— Tak, tak. Ale to była operacja wojskowa. W większości wypadków wirus nie przedostał się przez barierę krew/mózg. — Ale kiedy mu się to uda… Wiesz, co to są komórki neuroglejowe? Tak naprawdę jest w ich mózgu znacznie więcej niż neuronów. Więc infekcja wykorzystuje te komórki glejowe jako rodzaj bulionu, zaraża niemal wszystkie. Po jakichś czterech dniach…
— …Macie fiksata?
— Nie. Mamy surowy materiał na twardogłowego; wielu z Queng Ho zatrzymało się na tym etapie — niezafiksowani, zupełnie zdrowi, ale z utrwaloną na stałe infekcją. U takich ludzi każdy neuron w mózgu przylega do zainfekowanych komórek. A każda zarażona komórka może wydzielać wiele substancji neuroaktywnych. Ten facet… — Trud odwrócił się do technika, który nadal pracował nad uśpionym fiksatem. — Bil, czemu ściągnęliście tutaj tego gościa?
Bil Phuong wzruszył ramionami.
— Bił się. Al musiał go ogłuszyć. Nie powinno dojść do ucieczki wirusa, ale Reynolt chce, żebym powtórzył podstawową piątkę na sekwencji z…
Obaj technicy rozmawiali przez chwilę, przerzucając się fachowymi, medycznotechnicznymi określeniami. Pham spojrzał z udawaną obojętnością na fiksata. W okresie przygotowawczym Egil był obrońcą i wesołym, towarzyskim człowiekiem. Teraz… teraz był zapewne lepszym analitykiem niż kiedykolwiek.
Trud kiwał głową, zastanawiając się głośno:
— Hm, nie rozumiem, dlaczego powtórka piątki miałaby tu w czymś pomóc. Ale to Reynolt jest szefem, nie? — Uśmiechnął się do swego towarzysza. — Hej, pozwól mi to zrobić. Chciałbym pokazać coś Phamowi.
— Ale ty się pod tym podpiszesz. — Phuong odsunął się na bok lekko znudzony. Silipan zajął miejsce obok szarego pierścienia. Pham zauważył, że urządzenie ma oddzielne kable zasilające, każdy grubości jednego centymetra.
— To rodzaj aparatu diagnostycznego, tak? Wygląda jak jakiś rupieć wygrzebany ze śmietniska.
— Ha. Niezupełnie. Pomóż mi włożyć głowę tego gościa do środka.
Uważaj, żeby nie dotykał bok… — Ostry sygnał alarmowy przerwał mu w pół słowa. — 1 na miłość boską, daj Bilowi ten pierścień. Jeśli staniesz w złym miejscu, magnesy urwą ci palec.
Nawet przy tak małej sile ciążenia niełatwo było im manewrować ciałem uśpionego fiksata. Wymagało to dużej precyzji, a grawitacja była wystarczająco silna, by ciągnąć głowę Egila ku niższej części otworu.
Trud odsunął się od pierścienia i uśmiechnął.
— Wszystko gotowe. Teraz zobaczysz, o co w tym wszystkim chodzi, staruszku. — Wypowiedział jakąś komendę, a w powietrzu między nimi pojawił się jakiś medyczny obraz, prawdopodobnie widok wnętrza głowy Egila.
Pham rozpoznawał niektóre fragmenty, większość różniła się jednak znacznie od tego, co znał do tej pory.
— Miałeś rację, Pham. To jest aparat do standardowego MRI, obrazowania rezonansem magnetycznym, stary jak świat. Ale wystarczająco dobry. Widzisz, harmonia podstawowej piątki jest generowana tutaj. — Maleńka strzałka przesunęła się wzdłuż złożonego łuku tuż pod powierzchnią mózgu. — Teraz pokażę ci rzecz najciekawszą, coś, co sprawia, że pleśń mózgu jest czymś więcej niż tylko neuropatyczną ciekawostką. — Na trójwymiarowym obrazie ukazała się galaktyka maleńkich, lśniących punktów.
Mieniły się różnymi barwami, choć większość była różowa. Punkty tworzyły mniejsze i większe grupy lub pasma, wiele z nich migotało w jednostajnym tempie. — Widzisz tu zainfekowane komórki neuroglejowe, czyli znaczące grupy komórek.
— A kolory?
— Pokazują, jakiego typu substancje są obecnie wytwarzane… Chciałbym, żebyś teraz… — kolejne komendy i Pham mógł po raz pierwszy zajrzeć do instrukcji obsługi pierścienia — …zmieniał moc wyjściową i częstotliwość wzdłuż tej ścieżki. — Mała strzałka przesunęła się wzdłuż pasma rozpalonych punktów. Trud uśmiechnął się do Phama. — Dlatego właśnie ten sprzęt to coś więcej niż zwykły aparat diagnostyczny. Widzisz, wirus wydziela pewne para- i diamagnetyczne białka, a te z kolei reagują w różny sposób na pola magnetyczne i pobudzają produkcję różnych substancji neuroaktywnych. Podczas gdy wy, Queng Ho, i cała ludzkość używacie MRI jedynie do diagnostyki, my, Emergenci, potrafimy wykorzystać go aktywnie i dokonywać konkretnych zmian w strukturze mózgu. — Wystukał coś na swojej klawiaturze; Pham usłyszał głośne skrzypienie, kiedy kable nadprzewodnika odsunęły się od siebie. Egil drgnął kilkakrotnie. Trud wyciągnął rękę, by go przytrzymać. — Cholera, nie mogę wprowadzić milimetrowych poprawek, kiedy on się tak rzuca.
— Nie widzę żadnych zmian na mapie mózgu.
— I nie zobaczysz, dopóki nie wyłączę trybu aktywnego. Nie można rzucać obrazu i modyfikować jednocześnie. — Zamilkł na chwilę, w skupieniu powtarzając czynności zapisane w instrukcji. — Prawie gotowe… jest!
Dobrze, zobaczmy, jak to wygląda. — W powietrzu ukazał się nowy obraz.
Błyszczące pasma świateł były teraz w większości niebieskie, pulsowały w szalonym tempie. — Trzeba trochę poczekać, aż to się uspokoi.
— Obserwując model, mówił dalej: — Widzisz, Pham. Właśnie w tym jestem naprawdę dobry. Nie wiem, czy znalazłbyś w waszej kulturze jakiś odpowiednik tego zawodu. Jestem trochę jak programista, ale nie koduję. Jestem też po trosze neurologiem, tyle że ja osiągam konkretne rezultaty. Chyba najbliżej mi do technika sprzętu komputerowego. Utrzymuję sprzęt, który wykorzystują potem jakieś większe szychy. Następnie, rzecz jasna, przypisują całą zasługę sobie. — Trud przerwał i zmarszczył brwi. — Hm… Cholera. — Spojrzał na przeciwną stronę pokoju, gdzie pracował drugi technik. — Bil, współczynnik leptyndopu tego gościa dalej jest za niski.
— Wyłączyłeś pole?
— Oczywiście. Podstawowa piątka powinna być już w normie.
Bil nie podszedł do nich, patrzył jednak z daleka na obraz mózgu.
Błyszcząca linia nadal pulsowała chaotycznie. Trud kontynuował:
— To nic groźnego, ale nie wiem, skąd się wzięło. Zajmiesz się tym?
— Wskazał kciukiem na Phama, jakby chciał powiedzieć, że ma inne, ważniejsze sprawy.
— Podpisałeś się pod tym? — spytał z powątpiewaniem Bil.
— Tak, tak. Więc co, dokończysz to?
— Dobra.
— Dzięki. — Silipan gestem zaprosił Phama do wyjścia. Model urządzenia do MRI zniknął. — Ta Reynolt. Daje zawsze najtrudniejsze zadania.
Potem, choćbyś zrobił wszystko jak najlepiej, i tak masz kłopoty.
Pham przepłynął za nim przez drzwi i w dół bocznego korytarza, wrzynającego się w głąb Diamentu Pierwszego. Ściany pokrywały niezwykle misterne płaskorzeźby. Był to ten sam styl precyzyjnej sztuki, który zdumiał Phama przy pierwszej wizycie na okręcie Emergentów, podczas „bankietu powitalnego”. Nie wszyscy twardogłowi byli wysokiej klasy specjalistami; minęli kilkunastu niewolników zgromadzonych przy ścianach tunelu. Pochylali się nad szkłami powiększającymi, a w dłoniach trzymali maleńkie dłuta. Pham odwiedził już kiedyś to miejsce, kilka wacht wcześniej. Wtedy płaskorzeźba istniała tylko w ogólnych zarysach, górzysty krajobraz z grupą żołnierzy zmierzających do jakiegoś nieokreślonego celu.
Nawet wtedy Pham domyślał się tylko owych kształtów, znał bowiem tytuł dzieła; „Śmierć frenkijskiej bestii”. Teraz większość postaci była już gotowa, sylwetki potężnych wojowników i herosów mieniły się tęczą barw.
Celem ich wyprawy był jakiś potwór. Stworzenie to nie wydawało się szczególnie oryginalne, typowe cthulhonickie monstrum rozdzierające ludzi wielkimi szponami i pożerające ich ciała. Emergenci bardzo się pysznili swym zwycięstwem nad Frenkami, Pham wątpił jednak, by potwory, z którymi przyszło im walczyć, rzeczywiście były tak niezwykłe. Zwolnił, by przyjrzeć się lepiej płaskorzeźbie, a Silipan wziął jego ciekawość za podziw.