijak nie przystawało do tej rangi. Mógł śmiało powiedzieć, że rzeczywistość przerosła jego najśmielsze oczekiwania.

— To dobrze, bardzo dobrze. Victory bardzo w ciebie wierzy, wiesz o tym. — Wprowadził swego gościa do wielkiego, dziwacznego pokoju. Znajdowały się w nim biblioteczki i biurko, założone stertą raportów, książek i notatek. Biblioteczki były jednak przymocowane do urządzeń gimnastycznych dla koblików, a dziecięce książki przemieszane z instrumentami naukowymi. Dwójka maluchów zeskoczyła z pleców Sherkanera i wspięła się na urządzenia gimnastyczne. Teraz patrzyły na nich spod sufitu.

Sherkaner zsunął książki i czasopisma z niższej grzędy, po czym zaprosił Unnerby’ego do zajęcia miejsca. Bogu dzięki, że nie próbował zmienić tematu.

— Tak, ale nie widziałeś moich raportów.

— Owszem, widziałem. Victory mi je podsyła, choć nie miałem czasu ich przeczytać.

— A może powinieneś! — Przesyłają mu tajne raporty, a on nie ma czasuich przeczytać, a przecież to właśnie on rozpoczął to wszystko. — Posłuchaj, Sherkaner, sprawy nie wyglądają najlepiej. Zasadniczo możliwości energii atomowej są niemal nieograniczone. W praktyce… cóż, stworzyliśmy kilka naprawdę groźnych rodzajów trucizn. To rzeczy podobne do radu, ale znacznie łatwiejsze w produkcji. Mamy też izotop uranu, bardzo trudny do wyizolowania; gdyby nam się to jednak udało, stworzylibyśmy piekielną bombę; możemy dostarczyć ci taką ilość energii, która ogrzałaby miasto przez całą Ciemność, ale skumulowaną w jednej sekundzie!

— Doskonale! To dobry początek.

— Być może na tym początku się skończy. Musiałem oddać trzy laboratoria facetom, którzy pracują nad stworzeniem takiej bomby. Problem w tym, że mamy teraz pokój; informacje o takiej technologii wydostaną się w końcu na zewnątrz, najpierw do kopalń, a potem do innych państw.

Wyobrażasz sobie, co może się stać, kiedy Kindred, Tieferzy i Bóg wie kto jeszcze też zaczną produkować te rzeczy?

Ta ostatnia uwaga przebiła się wreszcie przez pancerz pogodnej nieuwagi, z jaką Underhill słuchał jego wywodów.

— Tak, rzeczywiście, sytuacja byłaby nieciekawa. Nie czytałem twoich raportów, ale Victory często się tutaj pokazuje. Technika daje nam cuda, lecz stwarza ogromne zagrożenie. Niestety jest to powiązane. Ale jestem przekonany, że nie przetrwamy, jeśli nie będziemy zajmować się tymi rzeczami. Ty widzisz tylko część tego wszystkiego. Posłuchaj, wiem, że Victory może załatwić ci więcej funduszy. Możemy urządzić ci nowe laboratoria, co tylko zechcesz…

— Sherkaner, powiedzieć ci szczerze, co o tym myślę?

— Cóż, hm… — Najwyraźniej domyślał się, co może usłyszeć.

— Gdybym miał teraz wszystkie pieniądze świata, zapewne mógłbym stworzyć system ogrzewania miasta. Co kilka lat dochodziłoby do katastrofalnych awarii, a gdyby nawet system pracował „właściwie”, jego substancja przepływowa — powiedzmy supergorąca para — byłaby tak radioaktywna, że wszyscy mieszkańcy twojego miasta wymarliby w ciągu pierwszych dziesięciu lat Ciemności. Po przekroczeniu pewnego punktu wrzucanie kolejnych funduszy i techników do projektu po prostu niczego nie zmieni.

Sherkaner nie odpowiedział mu od razu. Unnerby miał wrażenie, że jego uwaga skupiona jest na dwójce dzieci, które bawiły się pod sufitem.

Ten pokój był naprawdę przedziwną kombinacją bogactwa, intelektualnego chaosu typowego dla starego Underhilla i ojcowskiej troski nowego Underhilla. Tu i ówdzie spod stert książek, czasopism i zabawek przezierał puszysty dywan. Ściany pokrywała jedna z tych niezwykle drogich tapet iluzyjnych. Ogromne okna z kwarcowymi szybami ciągnęły się od podłogi aż po wysoki sufit. Teraz były lekko uchylone. Przez szpary sączył się zapach paproci. Przy biurkach Underhilla i biblioteczkach stały lampy elektryczne, jednak wszystkie były wyłączone. Do pokoju wpadało jedynie zielonkawe światło przefiltrowane przez paprocie, ale wystarczająco silne, by Unnerby mógł odczytać tytuły najbliższych książek.

Znajdowały się tam dzieła z zakresu psychologii, matematyki, elektroniki i astronomii — oraz mnóstwo bajek i opowiadań dla dzieci. Książki ułożono w niskie sterty, wypełniały większość przestrzeni pomiędzy zabawkami i sprzętem. Hrunkner nie zawsze mógł określić, które zabawki należały do dzieci, a które do Underhilla. Niektóre przedmioty wyglądały jak pamiątki z podróży, być może z placówek wojskowych, które odwiedzała Victory; tieferski gładzik do nóg, zasuszone kwiaty, które mogły być kiedyś garlandem wyspiarza. A w rogu… to wyglądało jak rakieta artyleryjska Mark 7, na miłość boską. Głowica została usunięta, a w miejscu materiałów wybuchowych znajdował się dom dla lalek.

— Masz rację, same pieniądze niewiele zmienią — odezwał się wreszcie Underhill. — Trzeba czasu, by stworzyć maszyny, które tworzą maszyny i tak dalej. Ale mamy jeszcze dwadzieścia pięć lat, a generał mówi mi, że genialnie sobie radzisz z zarządzaniem tak wielkim projektem.

Ta pochwała napełniła Hrunknera ogromną dumą, znaczyła dlań więcej niż wszystkie medale, które zgromadził podczas Wielkiej Wojny; gdyby jednak nie Smith i Underhill nigdy nie odkryłby w sobie takich talentów.

— Dziękuję ci bardzo — odparł burkliwie, starając się nie zdradzić, jak bardzo ucieszyła go ta opinia. — Ale mówię ci, to wszystko i tak nie wystarczy. Jeśli chcesz, żebym dokonał tego w ciągu najbliższych dwudziestu lat, potrzebuję czegoś więcej.

— Czego?

— Ciebie, do diabła! Twoich pomysłów! Od pierwszego roku projektu kryjesz się tutaj, w Princeton, i Bóg jeden wie, czym się zajmujesz.

— Och… Posłuchaj, Hrunkner, bardzo mi przykro, ale energia atomowa już mnie nie interesuje.