Fiksaci pisali coś bez przerwy na klawiaturach. Silipan wskazał na ich ręce z nieskrywaną dumą.
— Widzisz, mniej niż dwadzieścia procent z nich ma uszkodzone stawy; nie możemy sobie pozwolić na marnotrawstwo. I tak jest za mało ludzi, a Reynolt nie może całkowicie kontrolować wirusa. Ale ostatni wypadek śmiertelny mieliśmy ponad rok temu — i właściwie nie można go było uniknąć. Nie wiem jakim cudem, ale fiksat miał dziurę w jelicie i to zaraz po dokładnych badaniach. Był odizolowanym specjalistą. Przez jakiś czas nie przesyłał nam nic nowego, ale nie wiedzieliśmy, że pojawił się jakiś problem, dopóki gość nie zaczął śmierdzieć. — Więc niewolnik umarł od środka, zbyt oddany swemu zajęciu, by się skarżyć i zbyt zaniedbany, by ktokolwiek to zauważył.
Dotarli pod sam sufit pokoju, spojrzeli z góry na mamroczący tłum.
— W jednej kwestii miałeś rację, panie obrońco Trinli. Gdyby ci ludzie mieli dokonywać jakichś obliczeń albo coś porządkować, cała ta operacja byłaby idiotyzmem. Najmniejszy procesor w pierścionku może to zrobić miliard razy szybciej niż człowiek. Ale słyszysz, jak oni gadają do siebie?
— Tak, ale to nie ma żadnego sensu.
— To ich wewnętrzny żargon; wchodzą w to bardzo szybko, kiedy pracują w zespołach. Ale najważniejsze jest to, że oni nie wykonują najprostszych funkcji maszyn. Wykorzystują nasze zasoby komputerowe. Widzisz, dla nas, Emergentów, twardogłowi to kolejna warstwa systemu nad oprogramowaniem. Mogą wykorzystywać ludzką inteligencję, ale z uporem i cierpliwością maszyn. Dlatego też tak ważni są zafiksowani specjaliści, szczególnie technicy tacy jak ja. Fiksacja jest bezużyteczna, jeśli brakuje normalnych ludzi, którzy mogliby nią pokierować i utrzymać równowagę pomiędzy sprzętem, oprogramowaniem i fiksacja. Przy zachowaniu odpowiednich proporcji taka kombinacja przewyższa wszystko, co osiągnęli d» tej pory Queng Ho.
Pham wiedział o tym już od dawna, ale zaprzeczając, prowokował Emergentów pokroju Truda Silipana do bardziej szczegółowych wyjaśnień.
— Więc co właściwie robi ta grupa?
— Zaraz to sprawdzimy. — Gestem nakazał Phamowi nałożyć wyświetlacz. — Aha, widzisz? Podzieliliśmy ich na trzy grupy. Najwyższa grupa wykonuje proste procesy, twardogłowi, których można łatwo przeprogramować. Świetnie nadają się do rutynowych zadań, takich jak bezpośrednie pytania. Grupa środkowa zajmuje się programowaniem. Jako programista bojowy powinieneś być tym zainteresowany. — Wyświetlił jakieś tabele zależności. Na pierwszy rzut oka wydawały się zupełnie bezsensowne, ogromne bloki pozbawione jakiejkolwiek spójności. — To nowa wersja waszego kodu naprowadzającego.
— Bzdura. Nigdy nie mógłbym utrzymać czegoś takiego.
— Ty nie. Ale zarządca programistów, ktoś jak Rita Laio, może, jeśli tylko ma pod sobą zespół zafiksowanych programistów. W tej*chwili zajmują się przestawianiem i optymalizacją kodu. Zrobili to, na co zwykli ludzie nie potrafiliby się zdobyć. Zmieniając odpowiednio oprogramowanie, ci twardogłowi stworzyli kod o połowę mniejszy od waszego oryginału i pięć razy szybszy na tym samym sprzęcie. Wykryli też ponad sto błędów.
Pham milczał przez chwilę. Przeglądał labirynt tabel. Od lat zajmował się oprogramowaniem uzbrojenia. Pewnie, że kryły się tam jakieś drobne niedoróbki, jak w każdym dużym systemie. Ale kody uzbrojenia były przedmiotem tysięcy lat pracy, nieustającego dążenia do optymalizacji i usunięcia błędów… Oczyścił wyświetlacz i spojrzał na rzędy niewolników.
Taka straszna cena… za takie cudowne wyniki.
Silipan zachichotał.
— Nie oszukasz mnie, Trinli. Widzę, że jesteś pod wrażeniem.
— Jeśli to rzeczywiście działa… A co robi trzecia grupa? Ale Silipan zmierzał już do wyjścia.
— Ach, ci. — Machnął lekceważąco na twardogłowych po swojej prawej stronie. — To najnowszy projekt Reynolt. Przeglądamy korpus kodu systemowego waszej floty. Szukamy pułapek, pluskiew, takich rzeczy.
Było to beznadziejne przedsięwzięcie, którego podejmowali się tylko obłąkani administratorzy systemów, ale po tym, co dzisiaj zobaczył… nagle Pham nie czuł się już taki bezpieczny. Tle czasu minie, nim zauważą mojemodyfikacje?
Opuścili salę fiksatów i ruszyli w drogę powrotną w dół wieży.
— Widzisz, Pham, wy wszyscy, mam na myśli Queng Ho, żyliście z klapkami na oczach. Po prostu wiecie, że pewne rzeczy są niemożliwe.
Widzę to w waszej literaturze: „Błędy na wejściu dają błędy na wyjściu”.
„Problem z automatyką polega na tym, że wykonuje dokładnie to, o co ją prosisz”. „Automatyka nigdy nie może być prawdziwie twórcza”. Ludzkość przyjmowała takie twierdzenia od tysięcy lat. Ale my, Emergenci, udowodniliśmy, że jest inaczej! Dzięki twardogłowym mogę otrzymać właściwy sygnał wyjściowy z niejasnych danych na wejściu czy efektywne tłumaczenie języka naturalnego. Ludzki osąd staje się częścią automatyki!
Lecieli w dół z prędkością kilku metrów na sekundę; niewiele osób wznosiło się w przeciwnym kierunku. Światła na dole wieży błyszczały coraz jaśniej.
— No tak, a co z kreatywnością? — Pham wiedział, że Trud uwielbia rozwodzić się na ten temat.
— Nawet to, Pham. Oczywiście nie mówię o wszystkich formach kreatywności. Jak już wspominałem, niezbędni są prawdziwi zarządcy, tacy jak Rita i ja, no i grupmistrzowie nad nami. Ale powiem ci coś ciekawego o naprawdę twórczych ludziach, tych, którzy przechodzą potem do historii.
Często są to dziwacy, którzy nie prowadzą normalnego życia, są zafiksowani na jakimś jednym konkretnym temacie. Zdrowy psychicznie człowiek nie poświęciłby przyjaciół czy rodziny dla jakiejś abstrakcji.
Oczywiście dzięki temu taki maniak może odkryć lub stworzyć zupełnie nowe, genialne rzeczy. Widzisz, w tym sensie niepełna fiksacja zawsze była częścią ludzkości. My, Emergenci, po prostu zinstytucjonalizowaliśmy to szaleństwo, by mogła z niego korzystać cała społeczność.
Sihpan wyciągnął ręce na boki, dotykając lekko ścian i spowalniając opadanie. Został na moment w tyle, nim Pham także zaczął hamować.
— De czasu zostało ci do spotkania z Annę Reynolt? — spytał Silipan.
— Trochę ponad Ksekundę.
— Dobrze, będę się streszczał. Nie mogę przecież narażać szefowej na długie oczekiwanie. — Roześmiał się. Silipan najwyraźniej nie darzył Annę Reynolt szczególnym szacunkiem. Gdyby rzeczywiście była niekompetentna, Pham miałby znacznie łatwiejsze zadanie…
Przeszli przez drzwi ciśnieniowe do wnętrza czegoś, co mogło uchodzić za ambulatorium. Leżało tu kilka kapsuł hibernacyjnych, wyglądały na czasowe pojemniki dla pacjentów. Za nimi znajdowały się kolejne drzwi, ze specjalną pieczęcią grupmistrza. Trud zerknął nerwowo w tę stronę, po czym szybko odwrócił głowę.
— Tak. Więc tutaj odbywa się to wszystko, Pham. Prawdziwa magia fiksacji. — Przeciągnął Phama przez pokój, z dala od drzwi opatrzonych pieczęcią. Jakiś technik pracował przy bezwładnym ciele fiksata, próbując umieścić głowę „pacjenta” w jednym z wielkich pierścieni, które zajmowały większą część pokoju. Mogły to być aparaty diagnostyczne, choć wyglądały jeszcze prymitywniej niż większość sprzętu Emergentów.
— Znasz już podstawowe zasady, tak?
— Jasne. — Wytłumaczono je dokładnie wszystkim Queng Ho podczas pierwszej wachty po śmierci Jimmy’ego. — Macie tego specjalnego wirusa, pleśń mózgu. Zaraziliście nas wszystkich.